525

Standardowy

Dawno, dawno temu przewartościowałam moje życie i doszłam do wniosku, że mam mało przyjaciół. Związane to było z ponownym zdefiniowaniem tego słowa. Kiedyś nadmiernie nim szastałam i tytułowałam tak każdą napotkaną w moim życiu osobę, która była mi życzliwa, lubiłam z nią spędzać czas, miałam wspólne tematy do rozmowy i życiowe pasje. Jednak to nie byli przyjaciele. Nie pamiętam co mnie skłoniło do takich zmian, ale z perspektywy czasu cieszę się, że podjęłam takie, a nie inne decyzje. Tym sposobem grono przyjaciół skurczyło się do trzech osób. Z jedną tylko mam regularny kontakt, z oczywistych powodów. Reszta jest z doskoku. Czasem, jak mam gorszy dzień, zrzucam je na półkę ‘dobrzy znajomi’, by wrócili na swoje stałe miejsce wraz z poprawą samopoczucia. I dobrze mi z tym. Wolę moje życie samotnika niż bycie w tłumie i udawanie kogoś kim się nie jest, by zadowolić resztę towarzystwa i nie wypaść na boczne tory. Jeśli się spotykam w większym gronie znajomych lekko się dystansuję i nie odkrywam do końca. Zaoszczędzam sobie niepotrzebnych rozczarowań w przyszłości.

Ostatnio zaczynam się zastanawiać czy jest szansa na nową przyjaźń, z nową osobą… I wszystkie moje obawy wynikają z tego, że boję się ewentualnego odrzucenia. Jest też oczywiście masa pytań w stylu, czemu ja miałabym być osobą, z którą ktoś chciałby mieć bliższe kontakty? Co ja mogę zaoferować w zamian? Czy nie byłabym w takim układzie pasożytem, który bierze, a nie daje nic w zamian? To wynika z mojej zaniżonej samooceny. Ale to jest temat rzeka, którego nigdy nie poruszałam i nie wiem czy kiedykolwiek się odważę… Wracając do meritum. Boję się i chciałabym. Jednak na chwilę obecną niestety przeważa strach i obawa. Nie lubię wychodzić na początku z inicjatywą, bo odnoszę wrażenie, że się narzucam. A jak nie wykonam tego pierwszego kroku, to nigdy to nie ruszy z miejsca. I w taki sposób robi się błędne koło, jakże typowe dla mnie…

Ale podjęłam pewną decyzję. Czy zdecyduję się ją wcielić w życie to już inna inszość. Jednak z każdym dniem jestem bliższa podjęciu tego ryzyka. Bo do stracenia mam w sumie niewiele, a do zyskania bardzo, bardzo dużo…

524

Standardowy

Wśród blogów, na które zaglądam regularnie są także blogi stricte modowe. Nie jestem fanatyczką usiłującą nadążyć za aktualnymi trendami. Po prostu lubię patrzeć na oryginalne osoby i na ich równie oryginalny styl, który wypracowały same lub naśladując znane gwiazdy. Na jednym z takich blogów znalazłam manifest mówiący, że rok 2012 ma być Rokiem Pończoch Nylonowych. Początkowo zjeżyłam się, bo bardzo nie lubię narzucania mi zdania przez kogoś innego. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mam większe zmartwienia i niech laski robią co im się żywnie podoba.

Wczoraj z ciekawości weszłam na Allegro popatrzeć ile rzeczone nylony kosztują. I tym sposobem szybko zasiliłam grono nie utożsamiających się z nimi. Spodziewałam się, że to cudo może być drogie, ale nie byłam przygotowana aż na taką cenę. Oczywiście trzeba jeszcze doliczyć do tego pas, bo nylonów nie da się nosić jak pończoch samonośnych. I sprawa najważniejsza, z moją zdolnością do robienie dziur w każdych rajstopach, prócz kryjących, miałyby one zdecydowanie krotki żywot. Później zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle może być wygodne? Bo gorset może i jest ładny, ale o komforcie w trakcie jego noszenia można spokojnie zapomnieć. Czuję się w nim jakbym połknęła kij od szczotki, siadam jak robot i muszę cały czas utrzymywać pion, bo w innym wypadku zaczną mnie uwierać druty. Innymi słowy gorset to tańsza wersja pajączka, nie da się w nim garbić.

