541

Standardowy

Ostatnio w Krakowie otworzyły się dwie warszawskie knajpy. I nie muszę mówić, że z miejsca stały się modne, bo tak wypada. Może i jestem nie na czasie, ale nazwa Charlotte nie wywołuje u mnie ani zachwytu, ani przyspieszonej akcji serca, ani też nie czuję, że muszę tam być jak najszybciej.

Poszliśmy wczoraj, bo chcieliśmy gdzieś zjeść coś małego i zdrowego. W ogródku miejsc wolnych nie było. Wszystkie stoliki zajęte przez nową subkulturę, której nie rozumiem, czyli hipsterów. Na każdym stoliku na wpół zjedzony croissant, dwa słoiki z dżemem i obowiązkowo popielniczka pełna petów. A przy stoliku hipsterzy, w moich ulubionych okularach kujonkach, z telefonem w ręce i papierosem w drugiej. Na pewno w takim towarzystwie nie będę nic jeść.

Weszliśmy do środka. Szybkie spojrzenie po sali i znowu mnie odrzuca. W środku było może pięć osób, a zajęte absolutnie wszystkie stoliki. Facet przy stole na środku, który z założenia ma być jak wspólny stół w jadalni, zajął pięć miejsc. On, jego laptop, sterta gazet, płaszcz i śniadanie. Wolna była antresola, ale jakoś odeszła mi ochota na jedzenie. Co z tego, że są croissanty, bułki, ciasta i inne pyszności, jak absolutnie nic z tych rzeczy nie jest przykryte szklanym kloszem. Może i jest to świeże, ale przez pierwszą godzinę. Ja dostałabym wyschniętego rogala z zapewnieniem, że jest chrupiący. Powiedziałam, że mi się tu chyba nie podoba i wyszliśmy. To był pierwszy i ostatni raz w Charlotte.

I nadal nie rozumiem jej fenomenu i powszechnego zachwytu. Że warszawska? A czy to znaczy, że od razu trzeba się rozpływać w komplementach pod jej adresem? Patrzyłam i cieszyłam się, że takich miejsc w Krakowie jest mało. Bo jak tak wygląda życie w Stolicy, to ja zostaję tutaj i nigdy nie chcę tam jechać. Nawet na jeden dzień.

Co więcej drażni mnie fakt, że każdy rozpływa się nad tym miejscem i zachowuje jakby miał klapki na oczach. Czytam dość regularnie recenzje Wojciecha Nowickiego dotyczące krakowskich restauracji. Jeszcze nie znalazła się taka, w której coś by mu się podobało. Zwykle wszystko jest złe, niedobre i nie takie jak trzeba. Knajpa jest zjechana z góry na dół, a autor szczerze odradza jedzenie w niej. Wyjątek zrobił dla Charlotte. Same ‘ochy’ i ‘achy’, wszystko pięknie. Po prostu cud, miód i orzeszki ziemne. I zastanawiam się czy naprawdę mu się tak podobało? Czy podobało mu się, bo to z Warszawy i musi się podobać? I chyba skłaniam się bardziej ku tej drugiej odpowiedzi.

Ktoś kiedyś powiedział, że w Krakowie każdy jest artystą. I za to lubi to miasto. W takich chwilach jak ta przypominam sobie to zdanie i podpisuję się pod nim obiema rękami. Dla mnie Kraków to Barany, Jaszczury, Stajnia, Alchemia… Miejsca z klimatem. Żyjące w swoim tempie. Nie uginające się pod naporem mody. Tutaj nie ma miejsca na zadęcie i napuszenie. Tutaj jest miasto artystów. Tutaj żyje się wolniej i spokojniej. Tutaj nie ma miejsca na Charlotte, której życzę krótkiego żywota, niestety.


540

Standardowy

Ostatnio zrobiło się głośno o Palikocie i podpisaniu przez niego apostazji. Siedzę i zastanawiam się czemu?! Może i zrobił z tego niepotrzebne przedstawienie. Mógł podpisać po cichu i nie iść z tym pod kurię. Z drugiej strony jednak – brawo za odwagę i brawo za pokazanie, że jest się innym i nie wstydzi się tego. Jest dorosły, ma prawo wierzyć w co chce. A tkwienie w Kościele na siłę jest nieco dziecinne i niedojrzałe. Przynajmniej moim zdaniem. I mimo, że jestem wierząca to Palikot swoim zachowaniem zyskał w moich oczach. Pokazał, że w tym zakłamanym świecie polityki są jeszcze ludzie, którzy są szczerzy i wierni swoim przekonaniom do końca. Nie zmieniają poglądów jak chorągiewka na wietrze. Nie trzymają gęby na kłódkę, bo wstydzą się ujawnić ze swoją innością.

