498

Standardowy

Czerwiec to dobry czas na zrobienie podsumowania swojego życia. Nie jest to ani koniec roku, ani początek, czyli w sam raz odpowiedni czas na refleksje i przemyślenia. A ja ostatnio ewidentnie za dużo myślę… I mam poczucie, że nic, ale to absolutnie nic, nie osiągnęłam w życiu. Stoję w miejscu, robię krok w tył, nie w przód i tylko ludzie w koło mnie się zmieniają. Odchodzą w przyszłość, idą dalej, a ja jestem stała, ciągle taka sama. Nie lubię o tym myśleć, bo robi mi się smutno i przykro (co oczywiście jest uzasadnione), zaczynam płakać, mam ochotę na łzawy film i paczkę chipsów, bo są cholernie niezdrowe i świetnie pasują do mojego parszywego nastroju. Dlatego dzisiaj pójdę inną drogą.

W pewnej książce przeczytałam historię podobną do mojej. Główna bohaterka miała doła jak stąd do Gdańska, który zakrawał na przewlekłą depresję i nic nie zwiastowało poprawy. Wtedy wpadła jej w ręce książka o tym, jak zmienić swoje życie na lepsze. Należy zacząć od wypisania co najmniej dziesięciu pozytywnych rzeczy w swoim parszywym i paskudnym życiu. Jej wydawało się to nieosiągalne, ale o dziwo lista wydłużyła się do prawie stu. Ja takich ambicji nie mam. Taki Top Ten zadowoli mnie w zupełności. A jeszcze bardziej się ucieszę, jak zrobię taką listę w skończonym czasie.

1) Od prawie pięciu lat jestem w stałym związku. Kocham i jestem kochana. W lipcu będziemy mieszkać razem.
2)
Ostatniego dnia czerwca miną dwa lata, jak dołączyłam do grona kierowców. Do dzisiaj uważam to za swój największy życiowy sukces.
3)
Mam przyjaciółkę. taką prawdziwą i do końca życia. Nie widzimy się codziennie, nie dzwonimy do siebie codziennie, ale wiem, że jest to jedna z niewielu osób, które w sytuacji naprawdę kryzysowej mi pomogą.
4)
Mam fantastyczną, dużą rodzinę. Uwielbiam ich wszystkich razem i każdego z osobna. Mimo, że spotykamy się rzadko czuję z nimi niesamowitą więź. I cieszę się, że Tomka uznają za swojego, a nie za obcą, przypadkową osobę.
5) M
am psa, dla którego jestem najwspanialszą osobą na ziemi i który akceptuje mnie całkowicie, taką jaka jestem. Czasem chciałabym umieć patrzeć na świat jego oczami…
6)
Jutro zrobię przelew dla AGH i będę czekać do lipca żeby dowiedzieć się, na jakie studia się dostałam.
7)
Byłam na dwóch koncertach mojej wielkiej i platonicznej miłości Maćka Maleńczuka. Tym samym spełniłam swoje marzenie i mam co wspominać do końca życia.
8)
Mam książkę z autografem Katarzyny Grocholi, jednej z moich ulubionych pisarek. Kolejne spełnione marzenie i kolejne wspomnienie na zawsze.
9)
Mieszkam w Krakowie! Mieście Artystów! Często zdarza się wpaść na kogoś z telewizji i uśmiechnąć się do siebie, bo ta Dymna nie jest taka gruba jak pokazuje telewizja, a ten Globisz jest tak samo zabawny i roztargniony, jak postaci, w które się wciela.
10)
Kocham morze. Najbardziej nasze polskie, mimo że jest zimne i pełne meduz.
11)
Patrzę na ludzi w moim otoczeniu i widzę jak zmienił się ich sposób postrzegania mnie. Widzę, że w ich oczach jestem kimś interesującym, wartościowym, ciekawym, wartym bliższego poznania i traktowania na równi.
12)
Nadal marzę o wydaniu książki i nie zniechęciło mnie to, że realia nie są tak różowe, jak mi się wcześniej wydawało. Powoli zaczynam marzyć bardziej aktywnie i chcę przenieść to ze sfery marzeń w sferę czynów.

 

I jak się okazuje nie taki diabeł straszny. A moje życie nie jest takie szare i bure, jak się wydaje. A terapia pozytywnego myślenia naprawdę działa! Chce mi się żyć, chce mi się działać, chce iść do przodu, chce walczyć, chce w ogóle!