Myślę, że nylonami mogłoby być podobnie. Pas, który wygląda na niewygodny i niepraktyczny i jeszcze zastanawianie się czy trzymają się na miejscu, czy czasem któraś klamerka nie strzeliła. Pominę aspekt najbardziej oczywisty, czyli jak nosić je w zimie? Chyba, że z prababcinymi pantalonami, które zapewnią, że tyłek nam nie zamarznie przy wyjściu na zewnątrz. I na pewno będę się w tym czuć kobieco i seksownie…

Ten ciąg myślowo-skojarzeniowy doprowadził mnie do pytania, czemu niektóre kobiety same, z własnej nieprzymuszonej woli decydują się na takie przebieranki? I czemu śmią twierdzić, że kobieta w baletkach i spodniach jest zaprzeczeniem kobiecości i seksapilu? Jak mówiłam, nie lubię narzucania mi swojego zdania. Nie lubię też patrzenia na świat przez pryzmat siebie i swoich poglądów. A niestety dziewczyny ubierające się w stylu vintage tak robią. Może i wrzucam wszystkie do jednego worka, ale nie miałam okazji spotkać się z osobą, która byłaby zaprzeczeniem powyższego. Może nasunąć się pytanie, czemu śledzę ich blogi? Lubię patrzeć na ich pasję. Lubię patrzeć jak próbują naśladować ten styl, z różnymi efektami. Mogę uśmiechnąć się pod nosem czytając jak oburzają się panującą na ulicach modą. Często mogę popatrzeć na ciekawe i ładne zdjęcia, które im są robione przez mniej lub bardziej profesjonalnych fotografów. I z wielu innych powodów…

Długo zbierałam się do napisania o moich przemyśleniach w tym temacie. Mam zdecydowanie różne poglądy od tych dziewczyn. Zachowuję je dla siebie, bo tak jak one mi, ja im krzywdy nie robię. Że są inne? Ich wybór. To nie ja chodzę obok nich na ulicy. To nie ja jestem ich córką. To nie ja muszę się za nie wstydzić. Bo tak wygląda prawda. Jakby moja mama zaczęła się tak przebierać, to niestety nie szłabym obok niej na ulicy. Dla mnie to śmieszne i niedorzeczne. Dopóki nie uderza bezpośrednio we mnie nie przeszkadza mi to w ogóle. A że nic nie wskazuje na to, by moja mama przeszła przemianę, długo nie będzie mi to przeszkadzać.


523

Standardowy

Często przypomina mi się Ewa, która powiedziała mi jakiś czas temu prosto w oczy, że mnie nie lubiła. I nie chodzi o to jakie żywiła w stosunku do mnie emocje czy uczucia. Chodzi mi o to, że miała odwagę powiedzieć coś takiego. Inna sprawa, że to jej wyznanie sprawiło, że umocniłam się w przekonaniu, że potrafię wyczuć drugą osobę.

Od zawsze bazuję na pierwszym wrażeniu. Ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą o tym doskonale. I mimo usilnych starań nie potrafię, a może nawet i nie chcę, tego zmienić. Poznaję nową osobę, patrzę na nią chwilę, zamieniam parę słów i wyrabiam sobie jakąś opinię. Albo od razu kogoś lubię i dostaje kredyt zaufania, albo ma duży minus na początek i musi się starać żeby mnie do siebie przekonać. Nie znaczy to, że się na taką osobę zamykam kompletnie i nie daję jej szansy. W tej ocenie jest różnie. Równą ilość raz się mylę, co mam rację.

