515

Standardowy

Ostatnio dość często towarzyszyło mi uczucie, że prócz Tomka nie mam tu nikogo. Wszyscy nasi wspólni znajomi porozjeżdżali się po świecie i zostaliśmy tylko my. Gośka z Michałem we Wrocławiu, Paula wróciła do Radomia, a Tox jest przez najbliższe cztery lata w Londynie. Czego mu niesamowicie zazdroszczę, bo to miasto należy do moich ulubionych od długich lat. I nagle zrobiło się tak pusto, w tym pełnym ludzi Krakowie. Nie ma z kim iść na wódkę i śledzia, nie ma z kim pogadać przy kawie. Jednym słowem dupa. Jednak życie jest przewrotne i na każdym zakręcie ma dla nas niespodziankę. Grunt to iść do przodu i nie zniechęcać się. Zaczęliśmy od tego, że przede wszystkim mamy siebie i dobrze się czujemy w swoim towarzystwie. W listopadzie idziemy do Starego, w grudniu do Łaźni i na koncert mojego ukochanego Macieja, syna Edwarda. A jak potrzebujemy wyjść na miasto i nie ma z kim idziemy sami, jak zrobiliśmy wczoraj.

Miało być kameralnie i blisko, bo w Kombinatorze. Miejsc tam nie było, ludzi pełno, ale nic dziwnego, bo miejsce naprawdę fajne i klimatyczne. Spróbowaliśmy po sąsiedzku do Warki, ale tam to samo. Nawet pół wolnego krzesełka, chyba że przy barze. Ale jakoś tam wyjątkowo nie miałam ochoty na siedzenie przy barze. Nie to miejsce, nie ten klimat. Wylądowaliśmy na Rynku, w Oldsmobilu, o którym mieliśmy dość niskie zdanie. Nastąpiło miłe rozczarowanie. Miejsc nie było nigdzie, więc usiedliśmy przy barze. Dostałam miodowego Ciechana i nic mi do szczęście nie było potrzeba. A dla zabicia nudy słuchaliśmy życiowych mądrości właściciela, który wyglądał niczym wyrośnięty Danny DeVito i serwował urocze wściekłe psy.

Udany wieczór, mimo że tylko we dwójkę. Może w oczach innych zamykamy się na towarzystwo, ale wolę być z Tomkiem i być sobą niż być otoczona grupą ludzi i udawać kogoś innego żeby nie być obgadanym lub uraczonym karcącym spojrzeniem. Może i jestem wymagająca i trudna, ale lubię czuć się swobodnie. Lubię być z ludźmi, którym ufam. Którzy mnie nie wyśmieją, a co najwyżej wypomną pijackie wybryki przy okazji kolejnego pijackiego spotkania. Lubię ludzi, którzy mają podobne poczucie humoru do mnie. A takich jest niestety mało. Ale potrafię wyłowić takich z tłumu i uczę się ich przekonywać do siebie. Jest dobrze…

I mała prywata. Tutaj. Bo w innych miejscach się nie odważę… Tęsknię za Toxem. Za naszymi spotkaniami przy wódce i śledziu… Rozmowach o rodzajach kaca i innych egzystencjalnych refleksjach… Wracaj już z tego cholernego Lądku!


514

Standardowy

Wreszcie się wyspałam! I to tak naprawdę. Bez nastawiania budzików, bez stresu, że na coś nie wstałam, coś mnie ominęło, czegoś nie zrobiłam. Przed 23:00 spałam jak zabita i nie ruszyłam się z łóżka aż do 12:00 dnia następnego. Oczywiście w tak zwanym międzyczasie nadrobiłam nieco NCIS. Za to najbardziej lubię soboty…

