534

Standardowy

Każdy ma swój ulubiony film, do którego wraca nieskończoną ilość razy. Też tak mam. Lista moich filmów wydłuża się z czasem. Ale jeszcze nigdy nie trafiłam na sztukę teatralną, którą chciałabym obejrzeć kolejny i kolejny raz. Aż poszłam na ‘Księżyc i magnolie’.

Dowiedziałam się o tym spektaklu zupełnie przypadkiem. Przed snem włączyliśmy telewizję i akurat leciał ‘Co za tydzień’. Dodam, że był to jedyny wartościowy program nadawany późno w nocy. Jak padło słowo krakowski Teatr Scena Stu wyostrzył nam się słuch. Wśród masy warszawskich wydarzeń miło jest posłuchać o czymś ‘naszym’. Szymon Bobrowski zachwalał nowy spektakl, który gościnnie grany będzie także w Krakowie. Moje oczy zaczęły świecić w ciemności z podniecenia i ekscytacji. Tomek wiedział o co chodzi i rzucił tylko ‘możemy iść’. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia o czym to będzie, ani czy warto na to iść. Przed oczami miałam tylko Bobrowskiego i Lubaszenkę na żywo. Czyli jak ja to mówię, fajnych aktorów. Bilety do najtańszych nie należały, ale jakoś to przełknęliśmy. Jak się później okazało w Stu wszystkie bilety są w jednej cenie i nie ma zniżek studenckich.

Muszę tutaj dodać, że Szymon Bobrowski do moich ulubionych aktorów nigdy nie należał. Owszem, podziwiam talent i uważam, że jest dobry w tym co robi i wyróżnia się na tle młodego pokolenia. Moja antypatia wynikała z tego, że w ‘Magdzie M’ grał typowego skurwiela. Zazwyczaj nie stawiam znaku równości między aktorem, a graną przez niego postacią, ale tym razem się nie udało. Cały czas z tyłu głowy miałam jego jako Bartka.

W końcu nadszedł dzień, w którym mieliśmy iść do teatru. Oboje byliśmy zasmarkani i zakaszlani. Nawet pojawiały się myśli żeby nie iść, bo się rozłożymy, a ja miałam na drugi dzień jeszcze zaliczenie. Teraz mogę z ręką na sercu powiedzieć, że bardzo, ale to bardzo bym żałowała jakbyśmy nie poszli. Stu jest dość specyficznym teatrem. Usytuowany w kamiennicy, ma dość ciasne foyer i rewelacyjny barek. Sama scena i widownia też są niespotykane. Scena ulokowana jest w środku, a widownia naokoło. Wszystko przypomina trochę arenę bokserską. Ale dzięki temu każdy widzi doskonale to, co dzieje się na deskach.

Początki przedstawienie nie zapowiadały nic ciekawego. Mamy producenta, który nie ma napisanego scenariusza, ale koniecznie chce nakręcić ‘Przeminęło z wiatrem’. Zatrudnia więc nowego scenarzystę. I tu pojawia się problem, ponieważ nie przeczytał on książki. Twierdzi, że to chała i szkoda czasu na nią. W takiej sytuacji Selznick (Olaf Lubaszenko) postanawia zamknąć Hechta (Szymon Bobrowski) i Fleminga (Szymon Kuśmider) w jednym pomieszczeniu na pięć dni, w ciągu których mają napisać scenariusz.

I tutaj zaczyna się prawdziwa komedia. Selznick z Flemingiem opowiadają Hechtowi fabułę książki. Ten co jakiś czas wtrąca swoje trzy grosze, czym skutecznie dekoncentruje tą dwójkę. Jego ‘Atlanta płonie’ do dzisiaj wywołuje u mnie niekontrolowany uśmiech na twarzy. W końcu dochodzi do pisania nieszczęsnego scenariusza. Oczywiście nie może być to proste, łatwe i przyjemne. Hechtowi nie podoba się co druga rzecz, więc pisanie idzie jak po grudzie. W międzyczasie pojawia się także sekretarka Selznicka, Miss Poppenghul, która wchodzi raz zna jakiś czas na scenę i z miną kompletnej kretynki pyta: ‘tak panie Selznick?’