497

Standardowy

Nie wiem czy już istnieje Dukanomania czy jeszcze nie, ale na pewno niedługo będzie. Cholernie modne jest bycie na diecie, a szczególnie na diecie dr Pierre’a Dukan’a. A ja patrzę na tych wszystkich ludzi i tylko kiwam z politowaniem głową. Tak, jestem przeciwniczką wszelakich diet, cudownych środków na odchudzanie, herbatek przeczyszczających i innych podobnych wynalazków. Dla mnie kluczem do niższej wagi jest ograniczenie słodyczy i śmieciowego jedzenia kosztem zwiększenia ruchu. Nie wierzę w slogany, którymi karmią nas gazety i telewizja, a które mówią, że wystarczy pić herbatkę raz dziennie i schudnie się w brzuchu, biodrach, udach. Szkoda, że otyłość staje się powoli chorobą cywilizacyjną…

Odchudzałam się miliony razy i pewnie miliony razy będę się jeszcze odchudzać. Nigdy nie byłam na żadnej diecie. Nie lubię ograniczeń, narzucania z góry jadłospisu, czekania na efekty. Chciałabym żeby po jednym dniu ćwiczeń były efekty i po jednym dniu bez słodyczy waga poszła w dół. Doskonale wiem, że tak to nie działa, więc diety są nie dla mnie. Zamiast tego czytam, co się powinno jeść, co ograniczyć, co ma dużo błonnika, co długo się trawi, co ma tylko puste kalorie. Część tej wiedzy zostanie, część zastosuję w praktyce, a o części w ogóle zapomnę. Nieważne. Efekty są i jestem z nich zadowolona. Może nie wyglądam jak Heidi Klum, ale przynajmniej jestem zdrowa i żyję z zgodzie ze sobą!

Wracając do tematu diety Dukana. Pojawiła się znikąd i w momencie zyskała rzesze fanów. Obiecywała szybki spadek wagi i słowa dotrzymała. Dokładała brak efektu jo-jo, zapewnienia, że nie trzeba jej trzymać do końca życia i miliony zadowolonych ludzi, którzy dzięki tej diecie zaczęli nowe, szczęśliwe życie. Nie byłabym sobą gdybym nie przeczytała, na czym ten fenomen polega. Od samego patrzenia na jadłospis i zasady miałam dość. Wiedziałam, że to nie dla mnie i nawet nie miałam zamiaru próbować.

Obserwowałam jedną osobę, która opisywała swoje postępy na Dukanie. Podobno stosowała wcześniej różne inne diety i albo nie dawały efektów, albo się na nich męczyła i w efekcie szybko rezygnowała. Dukan był czymś w sam dla niej. Po wielu tygodniach wyrzeczeń schudła i jest szczęśliwa z nową wagą i rozmiarem S. Życie nabrało kolorów, ma po co wstawać każdego ranka i na nowo polubiła zakupy. Oczywiście diety nie trzyma, bo nie musi. Raz w tygodniu robi sobie dzień białkowy i podobno starczy. Jak dla mnie jest to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. I oczywiście mam rację.

Dietetycy w każdym programie czy gazecie przestrzegają przed tą dietą, wręcz odradzają. Jednak kobiety z obsesją wagi pozostają głuche na te apele. Pozwólmy dojść do głosu zdrowemu rozsądkowi. Jak może być zdrowe jedzenie tylko i jedynie białka?! Zero owoców, zero warzyw, zero pieczywa. Bzdura totalna. To też nie jest dobry argument, mimo że jest najprostszy i najbardziej logiczny. Idźmy krok dalej i kolejny raz dajmy głos zdrowemu rozsądkowi. Jedzenie samego białka, czyli mięsa powoduje, że zaburzamy sobie gospodarkę mineralną organizmu. Mięso nie dostarczy nam niezbędnych witamin. Też nie działa. Może coś z górnej półki? Skaza białkowa, kolka nerkowa, problemy z nerkami? Też nie. Bo czymże jest nasze zdrowie w porównaniu z utratą kilogramów i wskoczeniem w rozmiar 34?

