521

Standardowy

To miał być mój trzeci koncert Maćka, więc wiedziałam czego się spodziewać. Dodatkowo na samym początku zaznaczył, że będzie śpiewał głównie Wysockiego, więc pewnie spieprzy większości wieczór. Po żywiołowych reakcjach ludzi widać było, że jednak nie. Wołodia jest dość specyficzny w odbiorze. W jego przypadku nie chodzi o muzykę, ale o tekst. Trzeba się w niego wsłuchać i wyłania się od razu historia, z przesłaniem, z puentą, z zawoalowanymi aluzjami, które miały zmylić cenzurę. Niestety, nie da się do tego wyszaleć, bo zatraci się ten ważny przekaz. I pewnie z tego powodu koncert odbył się w kinie, na siedząco, a nie na stojąco i skacząco. Przyznam otwarcie, że nie do końca podoba mi się taka forma. Może dlatego, że zawsze utożsamiłam sobie koncert z zabawą, szaleństwem, skakaniem, tańczeniem i pozytywnym zmęczeniem na sam koniec. Tutaj tego nie było. Z drugiej strony mogłam siedzieć w pierwszym rzędzie, visa vie Maćka i wyobrażać sobie, że śpiewa tylko dla mnie. Swoją drogą byłam w ciężkim szoku, że takie genialne miejsca jeszcze były dostępne. Kupowaliśmy bilety dość późno i były do wyboru pojedyncze siedzenia, albo pierwszy rząd, albo gdzieś w oddali. Zaryzykowaliśmy i opłaciło się.

Należę do osób, dla których najważniejsza jest muzyka. Na drugi plan schodzi ubiór artysty, efekty wizualne, choreografia i wszelkiego rodzaju dekoracje. Z tego powodu nie mogłabym iść na koncert Dody, która przebiera się do każdej piosenki, robi wielkie show i dużo szumu wokół siebie. Maciek na szczęście aż tak nisko nie upadł, ale udało mu się parę razy przebrać. Były to lekkie modyfikacje stroju, polegające głównie na ubraniu płaszcza, rękawiczek, kapelusza bądź szlafroka bokserskiego. Jednak patrzyłam na Niego i nie układało mi się to w spójną całość. Miałam wrażenie, że On nie czuje się w tym dobrze i swobodnie, a samo to przebranie nie sprawiało, że tekst piosenki stawał się dla mnie jaśniejszy czy bardziej wyrazisty.

A jeśli już się tak czepiam, to brakowało mi też kontaktu z publicznością. Niby wiem, że to nie ten rodzaj artysty. On wychodzi na scenę, skupia się na śpiewaniu, ma dokładnie przemyślane anegdoty i przerywniki między piosenkami, ale czasem zdarza mu się coś powiedzieć spontanicznie, bez wcześniejszego przygotowania. Wczoraj czułam jakby między nim a publiką była szklana ściana, która za nic nie chce pęknąć. Maciek sobie, ludzie sobie. Żadnego uśmiechu, żadnej żywiołowej reakcji, niczego stricte dla ludzi, którzy przyszli Go oglądać. Dopiero na samym końcu zainteresował się ludźmi, ale było to spowodowane wielkim słoniem, który wparował pod samą scenę i usiłował wymusić zagranie ‘Ring of fire’. Niewzruszony Maciek olewał ją dość długo, ale wyła tak skutecznie, że dostała w dedykacji ‘Tango libido’. Wtedy słoń w akcie skrajnej ekscytacji pokazał Maćkowi stanik i swoje grube i otłuszczone cielsko. Widok nie do pozazdroszczenia i do teraz się dziwię, że nie uciekł ze sceny…

