547

Standardowy

I być może jutro będzie ten dzień, kiedy to Chóry Anielskie zejdą z nieba i zagrają na swoich lśniących trąbach. Miłościwie nam panujący prezydent Komorowski ogłosi 29 czerwca Świętem Narodowym i dniem wolnym od pracy. Prezydent Jacek ‘woda mniej chlupocze’ Majchrowski wygłosi z tej okazji specjalne orędzie do narodu z samej Wieży Mariackiej. A wszystko dlatego, że kolega Karol zabił węża z kieszeni i dzisiaj zakupił pierścionek. I to nie byle jaki, bo zaręczynowy! Co więcej jutro ma zamiar go wręczyć. Także klękajcie narody i nie wstawajcie dopóki nie usłyszy TAK wypowiedzianego z lubieżnym uśmiechem na ustach.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w tym momencie wredna. Powinnam cieszyć się razem z Karolem i trzymać za niego kciuki. Jakoś nie mogę… I to nie dlatego, że mu źle życzę. Niech sobie ułoży życie i będzie szczęśliwy, nic mi do tego. Ja tylko nie widzę tych oświadczyn, tego związku i cała ta otoczka do mnie nie przemawia. Wiem, że nie mogę porównywać całego świata do siebie, ale moja prawie nigdy nie myląca się intuicja do ludzi mówi mi, że coś tam nie gra. Znam go na tyle długo, że potrafię wyczuć, kiedy udaje kogoś kim nie jest. Tylko czy na tym polega związek partnerski? Na udawaniu żeby się przypodobać drugiej osobie? Na robieniu czegoś wbrew sobie, bo tak wypada?

I jeszcze cała ta otoczka zaręczyn, która jest punktem stałym tego związku. Nic nie może odbyć się normalnie, musi być niespodzianką. Nie można jechać na wycieczkę na zamek. Trzeba robić z tego tajemnice, angażować w to milion osób żeby plan się udał. To samo będzie z zaręczynami. Najpierw był telefon do Szymona, który nie określił się czy da radę, czy nie. Potem molestował Marcina, w momencie najmniej odpowiednim jaki tylko sobie można wyobrazić. A wczoraj Tomek został uraczony telefonem po prośbie. Bo trzeba jechać na jakąś zasraną kupę kamieni, która kiedyś była zamkiem, a teraz została po niej tylko wieża widokowa. I tam jest wskazane klękać i wygłaszać peany i mowy pochwalne i wyskoczyć z pierścionkiem. A po drodze jeszcze namówić strażników żeby zostali po godzinach i wpuścili ich we dwójkę na tą wieżę. I co jeszcze? Może catering ze Srebrnej Góry? Nie, zapędziłam się. Kolacja będzie u niego, bo jest chata wolna. Zupełnie jak za beztroskich czasów gimnazjum, kiedy to chodziło się na wagary, do tego, u którego rodzice pracowali najdłużej. Oddałabym wiele żeby móc widzieć, jak namawia strażników żeby zostali dłużej w robocie! Na pewno takich delikwentów mają w tygodniu paru. I na pewno trzeba sporo dać w łapę żeby się zgodzili. A to zupełnie nie pasuje do Karola i jego węża, który do tego czasu na pewno odżyje.

Nie wiem co jest złego w zabraniu panny do Francuskiego. Nie dość, że jej się tam podoba, to jeszcze ceny nie zwalają z nóg od samego progu. W holu gra Prawdziwy Pan na fortepianie i od razu robi się klimat i nastrój. Do tego kelnerzy, którzy wyglądają jak nie z tej epoki. Dania podawane jak na filmach, obowiązkowo przez szefa kuchni lub jednego z kucharzy. Czar może prysnąć w momencie, gdy pojawi się właściciel, ale na to są małe szanse. Poza tym może ona nie ma do niego urazu i nie ma odruchu wymiotnego jak na niego patrzy? Ale nie może tam iść, bo to musi być w stu procentach zaskoczenie… Paranoja! Nie żebym coś miała do swoich zaręczyn, ale z pocałowaniem w rękę mogłabym iść z tej okazji do Francuskiego. Tylko u mnie taka opcja odpadała, ponieważ byłam wtedy ubrana bardzo nie wyjściowo. A po drugie, z miejsca bym się domyśliła. A tak było zaskoczenie.