Najgorsze jest to, że Margola też chce być na Dukanie. Ona to pół biedy, ale chce zaciągnąć i Tomka. Nie pozwolę na to żeby on truł się i niszczył sobie zdrowie, bo Ona ma fantazje i fanaberie bycia szczupłym za wszelką cenę! Czasem patrzę na Nią i słucham Jej zachwytów i nie wierzę, że jest utytułowanym naukowcem. Widzę klapki na oczach i ciemnogród w najgorszej postaci. Przestałam się wypowiadać na ten temat. Chce, niech idzie na Dukana, niech chudnie jak oszalała. Ja wiem swoje i nie dam się wciągnąć w to szaleństwo. Tomkowi też nie dam. Może jak wróci do wagi sprzed diety przejrzy w końcu na oczy i uwierzy, że to jedno wielkie i śmierdzące gówno.


496

Standardowy

W sobotę jedziemy na ślub. Będzie to kolejny ślub z serii wielka miłość, strzał Amora, planowany od początku i wcale nie przeszkadza nam, że będziemy mieć dziecko i jesteśmy świeżo po maturze. To już trzeci taki w mojej wspaniałej rodzinie. Może zagalopowałam się z tą liczbą, po pierwszy był planowany i tak, a wpadka musiała go przyspieszyć ze względu na naciski ze strony babci Panny Młodej. Jednak dwa następne to już historia pod tytułem dziecko na pokładzie, a na wsi ludzie będą gadać, to idziemy przed ołtarz. I zawsze przy takich okazjach zastanawiam się czy świat tak pędzi do przodu, a ja nie nadążam? Czy może świat jest cały czas taki sam, tylko niektórzy żyją według innego rytmu?

Owszem, jak miałam lat 22 chciałam urodzić dziecko przed 25 rokiem życia i być młodą mamą. Miałam też ciśnienie na ślub i jak najszybsze mieszkanie razem. Jednak rzeczywistość zweryfikowała moje plany i tym samym nie będę młodą mamą, nie jestem po ślubie i jeszcze nie mieszkam z moim Chłopakiem. Mimo to, nie czuję jakbym coś traciła. Wręcz przeciwnie, mam świadomość, że kontroluję moje życie, że wszystko dzieje się tak jak chcę, bez zbędnych niespodzianek, ale też bez niepotrzebnego planowania co do dnia i godziny. I dlatego dziwię się tym wszystkim ślubom, których katalizatorem jest ciąża! Już pal licho ten młody wiek. Staram się to jakoś rozumieć i nawet umiem racjonalnie wytłumaczyć, mimo że mam poglądy zupełnie inne. Ale ciąża?! Po co, na co?!

Może za bardzo patrzę przez pryzmat siebie i nie potrafię być obiektywna? Może… Ja w wieku lat 18, bo tyle ma najnowsza Panna Młoda, miałam na głowie maturę, wybór studiów i obawy czy się gdziekolwiek dostanę. O seksie słyszałam i czytałam, ale w głupich gazetach typu ‘Bravo’, czy mądrzejszych, jak ‘Twój Styl’. Ale w tej drugiej zupełnie do mnie nie przemawiały te artykuły, bo byłam małolatą, która nie znała tematu i mądre rady były jej na nic. Na odmianę w ‘Bravo’ doszukiwałam się jakiś pikantnych szczegółów, jak to wygląda od początku do końca, a znajdowałam same romantyczne opisy. Na tym się kończyło. Prawie. Były jeszcze marzenia o Księciu na Białym Koniu. Nic poza tym. Dlatego nie mogę zrozumieć tego, co się dzieje teraz. Dociera do mnie, że nastolatki w wieku 16  lat to już są po pierwszym razie. Niech im będzie. Ale zabezpieczają się i nie zachodzą w ciążę! Żyjemy w XXI wieku, dawno wyszliśmy z jaskiń i naprawdę antykoncepcja jest dostępna wszędzie i pod każdą postacią. Nie trzeba iść do lekarza żeby wypisał receptę na prezerwatywę. Wystarczy wejść do byle jakiej drogerii i wziąć z półki, nawet nie trzeba prosić i oblewać się przy tym rumieńcem wstydu. Widać dla niektórych to jeszcze za mało. Wierzą w mity i legendy, że przy pierwszym razie nie zajdzie się w ciąże. A potem chodzę na śluby i patrzę na ‘szczęśliwą’ parę nastolatków, która jest ze sobą w dobrych momentach ponad rok, i myślę jakie będą mieć ciężkie życie. Bo nie wierzę, że im się uda. Bo nie wierzę, że to są ich drugie połówki i na nie czekali. Życie ich przytłoczy, dobije i prawdopodobnie nie będą sobie umieli z nim poradzić. O rozwodzie jednak nie będzie mowy, bo jakże to tak. I będą się męczyć w takich chusteczkowym małżeństwie, płodzić kolejne dzieci i mówić przez zaciśnięte zęby, że są obrzydliwie szczęśliwi…