Jak się skończy to wszystko nie będę pisać, bo łatwo się domyślić. Naprawdę dawno się tak dobrze nie bawiłam w teatrze. Wychodząc czułam, że boli mnie brzuch od ciągłego śmiania się. Dla mnie było to przedstawienie na mistrzowsko wysokim poziomie. Szymon Bobrowski był fenomenalny. Olaf Lubaszenko również. I nie przeszkadzało mi to, że jest spasiony do granic nieprzyzwoitości. Wracaliśmy do domu przerzucając się kolejnymi kwestiami ze sztuki.

Podziwiam tych aktorów, że są w stanie grać i nie śmiać się z tego, co mówią. Wiem, że uczą się tego przez cały czas studiów i potem pracując już w zawodzie. Były sytuacje, kiedy Lubaszenko stał przodem do ludzi, a na jego twarzy błąkał się głupi uśmiech, który w ogóle nie był związany z jego rolą, a odnosił się do tego, co działo się za jego plecami. Albo momenty, w których ludzie śmiali się i zaczynali bić brawo, a aktorzy czekali z powiedzeniem dalszych kwestii aż nastanie cisza. Naprawdę mi to imponowało. I uważam, że jest to duża sztuka i wyraz wysokiego poziomu i klasy. A zawód aktor po raz kolejny jawi mi się jako ciężki zawód i jakże niedoceniany w życiu codziennym. A ludzie go wykonujący to prawdzie Gwiazdy.

I tak sobie dzisiaj pomyślałam, że chciałabym iść jeszcze raz na ‘Księżyc i magnolie’. Nawet sprawdziłam już repertuar. Najpóźniej grają w czerwcu, więc idealnie pasuje. I naprawdę nie ma co żałować 70zł na bilet, bo warto!


533

Standardowy

Wstyd się przyznać, ale na siłowni byłam ostatnio w ubiegły piątek. Może dzisiaj pójdę, w związku z moim wielkopostnym postanowieniem. Piszę może, ponieważ bolą mnie mięśnie karku i szyi. I nie wiem z jakiego powodu. Wmawiam sobie, że źle spałam, bo tak najwygodniej. Z drugiej strony jakbym miała naciągnięty lub zerwany mięsień, to bym nie mogła siedzieć. A dzisiaj na szczęście mogę. Mogę skręcać szyję w prawo i lewo. Mogę wstawać. Schylać się. Przeciągnąć. Wczoraj wszystkie te wymienione czynności były nie do wykonania lub wykonywałam je z grymasem bólu na twarzy. Spanie też było męczące, ponieważ nie mogłam znaleźć pozycji, w której byłoby mi wygodnie i nie ciągnęłyby mnie bolące mięśnie. Jak w końcu udało mi się taką znaleźć, to wiedziałam, że w niej nie zasnę. Bo ja zasypiam zwykle na brzuchu. Nie inaczej. A już na pewno nigdy w życiu nie zasnę na plecach. Nie wiem jak inni tak mogą. Więc jak już w końcu zasnęłam, to obudziła mnie skrzypiąca podłoga u sąsiadki pod jedenastką. No kurwa mać! Naprawdę w końcu do niej pójdę i powiem żeby sobie wymieniła panele, bo ja nie potrzebuję sporządzać trasy, jaką pokonuje każdego dnia w swoim mieszkaniu. W ramach zemsty włączam głośno radio w łazience jak idę pod prysznic. I po cichu liczę, że wkurwia ją to tak bardzo, jak mnie jej skrzypiąca podłoga.