W jednym natomiast się nie mylę. Potrafię momentalnie wyczuć czy ktoś mnie lubi, czy nie. Wiem jakie sprawiam pierwsze wrażenie. Wiem też, że nic z tym nie jestem w stanie zrobić. Albo chce się mnie poznać, albo udaje, że wie się wszystko i udaje się coś, czego nie ma. Ewa właśnie była przypadkiem, który wyczułam od razu. Brała mnie na duży dystans i z jeszcze większą rezerwą. Niby nie powinnam się przejmować, bo to tylko rodzina Tomka. Ale jakoś nie mogłam jej olać i dać sobie spokój, bo gdzieś w głębi duszy czułam, że to jest wartościowa kobieta i mogę skorzystać na znajomości z nią. Udało mi się ją do siebie przekonać. Doskonale wiem, w którym to było momencie. Upewniłam się, że mam rację na pierwszej wspólnej kolacji, kiedy mi to powiedziała. Swoją drogą nie zapomnę nigdy miny Marka. Miny, która wyrażała zdumienie, szok, zrezygnowanie, zażenowanie. Cieszę się, że wyszło jak wyszło. Może i nie spotykamy się z nimi za często, ale są dla mnie takim zastępstwem Waldka i Basi, których czasem mi cholernie brakuje.

Zupełnie dziwna i nie do końca dla mnie czytelna sytuacja jest z Alą. Inna sprawa, że jest to osoba, o której można by napisać książkę, a i tak by się jej nie zrozumiało. Alunia wysyła sprzeczne sygnały, ale przestałam się nią przejmować jakiś czas temu. Nie lubię marnotrawić czasu na kogoś, kto nie docenia pomocy jaką mu się niesie, a w zamian jeszcze obgada po rodzinie i wymyśli niestworzone historie. W pewnym okresie byłam przekonana, że Ala mnie lubi, co było wtedy wzajemne. Później zaczęła robić swoje przedstawienia, a my zaczęliśmy jej unikać. Na sporadycznych i koniecznych spotkaniach czuję tą sympatię, ale mam w głowie zapaloną czerwoną żaróweczkę żeby pamiętać, że nie można się przy niej za bardzo odsłonić, bo później to wykorzysta przeciw mnie.

Ostatnio zaczynam też robić takie zestawienie wśród znajomych, z którymi się spotykamy najczęściej. W większości wychodzę na plus, ale też znamy się ze sobą pięć lat,  co robi swoje. Z niektórymi sprawy zostały wyjaśnione wprost i szczerze do bólu. Inni zostali odsunięci na bok. Sama podjęłam tą decyzję i im więcej czasu mija, tym bardziej jestem z niej zadowolona. Pod baczną obserwację muszę wziąć dwie osoby. Znamy się krótko, spotkaliśmy parę razy, było miło i sympatycznie, ale… No właśnie, ja mam parę zastrzeżeń. Na szczęście potrafię sobie sama z tym poradzić. Nie muszę nikogo prosić o pomoc. Zresztą pomoc w takich przypadkach sprowadza się do zapewniania, że przesadzam i na pewno jest inaczej. Zobaczymy…

W ogóle zauważyłam, że nadal mam przesyt. Dość mówienia ciągle o tych samych osobach i ciągle tego samego. Zupełnie jakbyśmy nie mieli własnego życia i nie mieli o czym rozmawiać ze sobą. Mamy stałe tematy i bez nich ani rusz dalej. Stąd bierze się moje drobne wyalienowanie i usunięcie się w cień.

I znów za kimś tak bardzo, bardzo tęsknię… Może odwiedzę Ją w niedzielę. Zawsze Ją odwiedzam ilekroć jadę w tamtym kierunku…

 

522

Standardowy

W dzisiejszych czasach powstał nowy zawód – celebryta. Może ja robię zbyt surowy podział i wrzucam do tego worka niektórych ludzi niesłusznie, ale niestety nigdzie nie spotkałam definicji celebryty i nie mogę klasyfikować ludzi według niej. Dla mnie jest to osoba, która nie reprezentuje sobą żadnych większych wartości. Jej życie skupia się na błyszczeniu na salonach, zaliczaniu jak największej ilości imprez, pozowaniu do jak największej ilości zdjęć, które potem można będzie obejrzeć na Pudelku czy innym plotkarskim portalu. Wiem, że są zawody, które wymagają bywania na salonach. Wiem, że projektant mody musi robić pokazy, a piosenkarz dawać koncerty. Ale czy dziewczyna, która podaje wodę w programie Kuby Wojewódzkiego musi być obecna w mediach? Czy my musimy dążyć do tego, by mieć takich idoli jak Ameryka? Niestety, chyba tak. Czuję w kościach, że niedługo będziemy mieli polską Kim Kardashian i Hugh Hefnera. Bo pokazywanie programów o nich w stacji pseudo muzycznej ewidentnie nie wystarczy. Tak, przyznaję się, czasem oglądam te naszpikowane mądrością życiową programy. Głównie podczas prasowania, ponieważ nie muszę skupiać się na akcji i czytać napisów, a mogę dowiedzieć się nowych rzeczy i aktywnie uczestniczyć w rozmowach przy imieninowych stołach. Z tego samego powodu przeglądam Pudelka. Szkoda mi pieniędzy na kupowanie plotkarskich gazet, więc znalazłam darmowe zastępstwo.