Jeśli o sam koncert chodzi to naprawdę jestem zadowolona. Mimo tego, co napisałam powyżej. To są jedynie moje drobne przemyślenia i refleksje. Wysocki w wykonaniu Maleńczuka to kawał solidnej i porządnej muzyki! Naprawdę chylę czoła, bo wyszukanie jego tekstów, przeczytanie ich i wybranie najciekawszych do tłumaczenia to musiała być ciężka robota. W tym wszystkim nie poszedł na łatwiznę i nie wybrał piosenek, które tłumaczą wszyscy. Ogólnie zagrał wszystkie kawałki z płyty, które oczywiście na żywo brzmią miliard razy lepiej. Usłyszenie wszystkich 28 zwrotek ‘Manekinów’ mogę spokojnie zakwalifikować od niezapomnianych przeżyć i położyć je na półce obok ‘Ring of fire’, które Maleńczuk śpiewał w Hard Rocku i prawdopodobnie nieprędko wykona po raz kolejny na żywo. Nawet jeśli będzie przed nim skakał wielki słoń. Wczoraj też, po raz pierwszy, zwróciłam uwagę nie tylko na Maleńczuka, ale też na jego zespół i muzykę. Genialna gitara basowa! Świetna perkusja, ale uważam, że Kora ma lepszą. Fantastyczny klawiszowiec. Liczę, że ten zespół będzie jeszcze długo ze sobą grał i równie dużo płyt wyda, też autorskich.

Wyjątkowo po koncercie nie miałam ochoty stać w kolejce po autograf i zasilić grono liczących na to, że Maciej do nich wyjdzie. Nie wiem czemu… W kinie był jeden jedyny plakat informujący o tym wydarzeniu i czułam, że i tak nie pozwolą mi go zabrać. Nie wierzyłam, że Maleńczuk wyjdzie do ludzi. I byłam pełna mieszanych uczuć, które dopiero dzisiaj sobie poukładałam i mogę z ręką na sercu koncert zaliczyć do udanych.

Tak sobie pomyślałam, że nowym koncertem z moich marzeń byłby Maleńczuk z Korą na jednej scenie… Jej perkusja, jego gitara basowa i dużo dobrej muzyki… Moje marzenia są czasem naprawdę wyjątkowe…


520

Standardowy

Ostatnio zauważyłam, że wchodząc na inne blogi i nie widząc nic nowego, zamykam je z rozczarowaniem i słowem ‘nuda’ tłukącym się po głowie. Wczoraj miałam refleksję, że może do mnie też ktoś zagląda i ma takie odczucia jak ja w stosunku do innych? Zmiany należy zacząć wprowadzać od własnego podwórka, a jak wiadomo to jest zawsze najtrudniejsze. Łatwiej wytknąć komuś błędy niż sobie…

Grudzień zrobił się nam tygodniem kultury i odchamiania się. Zamieniliśmy kino na teatr i dodaliśmy do tego koncerty. Jedyny minus jest taki, że kultura niestety kosztuje. Jakby się chciało chodzić codziennie na coś można by spokojnie wydawać dwa tysiące miesięcznie. Tylko nie wiem czy to miało by sens…

Lubię wyszukiwać spektakle, na które chcę iść. Analizować je pod względem obsady, treści, czasem długości trwania i miejsca, w którym są grane. Lubię to oczekiwanie na bilety, na dzień, w którym w końcu pójdziemy do teatru. Lubię podczas codziennych spacerów patrzeć na plakaty zapowiadające koncert i uśmiechać się do siebie, bo wiem, że mam już bilet i nie muszę się stresować, czy uda mi się kupić i czy jeszcze będą. Z koncertami sprawa jest o tyle prostsza, że mam wąski krąg osób, które chcę zobaczyć na żywo. Mimo, że słucham różnorodnej muzyki i nie zamykam się na innych, to nie poszłabym na Zakopower, bo podoba mi się ich ‘Boso’. W strefie marzeń jest koncert U2, Claptona i Queen, co jest absolutnie niemożliwe. Są oni w tak zwanej strefie niekoniecznie do spełnienia, a to ze względu na to, że chyba wolę studyjne, nieco kameralne koncerty niż ogromna widowiska na halach sportowych. Lubię widzieć osobę śpiewającą, a nie patrzeć na telebim i wierzyć, że tam w oddali ona faktycznie jest. A dla kontrastu chciałabym być na Rockowisku, w Jarocinie albo Sopocie. I jakoś nie przeszkadza mi, że byłaby tam masa ludzi, wszechobecny brud i kurz i mieszanka osobowości.