Chcieliśmy iść dzisiaj na siłownię i niestety na dobrych chęciach się skończyło. Nasze centrum odtłuszczania czynne jest do 16:00, a my potrzebujemy co najmniej godzinę na dojazd. Z drugiej strony może to i lepiej? Moja kostka będzie miała kolejny dzień na rehabilitację i dojście do siebie po niekontrolowanym zjeździe z łóżka na kołdrze. Byliśmy tam tylko parę razy, a ja zaczynam widzieć nieznaczne efekty. Wracam powoli do formy, wchodzę w spodnie bez stękania i naciągania je na wszelkie sposoby. Oczywiście do ideału daleko, ale w chwilach zniechęcenia wyobrażam sobie siebie w czerwonych spodniach z Zary i czarnym golfie. Naprawdę działa! Wraca ochota do ćwiczeń, wraca determinacja i wiem, że robię to dla siebie, nie dla kogoś. Co więcej zaczynam wierzyć, że będą efekty. Że będę wyglądać tak, że z chęcią spojrzę w lustro, a nie z obrzydzeniem i wyliczaniem, gdzie mam za dużo.

A skoro jestem przy temacie spodni. Czeka mnie niestety kupno dżinsów. Niby sprawa prosta jak świński ogon, ale nie w moim przypadku. Wczoraj byliśmy na wstępnym rekonesansie w Futurze. Tu nastąpiło pierwsze miłe rozczarowanie, bo faktycznie outlet to outlet, a nie tylko chwytliwa nazwa. Co więcej, można kupić firmowe spodnie od 50zł! I nie jakieś z odzysku czy w rozmiarach mini i mega maksi, ale w każdych. I najważniejsza rzecz dla mnie, mam w zasięgu wzroku pięć sklepów z dżinsami, więc nie będę musiała robić niepotrzebnie kilometrów w poszukiwaniu tych idealnych.

Problem polega na tym, że bardzo, ale to bardzo rzadko kupuję dżinsy i sama myśl o takiej wyprawie sprawia, że mam migrenę i zgrzytam zębami. Na szczęście wiem jaki chcę krój. W tej kwestii pozostają tylko obawy, że będę w nich wyglądać jak szynka ze sklepowej wystawy. Tu jednak pozostawię pole do popisu paniom sprzedawczyniom. To one mają mi znaleźć idealne rurki. Wyzwaniem będzie wybranie koloru… Ostatnią parę dżinsów kupił mi Tomek i wybrał kolor w ciemno i trafił idealnie w mój gust. Do nich właśnie tak uparcie chudnę, a to dlatego, że są tymi idealnymi i za nic się z nimi nie rozstanę.

W piątek próbowałam pokazać jeden kolor, który mi się podoba. Nie udało się… Te za jasne, te za ciemne, te nijakie, te powycierane, te w ogóle katastrofa. I cholernie boję się, że kolejna wizyta z mocnym postanowieniem kupna skończy się chodzeniem od sklepu do sklepu, rosnącym ekspotencjalnie poziomem frustracji i powrotem do domu w oparach kłótni i pretensji do całego świata… Z tego powodu odkładam tą wizytę w czasie, jak tylko się da. Oficjalny powód jest taki, że może więcej schudnę i nie będę musiała kupować nowych spodni.


513

Standardowy

Ostatnio nie mam czasu na nic. Nawet czasu dla siebie, żeby usiąść i na spokojnie pomalować paznokcie albo nadrobić zaległości i obejrzeć NCIS, bo z House’m jestem w miarę na bieżąco. A jak już mam czas to wolę położyć się z książką, niż siedzieć przed komputerem. Na mojej szafce nocnej zaczynają się piętrzyć książki do przeczytania i ta, którą aktualnie czytam. Sterta rośnie zamiast maleć, a ja w swoim lenistwie nie przeniosę ich na półkę. Bo i po co? Znoszę nowe.

