511

Standardowy

Dzisiaj mija osiem lat jak piszę bloga! Naprawdę nie wiem, kiedy to zleciało. Czasem się zastanawiam jak długo będę jeszcze miała ochotę się w to bawić… Wiele razy chciałam go zostawić i nie wracać więcej, ale nigdy nie miałam aż tyle odwagi, by nacisnąć przycisk ‘skasuj bloga’. Po prostu przestawałam wchodzić, przestawałam pisać, zapominałam, że mam swój kawałek przestrzeni w sieci. Wiele razy chciałam coś napisać, ale zwyciężało albo lenistwo albo poczucie, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Potem przychodziła chwila refleksji i znów zbierałam się w sobie żeby coś jednak napisać. Różnie wychodziło… Jednak szkoda by mi było zostawić to wszystko za sobą i nigdy nie wrócić. Za dużo siebie tu zostawiłam. Za dużo wspomnień. Za dużo emocji. Poza tym lubię pisać… Czasem się zastanawiam, jak długo będę jeszcze pisać? Wiele razy pytałam o to sama siebie. Odpowiedzi nigdy nie potrafiłam udzielić. Dzisiaj też nie potrafię… Po prostu nie wiem…

Pogoda się zepsuła. Od rana burza i ulewa. Zimno i nieprzyjemnie. Aż nie chce się wychodzić z domu. Patrzę z zazdrością na Froda. Też bym chciała zwinąć się w kłębek, położyć na łóżku i mieć wszystko w głębokim poważaniu. Ani śniadania nie zjadł, ani nie wyszedł na poranne sikanie. Nie ma się co dziwić. Jak pada jego potrzeby fizjologiczne znikają. Kiedyś próbowałam wypchnąć go na siłę, to zostałam poczęstowana warczeniem. Wyszedł z łaską na taras, usiadł, popatrzył, wrócił z satysfakcją w oczach i szybko uciekł do kojca. Dlatego dzisiaj z nim nie walczę. Niech robi co chce.


510

Standardowy

Wakacje od zawsze były dla mnie czasem, kiedy to mogę bezkarnie siedzieć przed telewizorem, nadrabiać zaległości serialowe, oglądać od rana do wieczora TVN Style i podobne stacje. W ciągu roku ich nie oglądam, bo nie mam czasu, ani też nie mam telewizora. Jestem zdana na seriale i ofertę telewizji internetowych. 

Ostatnio moją ulubioną stacją stało się TLC. Namiętnie oglądam ‘Miami Ink’ i zachwycam się tatuażami, które wychodzą spod rąk tej zakręconej ekipy. Myślę, że nazywanie tego tatuażem jest nieadekwatne, bo to są istne dzieła sztuki! Obrazy, które ożywają na ciele właścicieli. Moim marzeniem jest mieć tatuaż zrobiony przez Kat von D. Czemu? Podoba mi się jak wygląda. Podobają mi się jej pomysły. Podobają mi się jej prace. Podoba mi się, że robi tatuaże tylko w odcieniach szarości. Oczywiście mogę sobie to marzenie odłożyć na najwyższą półkę, bo jego spełnienie graniczy z cudem. Niestety. Ale tatuaż kiedyś będę mieć. Albo na łopatce albo na środku pleców…

Nie o tym chciałam jednak pisać. Na TLC nadawany jest program ‘Łowcy promocji’. Zwiastun zaintrygował mnie do tego stopnia, że koniecznie musiałam to obejrzeć! W jednym odcinku poznajemy zwykle dwie bohaterki, które mają jeden cel idąc na zakupy – zapłacić za nie jak najmniej, a najlepiej dostać wszystko za darmo. Dlatego też wycinają kupony z gazetek reklamowych, sortują je tematycznie i układają w segregatorach. Potem układają listę zakupów, obliczają ile mogą zaoszczędzić i ruszają do sklepu. Brzmi jak bajka, prawda? Sama byłam oczarowana i zachwycona, a przez głowę przelatywała mi myśl ‘ja też tak chcę!’. Po obejrzeniu programu zmieniłam nastawienie. Nie wszystko wygląda tak różowo jak się wydaje…

Piwnice, spiżarnie, pokoje gościnne łowczyń promocji wyglądają jak sklepy osiedlowe lub ich zaplecza. Mają po kilkadziesiąt: butelek płynów do płukania, opakowań ciast w proszku, paczek makaronów i ryżu, zup w puszkach, konserw, butelek napojów, kartonów soków. To była pierwsza rzecz, która mnie zniechęciła. Nie chciałabym żeby tak wyglądała moja piwnica. Może jeszcze ryż i makaron w dużych ilościach jestem w stanie zrozumieć. Tak samo napoje. Ale ciasta w proszku czy płyny do płukania w ilości większej niż 10 to dla mnie za wiele.