W kwestii teatru na razie ograniczyłam się do wybierania spektakli z Globiszem, którego uwielbiam od czasu ‘Anioła w Krakowie’. Za sprawą tego filmu przekonałam się do tego miasta i zaczęłam na nie patrzeć nieco inaczej. Dałam mu szansę. Zadanie, które może wydawać się proste, wcale takie nie jest. Globisz jest czołowym aktorem Teatru Starego i łatwiej znaleźć coś, w czym nie gra. Ale po długich i burzliwych dyskusjach mamy swoich faworytów i po opublikowaniu repertuaru na styczeń będziemy robić rezerwacje. A w kolejce jest jeszcze Andrzej Grabowski, ‘Mewa’ Czechowa, ‘Pułapka na myszy’, ‘Pan Tadeusz’ i oczywiście ‘Damy i huzary’. A w wiadomej strefie Janda, która być może jeszcze zawita do naszej Łaźni…

Jak widać jestem pełna sprzeczności, niedookreślona, trudna w odbiorze. Ale wiem czego chcę i staram się do tego dążyć. W tych aspektach życia, w których mogę, oczywiście…

519

Standardowy

Jako dziecko i mała dziewczynka prawie w ogóle nie słuchałam muzyki mojego pokolenia. Wychowywałam się w domu, w którym królował Lady Pank, Perfect, Queen, Maanam, Marek Grechuta. Czasem rówieśnicy dziwnie się na mnie patrzyli, czasem wytykali palcami za plecami. Wtedy się tym przejmowałam i na siłę szukałam aktualnie modnego zespołu, który mogłabym słuchać i być na czasie. Czy mi się podobał, czy nie to inna sprawa. Grunt, że miałam parę takich, których kasety czy płyty zbierałam, oblepiałam ściany ich plakatami. Gdy patrzę na to z perspektywy ładnych paru lat wydaje mi się to śmieszne i żałuję, że nie pozostałam sobą, zamiast pozwalać sobie na chwilowe zatracanie się w czymś, co nie było zgodne z moimi gustami muzycznymi. Inna sprawa, że teraz nastała moda na wracanie do słuchania starych zespołów, to oni są na topie, ich najprzyjemniej się słucha i a ich koncerty chce się chodzić. Nic dziwnego, jak ma się do wyboru stary, dobry Perfect i Sylwię Grzeszczak śpiewającą o niczym i w kółko na tą samą melodię.

Wracając do sedna. Wychowałam się w konkretnym domu i byłam otoczona konkretną muzyką, co zostało mi do dzisiaj. Pamiętam, że jak byłam w podstawówce na Ostatki koniecznie chciałam przebrać się za Korę. Wtedy przyszła z pomocą Babcia (nie pierwszy i nie ostatni raz) i stwierdziła, że niestety nie mogę, bo ona jest łysa, a ja nie mogę sobie ogolić głowy na zero. I nie pomogły płacze i proszenie żeby mi włosy spięły i przyczesały na gładko żelem. Na pocieszenie zostało mi katowanie kasety Maanamu, aż mi się nie wkręciła w magnetofon i dostałam szlaban na nich i ich muzykę. I wtedy chyba po raz pierwszy zamarzyło mi się pójście na koncert Maanamu. Uwielbiałam słuchać opowieści Taty jak był na Rockowisku i jak grała Kora. Godzina koncertu i drugie tyle bisów, bo jej publiczność nie pozwalała iść do domu. Potem oglądałam zdjęcia w książce o Maanamie i powtarzałam do znudzenia, że pójdę na Jej koncert. Z czasem zaczęłam słyszeć w odpowiedzi, że nie mam szans, bo Kora straciła głos i nie śpiewa. Fakt, że w pewnym momencie zniknęła ze sceny. Było mi przykro, ale co zrobić. Odłożyłam sobie marzenie o koncercie Kory na półeczkę z napisem ‘niemożliwe do spełnienia’.

Długo, długo nic się nie działo i nagle wiadomość, że rusza kolejny program muzyczny i jednym z jurorów będzie Kora. Dwa razy mi nie trzeba powtarzać. Wiedziałam, że będę to oglądać, niezależnie od poziomu uczestników i reszty składu jurorskiego. W odcinku finałowym pierwszej edycji wystąpiła Kora! Zaśpiewała najlepsze hity Maanamu, a ja siedziałam jak oczarowana. Później biegałam po domu i krzyczałam do Ojca, że to było na żywo i nie straciła głosu i nadal daje czadu. W drugiej edycji wystąpiła z nowym, własnym utworem ‘Ping pong’, który był zapowiedzią solowej płyty. Więcej nie potrzebowałam. Weszłam na Jej oficjalną stronę i popłakałam się ze szczęścia. 6 grudnia miał się odbyć koncert w Krakowie. Jako pierwszy z trasy koncertowej promującej nowy album. Szybka decyzja, bilety kupione i pozostało tylko czekać… Nie przeszkadzało mi nawet, że koncert będzie w Studio, którego nienawidzę z całego serca.