A wracając do siłowni. Lubię ćwiczyć. Lubię wysiłek fizyczny. I lubię widzieć jak moje mięśnie stają się bardziej widoczne. Jak powoli znikają mi centymetry. Jak ubrania stają się luźniejsze. I boli mnie, że zrobiłam sobie taką długą przerwę. Szczególnie teraz, kiedy kupiłam czarne getry i mojemu tyłkowi przypadłoby się wyglądać lepiej. Szczególnie, że założyłam je w domu do paru ubrań i stwierdziłam, że się sobie podobam. Jeszcze nie miałam odwagi żeby w nich wyjść do ludzi, ale wszystko przede mną. Na pewno umięśnione pośladki będą wtedy wskazane. A do tego potrzebna jest wizyta na siłowni. A do tego potrzebny jest brak bólu i większa sprawność ruchowa. Słowem, nie zależy to ode mnie. Tak sobie wymyśliłam, że w sobotę założę te getry, tunikę w kwiatki, która prawie wszystkim się podoba, szare kozaki i pojadę po nich na lotnisko. Jak Margola zrobi zniesmaczoną minę, to będzie znak, że można, a wręcz należy tak się pokazywać ludziom. I nie żebym jej robiła na złość. Nie będę czekać aż się zestarzeję żeby się tak ubierać.

A na koniec napiszę, że cały czas myślę nad tym czy wziąć udział w konkursie Teatru 6.piętro. Kusi mnie ogromnie. A z drugiej strony boję się porażki. Niby parę osób mi mówi, że w tym moim pisaniu jest coś, ale… Nie lubię pisać ze świadomością, że to ma jakiś większy cel. Że to nie będzie tylko dla mnie, ale że mogę tym coś zwojować. Wtedy się usztywniam i wychodzą mi straszne kupy. Czas mam. Będę powoli tworzyć. Może coś się uda…


532

Standardowy

Cytując jedną z bohaterek jednego z moich ulubionych filmów Juliusza Machulskiego ‘i pomyśleć, że nagle 16 maja 87 roku zostaniemy przyjaciółkami na śmierć i życie’. I dzisiaj jestem tego pewna i nie boję się głośno tego powiedzieć, patrząc sobie głęboko w oczy w lustrze. I bardzo się cieszę. Bo potrzebowałam bliskiej osoby. Szczególnie teraz, kiedy zostałam sama. Paula w Radomiu i słuch o niej zaginął. Gośka z Michałem układają sobie życie na nowo we Wrocławiu. Niby mamy kontakt, ale to nie to samo. Tox w Lądku i będzie tam jeszcze trzy długie lata. A kto wie czy nie zostanie na stałe? Egoistycznie mówiąc nie chciałabym tego. Ale wiem, że w życiu trzeba się kierować własnym dobrem, a sentymenty odłożyć na bok. I w tym wszystkim, w tej samotności pojawiła się nowa osoba, która jest moją przyjaciółką.

Spotkałyśmy się dzisiaj na kawie. Wstyd się przyznać, ale naprawdę się stresowałam. Usiadłyśmy wygodnie na kanapie, zamówiłyśmy kawę i rozmawiałyśmy o wszystkim. A dwie godziny zleciały nie wiadomo kiedy, a my czułyśmy, że jeszcze byśmy chciały siedzieć i rozmawiać. Po raz pierwszy od bardzo dawna przed kimś się tak otworzyłam. Pozwoliłam drugiej osobie wejść w mój świat, oceniać, krytykować, chwalić, doradzać. Było trudno. Ale na początku jest zawsze trudno. A potem padło zdanie, które dodało mi tyle pewności siebie, ile jeszcze nigdy w sobie nie miałam.

Bo tak, nie jestem osobą, która zna własną wartość i wysoką ją ceni. Raczej nie wierzę w siebie i swoje możliwości, przez co wiele w życiu na pewno straciłam. Czasem w sytuacjach kryzysowych brakuje mi przebojowości i odwagi żeby o coś zawalczyć. Zapal mi się czerwona lampka ostrzegawcza i wiem, że jak powiem jedno słowo więcej mogę wyjść przed kimś na głupka. Co jak się okazuje, nie zawsze jest zgodne z prawdą. Ale ja wiem lepiej. Tak więc dzisiaj nabrałam pewności siebie i wiary we własne możliwości. Przekonałam się, że warto iść drogą, którą wybrałam dawno temu. Że warto być taką osobą jaką jestem. Bo jeśli ktoś będzie chciał mnie poznać-zrobi to. Nie będzie patrzył na pierwsze wrażenie jakie sprawiam, tylko pójdzie krok naprzód i zacznie ze mną rozmawiać. I dopiero wtedy podejmie decyzję, świadomą decyzję, co dalej chce z tym robić…