Poczułam potrzebę wrócić po raz kolejny do biografii Doroty Terakowskiej. Nie wiem na czym polega fenomen tej właśnie książki, ale uwielbiam ją. Czasem otwieram na chybił trafił i tam zaczynam lekturę, czasem rozpoczynam od pierwszej strony, a czasem tylko oglądam zdjęcia. Wracam do tej książki i za każdym razem tak samo mocno żałuję, że nie odważyłam się nigdy do Terakowskiej napisać. Bo uważałam, że wszystko, co napiszę będzie śmieszne i infantylne. Bo nie wiedziałam czy w ogóle warto. Czy ona czytuje listy od swoich czytelników? Bo na pewno dostawała ich dziennie masę. I tak potrafiłam sobie mnożyć powody w nieskończoność, co w efekcie prowadziło do tego, że meila nigdy nie napisałam. A potem, po jej śmierci, czekałam na biografię, skreślałam dni w kalendarzu. Kupiłam parę dni po ukazaniu się w księgarniach. Zarwałam noc, bo to jedna z książek, które czyta się jednym tchem i nie chce żeby się skończyły. I z niej dowiedziałam się, że Terakowska odpisywała na absolutnie każdego meila. Wyciągnęłam z tego wnioski-nic nie jest śmieszne, nic nie jest infantylne. Trzeba próbować, bo potem się żałuje do końca życia i zastanawia jaka by była odpowiedź…

A jakby ktoś się interesował w jakiej kondycji jest moja psychika, to w nieco lepszej. Nie mam czasu na siedzenie i myślenie…


512

Standardowy

Ostatnie dni były na tyle koszmarne i ciężki, że czuję się kompletnie pusta w środku. Mało, dostrzegam u siebie objawy depresji. A żeby było więcej, coraz częściej pojawiają się myśli o wyjeździe z Krakowa, bo tylko tym sposobem możemy zaznać spokoju zewnętrznego i wewnętrznego.

Wszystko jest dla mnie walką i niesamowitym wysiłkiem. Budzik dzwoni, przestawiam go o pół godziny, zamiast od razu nastawić na późniejszą godzinę. Pójście pod prysznic to też walka i wysiłek. Jedzenie traktuję jako przykry obowiązek, nie jako przyjemność, jak to było do tej pory. Obiad z prawdziwego zdarzenia nie wiem kiedy jadłam. Zadowalam się kanapkami, choć i to przychodzi mi z trudem. Na telefon patrzę z przerażeniem i najchętniej bym go wyłączyła i schowała jak najgłębiej. Każde kolejne przychodzące połączenie sprawia, że mam gęsią skórkę, mdłości z nerwów, serce zaczyna walić jak oszalałe, a ja mam dość życia. Jestem ciągle na świecie tylko dlatego, że nie mam odwagi żeby się zabić. Wzięcie noża do ręki i przyłożenie go do tętniącej żyły jest proste tylko w książkach i na filmach. Przekonałam się o tym już raz. Wszystko było doskonale zaplanowane, Nina miała poinformować świat tu, na blogu. Jednak do niczego nie doszło, bo nie potrafiłam, nie umiałam. Wcale do mnie nie dotarło, że kocham życie… Po prostu ten sposób okazał się zbyt trudny. Teraz jest dokładnie tak samo. Najchętniej bym zniknęła z ziemskiego padołu, żeby mieć w końcu spokój, żeby przestać się martwić, żeby przestać walczyć o wszystko, począwszy od wstania z łóżka. Płaczę, bo nie mam innego pomysłu na wyrażenie siebie…

Nawet wyjazd do domu jawi mi się jako tortura, a nie przyjemność i odpoczynek. Będą niekończące się rozmowy, jeszcze więcej łez, nerwy i wszystko co najgorsze. A najchętniej spakowałabym najpotrzebniejsze rzeczy i została w domu, z rodzicami. Chciałabym mieć przycisk ‘restart’, który pozwoliłby mi zacząć moje życie od nowa. Może wtedy wyglądałoby inaczej…? Bo na razie jest żałosne i całkowicie do dupy…