Przechodząc do sedna. Ostatnio wyrosły nam nowe celebrytki – pani Grycan i jej trzy urocze córeczki. Nazwisko wszystkim znane, bo przecież każdy na pewno jadł lody od Grycana. Byłam święcie przekonana, że ta kobiet jest właścicielką marki. Potem przyszła refleksja, że przecież właściciele znanych firm nie pokazują się w świetle dziennym. O Inglocie przeczytałam w Newsweeku w samolocie do Gdańska i byłam szczerze zdziwiona, że facet jest Polakiem. O Wittchenie we Wproście i te same myśli mi towarzyszyły. Podobnie było z Krukiem i panami od Apartu. I nagle pojawia się znikąd Marta Grycan. Oczywiście nie jest ona właścicielką przedsiębiorstwa, ale żoną właściciela. Zaczyna być jej pełno wszędzie, od Pudelka, a na telewizjach śniadaniowych kończąc. Teoretycznie mi to nie przeszkadza. Praktycznie bardzo.

Tutaj nastąpi druga dygresja. Jestem osobą, która bardzo zwraca uwagę na wygląd innych. Widzę wszystko. Niedokładny makijaż, odprysk na lakierze, oczko w pończochach. Przeszkadzają mi kobiety zaniedbane. Nie mogę patrzeć na odrosty na pół głowy u innych, na niepomalowane paznokcie, na kompletny brak makijażu. Nie lubię też ludzi otyłych. Może jestem nietolerancyjna. Trudno. Moje poczucie estetyki nie dopuszcza do siebie zapasionych osób, które nic z tym nie robią i z dumą obnoszą się ze swoją wagą.

Wracając do tematu. Marta Grycan i jej córki to kwintesencja tego, czego nie lubię u innych. Wszystkie cztery wyglądają jak potwory. Wyraźna nadwaga, opuchnięte i do tego noszące obcisłe ubrania, które podkreślają każdą fałdkę tłuszczu na ich ciałach. Jej córki nie są pełnoletnie, a wyglądają jak dojrzałe kobiety. Właśnie przez nadwagę. Mimo wszystko to jest ich sprawa. Są bogate, nie chce im się ćwiczyć, więc wyglądają jak zawodniczki sumo. Jednak ich nazwisko kojarzy się z lodami. Lody są czymś, co uwielbia każdy z nas. Odkąd na powierzchnię wypłynęła Grycanka i pławi się w świetle fleszy, ja wiem, że nie kupię lodów z tej firmy nigdy. Nawet jakby miała znaleźć się na pustyni i byłyby one jedyną mokrą i zimną rzeczą. Do końca życia będę mieć przed oczami widok tych pań i niesmak jaki po sobie pozostawiły. A jakbym miała zjeść lody firmy Grycan z każdym kolejnym przełkniętym kęsem czułabym jak obrastam w tłuszcz. Nie wiem czy taki był cel tej uroczej rodzinki, ale na pewno straciły dwóch potencjalnych klientów. Co więcej zamierzam powiedzieć Mamie, że też ma nie kupować lodów od nich.

W tym wszystkim żal, że prawdziwe Gwiazdy są ukryte w cieniu celebrytów. Ludzie, którzy powinni być na pierwszych stronach gazet usuwają się w cień, bo nie chcą żyć w świetle fleszy, czytać o sobie bzdur wyssanych z palca i stać w jednym rzędzie z osobami, które nie reprezentują sobą nic, prócz znanego nazwiska czy skandalu z przeszłości.