Znam parę osób, które biją się w piersi i powtarzają, że nie wierzą w Boga. Po odsłuchaniu litanii takich zapewnień podnoszę palec do góry i pytam, czy w takim razie wypisali się z Kościoła. W większości przypadków słyszę, że nie. A potem następuje jakiś durnowaty argument, który sprowadza się do niczego. Dla mnie sprawa jest prosta, skoro nie wierzysz to po co robisz pozory i udajesz? Zostawiasz sobie furtkę, że niby ‘jak trwoga do to Boga’? Ale przecież nie wierzysz w niego i głośno mówisz, że nie istnieje. To chyba coś jest nie w porządku i powinieneś zastanowić się nad swoimi poglądami jeszcze raz. Tak porządnie. Z poświęceniem więcej niż pięciu minut. Znam tylko jedną osobę, która podpisała apostazję. Miała odwagę to zrobić, ma odwagę o tym mówić. Szanuję go za to. Za to i za wiele innych inności, o których potrafi głośno rozmawiać.

Przyczepiłam się do tych niewierzących, więc wróćmy do nich. Skoro nie wierzysz, to czemu obchodzisz katolickie święta? Absolutnie każda osoba, którą znam, a która uznaje, że Boga nie ma, obchodzi Wigilię i Wielkanoc. Mało, idzie nawet ze święconką do Kościoła. Zakłamania ciąg dalszy. Nie wierzysz, nie masz tych świąt. Nie wierzysz w nic, więc dla ciebie 24 grudnia jest takim samym dniem jak 5 listopada! A znam przypadki osób, które jako pierwsze korzystały z wcześniejszych zwolnień z pracy przed Świętami. W sumie co się dziwić. Wygodnictwo na pierwszym miejscu. Zawsze i wszędzie. Skoro jesteśmy uznawani za chrześcijan, to ja będę niewierzący na swoim podwórku, a w tłumie będę robił, to co wszyscy. Nie wyróżnię się, nie będą mnie wytykać palcem, a skorzystam na tym.

I na koniec moja perełka. Ślub kościelny. Tutaj mnie zaczyna szarpać jak słyszę, że niewierzący biorą ślub w kościele, bo: rodzice na nich wymusili, bo jest ładna oprawa, jest bardziej elegancki niż ślub cywilny. Skoro Boga nie ma to po co wchodzisz do jego domu?! Po co klękasz przed konfesjonałem i mówisz obcemu facetowi w sukience, że zgrzeszyłeś i żałujesz?! Po co składasz przysięgę małżeńską przed Bogiem?! A przed ślubem pijesz dwa mocne drinki i na mszy wszystko Cię bawi i śmieszy. Łącznie z księdzem, który stara się dać z siebie wszystko żebyście nie zapomnieli tego dnia długo.

Sama nie jestem idealną katoliczką. Na pewno w oczach każdego księdza jestem popierdółką, nie kolejną wierzącą. Może… Ale wierzę. A to jak to robię, to jest tylko i wyłącznie moją prywatną sprawą i rozliczać się będę sama przed sobą. Nie epatuję niewiarą, a zachowuję się jak wierzący. Drażni mnie masa zachowań w Kościele. Masę rzeczy bym zmieniła, bo uważam, że potrzebne są takie zmiany. I o tym mówię głośno, bo mam do tego prawo. I tak, wkurwia mnie niesamowicie gadanie ‘ja w Boga nie wierzę’, a apostazja nie podpisana. Nadal jestem obiektem na liście i nie zrobię z tym nic. Więc ja proponuję wydrukować odpowiedni formularz, wypełnić, iść z nim do swojej parafii i dopiero wtedy mówić, że się nie wierzy. Bo dopiero wtedy będzie do tego pełne prawo!


539

Standardowy

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że trzeba usiąść i zweryfikować swój sposób patrzenia na świat. I to odnosi się do różnych aspektów naszej ziemskiej egzystencji. Dzisiaj chciałam się na chwilę zatrzymać przy przyjaźni. Od paru dni mam gonitwę myśli. Nie będę szukać odpowiedzi na pytanie ‘kim jest dla mnie przyjaciel?’ ani ‘jaki powinien być idealny przyjaciel?’. Szkoda mi na to czasu.