Poza tym zaczynam powoli myśleć o urodzinach Tomka. Na pewno będą dwie imprezy: rodzinna i dla znajomych. Trzeba dograć terminy, ustalić listę gości, menu i miejsce. Lista gości jest w mojej głowie. Data rodzinnego spotkania wstępnie zaproponowana. Menu ustalimy razem. Sprawę tortu być może uda mi się rozwiązać w dość innowacyjny sposób. Muszę sama siebie pochwalić, ale naprawdę jestem dumna z mojego pomysłu. Wprost pękam z dumy i unoszę się nad ziemią zachwycając się swoją inteligencją i sprytem. Co więcej, postanowiłam, że spotkanie z Margolą przy jednym stole na moim terenie zniosę z niegasnącym uśmiechem na ustach. Będzie mnie to dużo kosztować, ale niech wie, że ja się łatwo nie poddaję! A ponieważ na pewno nie dotrwa do północy, więc dużo pracy w to nie włożę. Odbiję sobie zaraz jak tylko zamkną się za nią drzwi do klatki i będę mieć pewność, że usadziła kościste dupsko w taksówce skierowanej do jej domu. Najgorszym punktem programu jest bez wątpienia prezent dla Tomasza. Na którego pomoc w tej sprawie liczyć nie mogę, bo jak pytam co chce, to słyszę w odpowiedzi wiele mówiące ‘nie wiem’. Na szczęście po tylu latach związku krew z żyłach mi już nie wrze. Przywykłam. Będę czujnie obserwować, drążyć i w końcu wpadnę na genialny pomysł i popadnę w samozachwyt.


531

Standardowy

Przez te parę długich lat, w których prowadzę bloga, ani razu nie zdecydowałam się na zgłoszenie go do konkursu na Blog Roku. Czemu? Powodów jest kilka.

Nie podoba mi się formuła konkursu. W pierwszym etapie głosy oddawane są przez ludzi, za pomocą głosowania sms. Dopiero w drugim etapie, z wybranych blogów, tego najlepszego wybiera jury. Gdybym to ja mogła decydować, na pewno bym odwróciła kolejność. I zrezygnowała z wysyłania smsów. Nie wierzę w szlachetne idee i zapewnienia, że dochód z tych nieszczęsnych smsów zostanie przeznaczony na cele charytatywne. Nie lubię prosić innych żeby wydali pieniądze na mnie, w zamian nie dostając nic. To jakby zniżać się do poziomu żebraka. On dostaje coś, a obdarowany jest o to coś biedniejszy. W trakcie trwania konkursu na wielu blogach autorzy wiecznie umieszczali prośby o głosy. Patrzyłam na to i zastanawiałam się czy niżej można upaść…?

Zdaję sobie sprawę, że zacne jury ma inne rzeczy do roboty niż przekopywanie się przez setki blogów zgłoszonych do konkursu. Jednak z drugiej strony zgodzili się na udział w tym przedsięwzięciu, więc może mogliby się nieco bardziej wysilić i przeczytać więcej niż 10, teoretycznie, najlepszych blogów? To właśnie oni powinni dokonywać selekcji tych lepszych, a lud wybierać najlepsze.

W tym roku zostało zgłoszonych 3602 blogi, w dziesięciu kategoriach, co daje średnio 36,02 bloga na jurora. Dużo? Pojęcie względne. Na pewno przy odrobinie dobrych chęci można zapoznać się z treścią każdego z nich. Ale jak widać nie trzeba. Dziesięć to aż nadto do przeczytania.

