493

Standardowy

Przestałam pisać. Nie chce mi się, nie mam czasu, nie czuję potrzeby? Na końcu stawiam znak zapytania, bo nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Na pewno składa się na to parę czynników. Zamiast siąść i spróbować cokolwiek napisać wolę przeglądać strony w Internecie. Czasem zdarza mi się coś zacząć pisać, ale w połowie stwierdzam, że jest to banalne i o niczym i zamykam stronę. Lenistwo też ma w tym spory udział. Przecież łatwiej obejrzeć serial niż zmusić się do jakiegokolwiek wysiłku. Nawet jakby to miał być minimalny wysiłek fizyczny i trochę większy psychiczny. Bo chyba inaczej nie można nazwać wędrowania palcami po klawiaturze? Już nawet nie muszę trzymać w ręku długopisu czy pióra i pisać w zeszycie. Taka wygoda, a ja tego nie potrafię docenić. W zeszycie nigdy nie lubiłam pisać. Zawsze mnie denerwowało, że jest za mało, za dużo, niewyraźnie, nigdy nie zapełnię całego zeszytu. Milion miałam takich pamiętników, z których potem wyrywałam kartkę lub dwie, bo potrzebowałam zeszytu do szkoły. Jeden udało mi się zapisać do końca. Ale w przypływie inteligencji spaliłam go albo podarłam na kawałki i wyniosłam do osiedlowego kontenera.
Ostatnio zauważyłam, że popadam w skrajności. Albo oglądam serial za serialem albo czytam książki na okrągło. Oczywiście kosztem nie robienia niczego innego lub robienia tyle ile trzeba i nic poza tym. Teraz jestem w fazie czytania. Złapałam się nawet na tym, że denerwuje mnie jak autobus jedzie płynnie i bez stania w korkach, bo będę mogła krócej czytać. A wszystko zaczęło się od wizyty w Matrasie, gdzie były przeceny. I to naprawdę przeceny! Najtańszą książkę kupiłam za 9.90zł, a najdroższą za 14.90zł. Żadnych znanych autorów. Sugerowałam się głównie opisem na okładce i ceną. W efekcie wyszłam z sześcioma, jedną podarowałam Tomkowi na Dzień Chłopaka. Jeśli nie zapomnę jutro też się tam wybiorę. Impulsem jest fakt, że nadal są przeceny. A ponadto od 1 kwietnia mają wprowadzić 5% podatek na książki. Że się tak wyrażę-chyba ochujeli!! Na pewno będę stałą klientką Taniej Książki i wyprzedaży. Teraz nie kupuję w Empiku, bo szkoda mi wywalić ponad 30zł na książkę. Poniżej tej kwoty rzadko uda się coś znaleźć. Jeśli ta sztuka się uda to na pewno nie będzie to nowość ani też nic godnego uwagi.

A kolejnym krokiem będzie zapisanie się do miejskiej biblioteki. Tylko najpierw będę musiała zrobić rozeznanie w terenie. Zorientować się, gdzie blisko jest jakaś biblioteka i czy w ogóle warto do niej wejść. Bo jak ma same stare książki, to szkoda mojego czasu. Oczywiście nie wymagam posiadania każdej nowości wydawniczej, ale przynajmniej dwa lata do tyłu to już warto mieć.

Zapomniałam o istnieniu antykwariatów! Nigdy w takowym nie byłam, ale wiem, że jest ich pełno wszędzie. I myślę, że niedługo i tam zacznę zaglądać…

492

Standardowy

Dzisiejszy dzień wyjątkowo spędzam w mieszkaniu. Nie idę do Instytutu, ponieważ jest szkolenie, na które zdecydowałam się nie iść. W związku z tym szkoleniem nie miałabym za dużo czasu na zrobienie czegokolwiek, więc mam zamiar zaplanować sobie pracę na jutro. Oczywiście na razie nie zrobiłam kompletnie nic, nadal siedzę w szlafroku przed laptopem. Dużym postępem jest dla mnie fakt, że wstałam z łóżka, co jest równoznaczne z tym, że nie spędzę w nim jednak reszty dnia.

Chciałabym się zmienić. Swoją osobowość, swój charakter, mieć więcej silnej woli i nie rezygnować w ostatniej chwili z wcześniej zaplanowanych rzeczy. Tak jak z dzisiejszym szkoleniem. Długo w nocy myślałam czy iść czy nie iść, rozważałam za i przeciw i niestety zwyciężył mój brak wiary w siebie i swoje możliwości. Czuję, że ja do tego Instytutu nie należę. Że tak naprawdę jestem tam tylko na chwilę. Że nikt mnie tam nie traktuje poważnie. Że chodzę tam żeby zrobić, co muszę i na tym się kończy moja rola.

Mam takie poczucie, że nikt mnie nie traktuje poważnie. I nie chodzi tu o Instytut, ale też o inne płaszczyzny mojego życia. Ostatnio nawet moje życie nie jest na poważnie i odnoszę wrażenie, że je marnotrawię i idę drogą, która donikąd mnie nie zaprowadzi. Mam dobre dni i złe dni, jak każdy. Tylko u mnie chyba więcej jest tych złych. Patrzę na świat w czarnych barwach, bo lepiej być pesymistką niż optymistką, ewentualna porażka mniej wtedy boli. Z drugiej strony chciałabym próbować nowych rzeczy, rozwijać się, ale się boję, wstydzę się, nie wierzę w siebie. Dlatego pewnie nadal stoję w miejscu i nie mogę ruszyć do przodu, mimo że mam pomysł jak to zrobić…

Nie lubię siebie i nie akceptuję siebie. Chciałabym być bardziej zorganizowana, ale wiem, że napisanie planu dnia na kartce nic nie da, bo przestanę wtedy być sobą. I tak zamyka się błędne koło numer jeden, z jednym problemem. A takich kół jest milion i każde bardziej beznadziejne od poprzedniego.

W takich dniach jak dzisiejszy zastanawiam się czy nie potrzebuję pomocy specjalisty? Może jakby mi ktoś zrobił porządne pranie mózgu coś by drgnęło? Zmieniło się na ciut lepsze? Wiem, że wszystko rozbija się o niską samoocenę, brak wiary we własne możliwości i idiotyczny wstyd, który często blokuje mnie przed zrobieniem choćby
małego kroczku do przodu.

Jestem świadoma, że muszę nad sobą pracować i naprawdę chcę. Najgorzej mi zacząć. Nie wiem od czego, nie wiem jak. Wydaje mi się, że mam tyle rzeczy na głowie i nie umiem ich ustawić w jakiejkolwiek kolejności, choćby zacząć od najważniejszej. Bo niestety równie ważne jest dla mnie pomalowanie paznokci, jak uprasowanie góry czystych ubrań, jak zaplanowanie sobie pracy na jutro. W efekcie robi się północ, ja jestem zestresowana i zdenerwowana, że nie zrobiłam nic i obiecuję sobie, że jutro na pewno będzie inaczej. A jutro będzie takie samo gówno jak dziś. Muszę, po prostu muszę zacząć. Dla siebie, przede wszystkim dla siebie. Bo jeśli ja będę zadowolona z siebie, to może i inni zaczną patrzeć na mnie inaczej…