Druga sprawa, która mnie odrzuciła to zasada, na jakiej działają kupony promocyjne. Sklep daj 50% rabatu, kupon drugie tyle, ale przy zakupie większej ilości. Na przykład, widziałam jak młoda matka kupuje sto butelek napojów energetycznych i drugie tyle soczków w kartonikach, tylko po to, by dostać je za darmo. W głowie mi się to nie mieści. Od razu zaczęłam się zastanawiać, gdzie ja bym takie ilości picia schowała?

Jednak jest też coś, co mi się spodobało. Karty stałego klienta z prawdziwego zdarzenia. Dają kilkadziesiąt dolarów zniżki na zakupy. Nie to co u nas. Góra ileś procent i to przy przekroczeniu jakiejś magicznej kwoty. I mimo wszystko robi duże wrażenie to jak rachunek z 700 dolarów zmniejsza się do 2 centów.

Patrząc  na to chłodnym okiem doszłam do paru wniosków. Takie łowienie promocji na początku może i jest zabawą i daje dużo satysfakcji, ale z czasem wpada się w nałóg, z którego nie można się uwolnić. Nie da się wejść do sklepu i kupić czegoś po regularnej cenie, bo zapala się ostrzegawcza lampka, że przecież można to dostać za darmo. Oczywiście w ogromnych ilościach, ale przestaje to być ważne. Skutkiem jest brak miejsca w piwnicy czy spiżarni, ogromna ilość zapasów, których według mnie nie da się zjeść przed upływem daty ważności. Wycinanie kuponów, samo szukanie ich jest fajne i daje dużo frajdy, ale też na początku. Później staje się obsesją i dochodzi do tego, że gazetki promocyjne wygrzebuje się ze śmietnika lub podkrada sąsiadom ze skrzynki, jak było w przypadku jednej z bohaterek.

Na dłuższą metę bym tak nie mogła. Na pewno bym się w to wciągnęła za szybko i za mocno i potem odbijałoby się to na moim prywatnym życiu. Mimo to, raz na jakiś czas takie promocje z prawdziwego zdarzenia byłyby miłym urozmaiceniem zakupów.


509

Standardowy

Ciepłą noc dzisiaj mamy. Wyszłam z Frodem na wieczorny spacer i naprawdę wracać się nie chciało. Rozgwieżdżone niebo z domieszką chmur, idealny plener na film. Takie niebo kojarzy mi się ze sceną z ‘Titanica’. Boski DiCaprio leży na ławce, pali papierosa i spogląda w niebo, z zachwytem patrzy na drogę mleczną i liczne gwiazdozbiory. Na mojej wiosce często można oglądać takie cuda. Nawet w zimie. Czasem brakuje mi tego w mieście… Spadających gwiazd jak nie było, tak nie ma. Zaczynam wątpić, czy w ogóle ktokolwiek je widział w tym roku. Jak dla mnie to pic na wodę, fotomontaż. Mimo to każdego wieczoru wychodzę przed dom spełnić mój obywatelski obowiązek i gapię się w niebo.

Wczoraj udało mi się kupić kalosze! Niezawodny Deichmann przyszedł jak zawsze z pomocą. Co prawda wypatrzyłam sobie inne, ale nie było mojego rozmiaru. Ewidentnie za dużo szczęścia na raz by było. Ważne, że mam. Teraz mogę spokojnie czekać na deszcze i koniec z dylematami, jakie buty założyć. Chociaż mam świadomość, że w związku z tym, że mam kalosze to czeka nas bezdeszczowa jesień. Zawsze tak mam, jak tylko kupię jakieś buty. Nie żebym bardzo tęskniła za deszczem, pluchą i zimnem.