Druga sprawa, która mnie odrzuca. W dzisiejszych czasach żeby się przebić i zyskać sympatię ludu trzeba mieć problem. Najlepiej jak się jest nieuleczalnie chorym, ma rzadką chorobę genetyczną lub niedorozwinięte dziecko. To chwyta lud za serce i gardła i czują, że muszą zjednoczyć się z tymi biedakami. Muszą wysłać tego cholernego smsa. A ja czytam i zastanawiam się ile w tym szczerości, a ile zabiegów czysto marketingowych? I w moim odczuciu przeważa to drugie. Uszami wychodzą mi prośby o 1% podatku i pokazywanie niedorozwiniętych dzieci w telewizji przy okazji każdego bloku reklamowego. Zamiast współczucia budzi się we mnie awersja, a sama reklama działa jak najlepsza metoda antykoncepcyjna na świecie. Stało się. Trudno. Widać Bóg tak chciał. Ale od pokazywania się w telewizji i prasie i żebrania o pieniądze te dzieci nie znormalnieją, rak nie ucieknie gdzie pieprz rośnie, a choroba genetyczna nie cofnie się w cudowny sposób. Ktoś na pewno zaraz posądzi mnie o brak współczucia i empatii. Jego prawo. Moje odczucia są takie, a nie inne. A potwierdzenie swoich przemyśleń odnajduję patrząc na listę zwycięzców. Chłopiec walczący z chorobą. Opowieści z hospicjum. Stwardnienie rozsiane. Kolejny chłopiec z chorobą. Lud to rusza. Lud potrzebuje takich historii. Ja się od tego odgradzam grubym i wysokim murem.

Kolejny absurd. Wazelina w dupę miłościwie nam panującego i ociężałego umysłowo Premiera. Jego urocza córeczka dostaje wyróżnienie. Śmiech na sali to mało powiedziane. Ale jak jest okazja wsadzić palec głębiej niż się da, to grzechem byłoby nie skorzystać. Najbardziej podoba mi się ten argument: ‘za otwartość i partnerskie relacje z czytelnikami pomimo bycia osobą publiczną’. Szkoda, że każdy komentarz, który nie zawiera lukru nie ma szansy bytu na tym partnerskim blogu. Ale, jaki tatuś, taka córka.

I to są właśnie powody, dla których nie wzięłam i nie wezmę nigdy udziału w konkursie na Blog Roku! I cieszę się, że w całym nawale różnorakich blogów udało mi się wyłapać naprawdę ciekawe. I nie będące na liście tych naj.


530

Standardowy

I stało się. Przez najbliższy tydzień jestem sama a gospodarstwie. Jak mi z tym? Nie umiem się jednoznacznie określić. Na pewno potrzebuję spokoju, szczególnie teraz. I odpoczynku od Margoli. Z drugiej strony boję się nocy. Wiem, że to śmieszne i zabawne, ale nie lubię sama zasypiać. Nie lubię mieć świadomości, że jestem sama w tym dużym mieszkaniu. Chociaż na pewno jest mi ono mniej obce niż na początku. Wtedy noce były koszmarem. Budziłam się koło 2 czy 3, patrzyłam zrezygnowana na zegarek i modliłam się w duchu żeby jak najszybciej zasnąć. Każdy dźwięk przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Nieraz wydawało mi się, że ktoś chodzi mi po mieszkaniu, a to na przykład deszcz stukał w parapet. Zamykałam drzwi na górny i dolny zamek. Teraz może będzie lepiej. Znam dźwięki tego mieszkania. Nie ma zabudowy. A przed snem napiję się Fervexu, który zapewni mi szybki sen i mam nadzieję odgoni przeziębienie.

Tak naprawdę nie wiem co ze sobą zrobić. Mogę obejrzeć film. Lub zaległe odcinki House’a. Lub jakiś typowo babski film. A tak naprawdę najchętniej bym usiadła i zrobiła zadania na Brzucha. Prawda, że żenujące…?

Krótkie plotki z Ewą uświadomiły mi jedno. Potrzebuję mieć tu bliską osobę. Taką, z którą mogę porozmawiać o wszystkim i praktycznie o każdej porze. Czy wyjdzie? Nie wiem… Ale ze swojej strony zrobię wszystko co w mojej mocy. Jeśli we wtorek dojdzie do spotkania, to będę się bardzo cieszyć. Jak się nie uda, powiem sobie trudno i nie będę nikogo skreślać. To takie moje nowe postanowienie z dziś. Oraz drugie. Od dzisiaj przestanę się tak bardzo przejmować Margolą i jej zachowaniem. Szkoda mojego zdrowia. Szkoda moich nerwów.

Chaos, chaos, chaos. A miałam opisać moje wrażenia po ‘Księżycu i magnoliach’. Zrobię to kiedyś…