Może jestem małej wiary. A może znam trochę życie i wiem, że nie można patrzeć tylko przez różowe okulary. Czasem je trzeba zdjąć i spojrzeć na świat naszymi, normalnymi oczami…

495

Standardowy

Odrobina przemyśleń, do których mnie skłoniły wydarzenia z ostatnich godzin… Nie mam tu zbyt dużego kręgu znajomych. Głównie dlatego, że wyjechałam z rodzinnego miasta, a na studiach stałam się niepopularna dzięki ‘koleżance’. Wszystko dlatego, że zdecydowałam się na bycie z Tomkiem. W związku z tym Jego znajomi są moimi znajomymi. Czasem poznamy kogoś zupełnie obcego, ale mało takich znajomości przeradza się w coś bliższego niż jedno wspólne piwo. Czas zabawy do białego rana i zaliczania kilku klubów w ciągu jednej nocy skończył się dla mnie na drugim roku. Tak samo, jak i picia w plenerze czy po akademikach. Może to objaw starości? A może takie zabawy nie dają mi już radości? Teraz preferuję spotkanie w domu, z dobrym jedzeniem i dobrą butelką wina. Lubię coś ugotować, wymyślać, a potem patrzeć na zachwyt w oczach naszych gości. Nie oznacza to, że nie wychodzę do miasta. Bo wychodzę. Jednak są to już inne wypady niż kiedyś. Zazwyczaj idziemy coś zjeść, potem sprawdzone miejsce z dobrymi drinkami, potem znów jedzenia i taksówką do domu.

Z tych powodów właśnie nie rozumiem, jak kogoś w moim wieku może rajcować robienie urodzin-niespodzianki w plenerze?! Zrobimy grilla, ognisko, pośpiewamy, popijemy. Na jednym prawdziwym ognisku byłam, które było naprawdę porządnie zorganizowane. Było jedzenie, picie i nawet jeśli się przyszło niezapowiedzianym, to była jedna osoba, która zaraz dała jakieś zadanie do wykonania. Zwykle w stylu trzeba jechać do sklepu po wódkę. Po raz kolejny wszystko sprowadza się do wniosku, że do zorganizowania grilla w plenerze potrzeba dobrego organizatora.

Wracając do imprezy-niespodzianki. Włos jeży mi się na głowie i nie tylko jak czytam, że większość chce ognisko, a nie wyjście do klubu. I przez głowę przelatują mi pytania, czy ja jestem normalna czy nienormalna? Tomek uważa podobnie jak ja, więc jest nas dwoje. Tylko nadal nie wiemy, po której stronie barykady stoimy. Jednak doszłam do takiego etapu w swoim życiu, że nic nie muszę, jedynie chcę. Nie muszę iść na urodzinową imprezę niespodziankę naszego kolegi tylko dlatego, że jest naszym kolegą i żeby mu zrobić przyjemność. Nie muszę iść na plenerowe ognisko, bo nie sprawia mi przyjemności modlenie się o dobrą pogodę, picie ciepłego piwa, chroniczny brak jedzenia i bycie w towarzystwie, które patrzy na mnie spode łba, bo piję trzecie z kolei piwo! Tym sposobem najprawdopodobniej nie będziemy na tych genialnych i na pewno niezapomnianych urodzinach. Nie żałuję. Nie pierwszy raz nie pójdę, bo wypada. Nie byłam na panieńskim Kaśki i cieszę się z tego do dzisiaj. A czemu? Bo ręce mi opadły jak przeczytałam ‘nie mam pomysłu na wieczór, ale jestem otwarta na propozycje, wymyślcie coś’. Napisała najbliższa (podobno) przyjaciółka Panny Młodej. Wieczór był kupą i kichą, ale w gąszczu kłamstw, którymi byliśmy karmieni był cudowny, och i ach. Sporo było takich spotkań/imprez/wyjść, na których nie byłam, bo nie chciałam i nie żałuję.

Cieszę się z tego, że umiem nie zmuszać się, nie próbować udawać kogoś kim nie jestem, powiedzieć głośno co myślę, iść czasem pod prąd. Paradoksalnie mało kto tak potrafi. I znów pytanie, czy jestem normalna?