Na okrągłe urodziny Rodzice kupili mi srebrne kolczyki w Yes. Odkąd zdecydowałam się na przekłucie uszu jest to prezent, który najczęściej od Nich dostaję. Nie traktuję tego jak pójścia na łatwiznę. Lubię kolczyki, lubię mieć ich dużo, nie wyobrażam sobie wyjścia z domu z gołymi uszami. Raz mi się zdarzyło, to w Rossmannie kupiłam parę czerwonych kółek pod pretekstem promocji. Potem mnie Paula opieprzyła, że od razu zakładam zamiast wytrzymać do domu i przetrzeć wodą utlenioną. Od Rodziców dostaję zawsze srebrne. Klasyczne, proste, eleganckie, pasujące do wszystkiego, na wielkie wyjścia i na co dzień. Sama kupuję sobie kolorowe, więc u jubilera nie patrzę nawet na te z kamieniami. Mimo, że są śliczne i kusi mnie żeby mieć parę z perłą lub z szmaragdem. Tak samo jak chciałabym mieć z białego złota, ale niestety cena mnie odrzuca, mimo że to nie ja płacę. Jakoś nie umiem przyjmować drogich prezentów od Rodziców czy bliskich. Głupio mi. Tak już zostałam wychowana. Mimo, że wiem, że mogłabym coś mieć, bez względu na cenę nie chcę tego. Wolę znaleźć coś, co mi się podoba i cena nie zwala z nóg. Dla niektórych jestem dziwna, ale dla mnie to jest normalne…

Wczoraj mogłam dostać kolczyki z perłą z białego złota. Ale po co? Wiem, że bym ich nie nosiła, bo by mi było szkoda. Bo bym się bała, że każdy będzie wiedział, że były niebotycznie drogie. Trzymałabym je w pudełku i patrzyła na nie raz dziennie. A zakładała na śluby, wesela, wigilie, święta i spotkania rodzinne. Jednak lepiej było wybrać srebrne, które będą idealne do wszystkiego i na każdą okazję.

Jeszcze tylko czekam bardzo cierpliwie aż Święty Antoni pomoże mi znaleźć ten jeden kolczyk zgubiony w mieszkaniu, też od rodziców…

Na koniec mała refleksja. Do białej gorączki doprowadzają mnie reklamy z aktorami! Kiedyś pojawienie się twarzy aktora teatralnego w reklamie było równoznaczne z jego zejściem do artystycznego rynsztoka. Teraz jest to na porządku dziennym. Katarzyna Herman w Knorrze. Dla mnie zawsze była uosobieniem klasy, talentu, dobrego gustu. A teraz z całą rodziną zachwala żarcie z papierka. Danuta Stenka i delicje. To mnie powaliło na kolana i zaczęłam się zastanawiać na czym ten świat stoi. Podobnie było z Krystyną Jandą. Kobiety na poziomie, spełnione aktorki, podziwiane i szanowane i reklama… A dopełnieniem wszystkiego był Jan Nowicki w T-Mobile. Już nawet wśród moich znajomych powstał nowy slogan – Nowicki, który łączy. Świat staje na głowie. Jak Grażyna Szapołowska pojawi się w reklamie proszku do prania albo środka do mycia kibli wyrzucę telewizor przez okno. Albo przestanę oglądać, bo pewnie Tomek mi nie pozwoli na takie barbarzyństwo.


508

Standardowy

‚Pokój Marvina’ nie jest nowym filmem, bo z 1996 roku. Należy on do jednego z moich ulubionych, do których wracałam po paręnaście razy.

Film zaczyna się niepozornie i nie zwiastuje żadnych fajerwerków. Poznajemy Bessi (Diane Keaton) podczas wizyty u lekarza. Rutynowe badania, ponieważ podejrzewa, że ma awitaminozę. W trakcie kolejne wizyty okazuje się, że jednak jest poważniej niż się spodziewała, ma białaczkę. Ratunkiem może być przeszczep szpiku od członka najbliższej rodziny. I tutaj pojawiają się schody. Bessi uparcie twierdzi, że nie ma rodziny, prócz sparaliżowanego ojca i ciotki Ruth, którymi się opiekuje…