Wiem, że w pewnym momencie ludzie skupiają się na sobie. Wchodzą na inne tory. Ważniejsza od imprez do białego rana i spontanicznych spotkań przy kawie jest rodzina. Obserwuję to codziennie, u wielu osób i schemat jest podobny. Na pierwszym miejscu jest mąż lub żona, dzieci, pies, dom, a potem dopiero znajomi. Ale są. Istnieją gdzieś w spisie osób ważnych i mniej ważnych. Daje im się to odczuć. Takim świetnym przykładem jest Janek, przyjaciel moich Rodziców z czasów studiów. To ten, który zaszczepił we mnie miłość do Australii. I ten, z który nigdy nie miałam okazji spotkać się osobiście. Czego bardzo żałuję, bo chciałabym posłuchać jego opowieści o życiu w Adelajdzie. Mimo tysięcy kilometrów, mimo innej strefy czasowej, mimo braku Internetu rozpowszechnionego na skalę masową utrzymywali ze sobą kontakt. Były listy. Były pocztówki. Były czasem telefony i spotkania, gdy przyjeżdżali do rodziców do Skierniewic na Święta.

Teraz jest łatwiej. Bo absolutnie każdy ma w domu komputer z dostępem do Internetu i potrafi z niego zrobić właściwy użytek. Albo i nie potrafi. Bo jest tak zajęty sobą i budowaniem nowego życia, że gruba kreska dzieli go od dawnych znajomych. I z dnia na dzień robi się coraz pokaźniejsza. W końcu zmieni się w mur, którego nawet ostrzał z wielu armat nie będzie w stanie skruszyć. A może znajomi nie są mu potrzebni do szczęścia? Kontakt z nimi to przykry obowiązek, a nie czysta przyjemność, jak kiedyś? Jakby nie było odrobina szczerości nie zaszkodzi. Tak żeby każdy wiedział na czym stoi…

Wbrew pozorom nie odnoszę tego do siebie. Swój rachunek sumienia zrobiłam dawno temu. Swoje przemyślałam. Wyciągnęłam wnioski. Przestałam się przejmować. Przestałam stawać na głowie, bo nikt nie widział moich starań, a ja w swoich oczach wychodziłam na głupka. Teraz robię wszystko żeby być szczęśliwą. I żeby osoby z mojego otoczenia były również zadowolone z życia.


538

Standardowy

Dzisiejszy dzień zaczął się wyjątkowo źle. Najpierw ledwo się zwlekłam z łóżka. Jednak picie dwóch butelek wina w środku tygodnia to nie jest dobry pomysł. Potem musiałam w biegu brać prysznic, malować się jedną ręką, a drugą pić kawę, żeby nie spóźnić się na autobus. A na sam koniec rozwaliły mi się kolczyki. Wyjątkowo je lubiłam, bo były srebrne i dzięki temu mogłam je nosić do wszystkiego. Chyba nawet jedno wesele zaliczyły. I niestety trafiły do kosza. Sama się sobie dziwię, bo wyjęłam drugiego z ucha i ze stoickim spokojem je wywaliłam. O dziwo, po przyjściu do domu nie pobiegłam grzebać w koszu i kombinować, czy da się jeszcze je złożyć do kupy. Przejrzałam asortyment Kociego Oka, ale niestety nie mają ich w swojej ofercie. Będę tam zaglądać co jakiś czas z nadzieją, że się pojawią.

Wczoraj zrobiłam sobie rundkę po Krakowskiej, ponieważ odczuwam nieodpartą chęć kupienia sobie nowej pary butów! Diechmann mnie nie zawiódł w tym względzie i znalazłam to, czego szukałam. Na razie jeszcze nie kupiłam. Skonsultowałam się z osobistym doradcą Tomaszem. Dostałam pozwolenie, wyraził aprobatę i nawet jedne kupił mi w prezencie imieninowym.

Chciałam też dokupić sobie drugą parę czarnych legginsów, ale niestety ta sztuka się nie udała. Przeczuwałam, że będzie to dość trudne i karkołomne zadanie. W końcu przekonałam się do nich. Zaczęłam nosić je nie tylko do tunik, ale i do dłuższych bluzek. Czasem zdarza mi się nawet założyć je do zwykłej koszulki. Także nie ma opcji żeby były dostępne w jakimkolwiek sklepie w atrakcyjnej cenie. O czarnym kolorze nie wspomnę. Będę cierpliwa. Upoluję je.