Na koncercie byliśmy wczoraj. Do dzisiaj jestem pełna emocji, które za nic nie chcą opaść. Jestem szczęśliwa, ponieważ spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. Mało tego, byłam pod samą sceną, miałam Korę na wyciągnięcie ręki, mogłam robić milion zdjęć. Sam koncert był fenomenalny, ale wiadomo, że to jest subiektywne odczucie. Bawiłam się świetnie, czego dowodem są bolące kolana i stłuczony łokieć. Wiadomo, że dzisiejsza Kora jest nieco inna od tej, którą zapamiętałam z dzieciństwa. Jest dojrzalsza, bardziej liryczna, idzie w kierunku ballad rockowych, ale potrafi dać czadu i sprawić, że publiczność nie chce jej puścić do domu. Były ‘Cykady na cykladach’. Były ‚Szare miraże’. Był ‘Szał niebieskich ciał”. Były wszystkie piosenki z ‘Ping ponga’ i sam ‘Ping pong’ niezliczoną ilość razy. Było pięknie i marzę o kolejnym koncercie. Jak się dowiedziałam będzie więcej. Będzie też powrót do Krakowa!

Nauczona doświadczeniem wzięłam aparat, bo nie przeżyłabym drugi raz powtórki z rozrywki. Przydał się jedynie do robienia zdjęć podczas koncertu, ale i tak się cieszę. Natomiast ja, co mnie zupełnie niepodobne, poszłam się spytać barmanów czy mogę zabrać plakat Kory. Tłumy patrzyły na mnie dziwnie, ale ja skupiałam się tylko na tym żeby oderwać go jak najstaranniej i nie podrzeć. A potem okazało się, że Kora będzie rozdawać autografy. Takiej okazji przepuścić nie mogłam. Około 40 minut czekania, piwo na odwagę i udało się! Plakat zawiśnie w sypialni. Całkiem przypadkiem dostaliśmy stosowną dedykację do miejsca.

A sama Kora zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Na scenie wydaje się osobą bardzo pewną siebie, profesjonalistka w każdy calu. Świetnie łapie kontakt z publicznością. Widać, że muzyka i śpiewanie daje jej ogromną radość. Po zejściu ze sceny jest jak najbardziej normalną osobą. Nie ma gwiazdożenia, nie ma udawania kogoś kim się nie jest, nie ma strojenia min i wzdychania ze zniecierpliwienia. Każdy jest dla niej tak samo ważny, z każdym porozmawia, do każdego się uśmiechnie. Naprawdę poczułam się wyróżniona jak powiedziałam Jej, że wychowywałam się na Jej muzyce i od zawsze marzyłam żeby być na Jej koncercie i w odpowiedzi usłyszałam, że bardzo Jej miło, a sam koncert był dla nich bardzo ważny. Pierwszy po prawie dwudziestu latach przerwy, a do tego w rodzinnym mieście. A sama Kora jest urocza. Ma piękny uśmiech, którym dosłownie zaraża. Miała świetny makijaż; delikatny i wyrazisty. Nigdy bym nie powiedziała, że ma tyle lat, ile ma. Jedyną oznaką starości są zmarszczki mimiczne wokół oczu od ciągłego uśmiechania się. I ma genialną figurę, której jej zazdroszczę! Naprawdę chciałabym tak wyglądać w jej wieku. Tak naprawdę to teraz chciałabym tak wyglądać też…

Wczoraj czułam się najszczęśliwszą osobą na świecie. Dzisiaj nadal się tak czuję. A w tym wszystkim najfajniejsze jest to, że Tomek poszedł ze mną. Mimo, że nie słucha Maanamu. Wytrzymał cały koncert. Świetnie się bawił. Zrobił przy tym milion zdjęć i udało mu się nawet nagrać film. I nie zgrzytał zębami jak czekałam na to czy Kora przyjdzie czy nie.

Dziękuję…