Następnie poznajemy Lee (Meryl Streep) i jej dwóch synów: Hank’a (Leonardo DiCaprio) i Charlie’go. Hank jest niezrównoważony psychicznie, ma problemy, z którymi sobie nie radzi i do tego wszystkiego nie akceptuje matki. Poznajemy go w momencie, gdy postanawia spalić ich obecny dom, zostawia sobie na pamiątkę tylko zdjęcie ojca. W efekcie trafia do szpitala psychiatrycznego, a Lee z Charlie’m zmienia miejsce zamieszkania na klasztor. Wszystko zaczyna się jej w miarę układać, aż nagle dostaje telefon od siostry…

Tak, bo Bessi i Lee to siostry. Ich drogi rozeszły się wiele lat temu. Lee postawiła na karierę, rodzinę i ułożenie sobie życia z dala od domu. Bessi postanowiła zostać ze sparaliżowanym ojcem i poświęcić swoje życie, by opiekować się nim. I nagle obie te siostry, tak różne od siebie mają się spotkać, po tylu latach.

Widz może sobie stawiać wiele pytań w tym momencie. Czy dojdzie do spotkania? Czy Bessi znajdzie dawcę szpiku? Czy relacje Lee z Hank’iem się poprawią? Czy Lee i Bessi w końcu się do siebie zbliżą i zaczną być prawdziwymi siostrami? Tu zaczyna się film psychologiczny, z którego każdy może się czegoś nauczyć, nawet jak nie ma rodzeństwa czy piętna samotnej matki wyciśniętego na czole. Nie będę zdradzać, jak ta opowieść się kończy. W pewnym momencie może to być przewidywalna opowieść, ale nie banalna. Nie kończy się jak typowy amerykański melodramat słowami ‘i żyli długo i szczęśliwie’. Reżyser zostawia pół – otwarte zakończenie. Widz sam powinien sobie dopowiedzieć, co będzie dalej…

Trzy sceny z tego filmu są dla mnie kultowe. Pierwsza, gdy Bessi postanawia zabrać Hank’a na przejażdżkę samochodem. Lądują na plaży, siadają na masce jej forda i rozmawiają o Lee, jej byłym mężu i relacjach między siostrami. Nagle Hank wsiada do samochodu z łobuzerskim uśmiechem na ustach i wciska gaz do dechy. Zrywa łańcuch broniący wstępu na plażę, rozpędza się jak szalony, jedzie rozpędzony w stronę morza i w ostatniej chwili skręca, rozpryskując wodę pod kołami… Pięknie pokazany moment jazdy, morze, fale, kawałek nieba, wolność, swoboda, radość i wszechogarniający śmiech Bessi i Hank’a. Uwielbiam i mogłabym oglądać w nieskończoność, raz za razem.

Druga, gdy Lee postanawia pomóc Bessi i poprawić jej perukę. Taki symboliczny moment, który może zwiastować poprawę relacji między siostrami. Moment też trudny dla Lee. Bessi zdejmuje perukę i ukazuje się taka, jaka jest naprawdę. Krucha, wyniszczona chemioterapią, przerażona, wcale nie taka silna jak się wydaje. Dla Lee to zdecydowanie za dużo… Jednak pomaga jej z peruką. Papieros odpalany jeden od drugiego, długie godziny pracy, zarwana noc, a wszystko po to, by Bessi uśmiechnęła się choć na chwilę i zapomniała o chorobie. Meryl Streep jest tu naprawdę genialna. Emocje, które wypisane są na jej twarzy są prawdziwe, jakby nie była aktorką wcielającą się w rolę, ale jakby faktycznie patrzyła na umierającą siostrę.

Trzecia, to właściwie końcówka filmu. Lee zauważa na blacie zdjęcie matki i coś w niej pęka. Decyduje się pomóc Bessi. Bierze listę leków ojca, robi mu jedzenie, daje sok do picia i przychodzi do jego pokoju, po raz pierwszy od 20 lat. Na jej twarzy pojawia się lekki i naturalny uśmiech. Nic nie jest wymuszone, nic nie jest sztuczne. I w tym momencie pojawiają się napisy końcowe…

Obsada tego filmu jest według mnie genialna. Meryl Streep, którą uwielbiam i cenię od zawsze. Każda jej rola jest dla mnie dziełem sztuki. Leonardo DiCaprio, którego pokochałam za ‘Titanica’, jak chyba wszystkie dziewczyny na kuli ziemskiej. Może mam kiczowaty gust, może nie wyrosłam z tego zauroczenia, ale DiCaprio uwielbiam i uważam za świetnego aktora. Ta jego chłopięca uroda, błysk w oku, nutka szaleństwa sprawia, że jest idealnym Hank’iem. Nie widzę nikogo innego w tej roli.