Natomiast ze zgrozą i lekką obawą odkryłam nową chorobę. Namiętnie kupuję książki. W czym nie pomagają mi całoroczne wyprzedaże w Matrasie. Wchodzę popatrzeć co jest ciekawego, a wychodzę z górą książek. Na szczęście mój portfel tego aż tak bardzo nie odczuwa, bo najdroższa sztuka zazwyczaj kosztuje 14.90zł. Za to ściany w mieszkaniach nie są z gumy i nie powiększą się w cudowny sposób. I tutaj zaczyna się problem…

Bo ja od małego dziecka marzyłam żeby mieć jeden pokój cały w książkach. Takie regały na każdej ścianie i wypełnione od góry do dołu ułożonymi równiutko rzędami książek. Na początku mieliśmy dwa regały i na nich około połowa półek była pusta. Potem kupiliśmy biurko, które wmontowaliśmy w regał. Doszła drukarka, na dolnych półkach postawiłam moje pudła ze starymi notatkami i kserówkami podręczników. Nadal były puste około dwie półki. Były… Ponieważ teraz są szczelnie zapchane i niedługo będziemy ustawiać książki w dwóch rzędach. Idąc dalej, mamy witrynę w salonie. Długo wisiała pusta, bo nie mieliśmy pomysłu, co w niej umieścić. W momencie, gdy dostałam od Dziadka ‘Millenium’ pod choinkę przestała być pusta. Jak teraz na nią patrzę, to muszę stwierdzić, że w połowie jest już zastawiona.

Tak, jestem bibliofilem. I to nie anonimowym…


537

Standardowy

Co można zrobić jak nagle okazuje się, że Internetu nie ma i restartowanie modemu nie pomaga? Masę rzeczy się okazuje! I nie mam tu na myśli położenia się na wysypisku śmieci z książką w ręku. Chciałabym, ale nie mogę. Tomasz zabrał mi reader’a, a na skończenie ‘Alefa’ nie mam nastroju.

W zaistniałej sytuacji stwierdziłam, że może powinnam zrobić coś pożytecznego. Zaczęłam od kręcenia się po mieszkaniu w poszukiwaniu weny. Ta przyszła i podpowiedziała mi, że mogłabym uporządkować moje wyniki badań. W sumie niegłupia myśl. Zajęcie w miarę szybkie, ponieważ połowa rzekomych wyników badań to były ulotki, daty kolejnej wizyty, adresy tanich aptek, wykaz badań, które powinnam zrobić na następny raz, rachunki. Gdzieś w tej stercie śmieci zaplątały się dwie stare recepty, których nie zrealizuję i nawet chyba nie miałam zamiaru, skoro powędrowały od razu do teczki. Po tej ostrej selekcji okazało się, że potrzebne rzeczy mieszczą się spokojnie w jednej koszulce. Przy okazji okazało się, że zgubiłam wyniki badań z ostatniego pół roku. Nie są mi one niezbędne do życia, ale wolałabym je mieć. Może znajdą się przy jakichś większych porządkach.

Następnie wzięłam się za posegregowanie brudów. Zrobiły się cztery różnokolorowe kupki, podłogi w łazience nie widać, ale chociaż na krześle w sypialni można usiąść. Przy okazji pościeliłam łóżko, które nie dostąpiło tego zaszczytu od dobrego miesiąca. Znalazłam zaginioną skarpetkę. Brudną i nie do pary. Torbę z siłowni, do której nie miałam odwagi zajrzeć. Tomek wróci, to podejmie wyzwanie. W końcu to jego torba. Ściągnęłam czyste rzeczy z suszarki. Te do prasowania powędrowały do salonu. Na deskę, która niedługo załamie się pod ciężarem prasowania. Ale obiecałam sobie, że wieczorem się za to zabiorę. Przy okazji składania skarpetek i majtek zrobiłam drobny porządek w szufladach w szafie. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim wstawiłam pranie i puściłam zmywarkę.

W poczuciu spełnionego obowiązku usiadłam do komputera sprawdzić jak się sprawy z Internetem mają. Nie ma nadal, niestety. W związku z tym pójdę pod prysznic. Pomyślę w co się ubrać. Zrobię makijaż, nabalsamuję się w spokoju i bez pośpiechu. Sprawdzę czy Internet ożył. A jak nie ożyje, to niestety będę musiała przygotować cokolwiek na Januszka. I wychodzi z tego, że to sprzątanie to nie dlatego, że nie ma Internetu, a ja nie mam co ze sobą zrobić. Jak
najbardziej mam co robić, ale to jest tak przykre i nudne, że wolę sprzątać i myć okna.