W liceum oglądałam ten film minimum raz w tygodniu. Zauroczyła mnie obsada, trudny temat, tajemnica, wszystko. Znałam dialogi na pamięć, wiedziałam co się stanie, płakałam w tych samych momentach po kilkanaście razy. Wróciłam do niego po paru latach i było jak dawniej. Wzruszył, poruszył, zachwycił…


507

Standardowy

Zawzięłam się i robię szóstkę. Oczywiście któryś raz z rzędu zaczynam od nowa, który sama nie pamiętam, bo straciłam rachubę, ale tym razem mam motywację w Tomku. On też robi, pisze po zaliczeniu kolejnego dnia i jakoś brniemy do przodu. Zrobiłam jeden dzień przerwy, z własnego lenistwa. Jednak czasem mam szczęście i podciągnęłam go pod inną wersję treningu. A na przyszłość mam nauczkę, że muszę ćwiczyć rano, najlepiej przed śniadaniem, bo potem mam milion rzeczy na głowie, przychodzi wieczór i nie chce się… Czy są efekty nie potrafię ocenić. Czuję napięcie mięśni jak siedzę, widzę że brzuch nieco się ujędrnił i nabiera innego kształtu, z każdym dniem trenuje mi się łatwiej, ale sześciopaku zamiast brzucha jeszcze nie mam.

Na fali tej euforii ćwiczeniowej zabieram się jutro za rozciąganie, które ma skończyć się zrobieniem w skończonym czasie szpagatu. Nie wiem co mnie naszło. Nie wiem skąd ten pomysł. Zawsze chciałam zrobić szpagat albo podnieść wyprostowaną nogę stojąc. Imponowały mi panie w burleskach i tańczące kankana. Pamiętam też, że miałam w podstawówce koleżankę, która na przerwach na życzenie robiła szpagat. Niby nic dziwnego, ale Kamila była osobą przy kości i zawsze z WFu miała trójkę. Teraz wiem, że niska waga i szpagat nie muszą iść w parze, ale wtedy cholernie jej zazdrościłam. Na różnych stronach internetowych zapewniają, że po miesiącu rozciągania każdy zrobi szpagat. Przekonam się za cztery tygodnie…

Jutro jadę do Portu z nastawieniem, że wrócę z parą tanich i ładnych kaloszy. Liczę się z tym, że mogę nic nie znaleźć, ale w takim wypadku mam upatrzone jedne w moim pięknym mieście. Jakoś nigdy nie byłam fanką tego typu obuwia i kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z pracą na działce czy w ogrodzie. Zmieniłam swoje nastawienie po powodzi, która zaskoczyła nas w maju zeszłego roku. Miesiąc deszczu, kałuże absolutnie wszędzie i codziennie zadawane pytanie: jakie buty założyć? Oczywiście nie miała żadnych, które byłyby ciepłe, nieprzemakalne i nie byłoby wstyd w nich wyjść na ulicę. W efekcie chodziłam w adidasach. Po tygodniu, kiedy moje spodnie były ubłocone pod kolana, skapitulowałam i wyciągnęłam kozaki. I wtedy pojawiła się po raz pierwszy myśl żeby kupić kalosze. Pomysł trafiony. Szkoda tylko, że wpadła na niego też połowa miasta i właściciele sklepów z butami. Ceny poszły w górę o ponad połowę i doszłam do wniosku, że aż tak kaloszy nie potrzebuję. Patrzyłam tęsknie na dziewczyny w gumiakach, ale byłam twarda i nie kupiłam. Potem przyszło lato, ceny wróciły do normy, przyszły wyprzedaże, pierwsze deszcze i zostałam bez kaloszy. Postanowiłam sobie, że w tym roku tego błędu nie popełnię i w końcu je kupię, choćby nie wiem co! Jutro będzie moja chwila prawdy…

Tymczasem kładę się do łóżka, z bólem głowy (i niech synoptycy nie mówią, że ciśnienie jest w porządku) i z ‘Pokojem Marvina’ na dobranoc. Nie oglądała tego filmu dobrych parę lat, a w czasach liceum znałam każdą kwestię na pamięć…