Zobaczymy jak to będzie. Póki co mogę zakładać komitet pod tytułem Karol wyskakuje jak Filip z konopi i zostać prezesem tego komitetu. Stanowisko mojego zastępcy i zaraz prawej ręki już zostało obsadzone.

P.S.Płyty nadal nie ma i zaczyna mi się to coraz mniej podobać…


546

Standardowy

Lojalnie donoszę i ostrzegam, że dzisiaj po raz kolejny będę pisać o mojej obsesyjnej miłości do MM (i nie mam na myśli Marylin Monroe). Więc jeśli ktoś nie chce czytać proponuję zamknąć stronę i wrócić jutro lub pojutrze, kiedy to być może pojawi się coś innego, nowego, świeżego i nie traktującego o tym samym.

Dokładnie 15 marca dowiedziałam się, że Maciej Maleńczuk gra koncert plenerowy w Warcie. W pierwszym momencie nie mogłam uwierzyć własnym oczom i własnemu szczęściu! Nie oszukujmy się, Warta nie jest miastem, które chciałoby się odwiedzić, jeśli nie ma się ku temu powodów. Dlatego zanim zaczęłam się cieszyć sprawdziłam trzy razy, czy to co przeczytałam jest prawdą. Ale jest jedna Warta koło Sieradza i to w tym mieście będzie koncert. Mogłam się spokojnie cieszyć. Włączyłam na cały regulator ‘Ostatnią nockę’ i biegałam po całym mieszkaniu płacząc z radości i skacząc do góry ze szczęścia na przemian. Myślę, że wszyscy sąsiedzi mieli mnie serdecznie dość, ponieważ moja radość trwała dobre pół godziny. Szczęście, że pod nami jest puste mieszkanie, więc mogłam skakać do woli i nikomu nie sypał się tynk do zupy pomidorowej.

Mimo, że to nie był mój pierwszy koncert, cieszyłam się jak dziecko. Gdzieś tam w głębi duszy były obawy, czy nie odwali chałtury, czy nie schla się na scenie, bo go zagwiżdżą… I największa obawa, czy Mama pojedzie, czy w ostatniej chwili zdecyduje, że jednak Jej się nie chce. Bo z moją Mamą jest różnie. Mimo, że chce coś zrobić czy gdzieś iść, to czasem jej lenistwo bierze górę. Ale na szczęście Maleńczuka słucha tak samo długo jak ja i od zawsze marzyła żeby iść na jego koncert.

W końcu nadeszła długo wyczekiwana sobota. Kolację u Dziadków zjadłam bez przekonania. Jednym okiem patrzyłam na zegarek, drugim na mecz, a przez uszy przepuszczałam doping Chudego żebym się pospieszyła, bo zacznie grać beze mnie. Na placu byliśmy dwadzieścia minut przed koncertem. Darek zapewnił nam miejsca tak blisko sceny, jak się tylko dało. Niestety pod samą sceną były ustawione ławki, na których siedziały stare dziadki. Patrzyłam na zegarek i odliczałam minuty do 22:00. Widziałam uśmiech na twarzy Mamy i cieszyłam się, że mogłam sprawić Jej radość tym, że zabrałam ją na ten koncert.

A ja sama mogłam sobie odpowiedzieć w końcu na pytanie, czym jest dla mnie szczęście. Szczęściem jest to, że mam idola, którego kocham miłością platoniczną, czystą i do grobowej deski. Że mogę stać pod sceną na koncercie i czekać z podnieceniem na moment, kiedy wyjdzie na scenę i zacznie grać. Że mogę wybawić się jak nigdy słuchając jak śpiewa. Wtedy czuję, że świat mógłby przestać istnieć, a ja zniknęłabym razem z nim z niegasnącym uśmiechem na ustach. Dla  niektórych jest to obsesja, której nie rozumieją. Ich prawo. Dla mnie jest to coś, co sprawia, że moje życie jest pełne. Mam na co czekać, mam kogo słuchać, mam marzenia, które mogę spełniać… I trwa to już około dziesięciu lat i myślę, że nie skończy się nigdy…

Wracając do koncertu. W końcu pojawił się na scenie konferansjer, który był najsłabszym elementem Dni Warty. Mimo wszystko można się nauczyć trzech zdań ściągniętych żywcem z Wikipedii, a nie czytać bezczelnie z kartki! W końcu przestałam na niego zwracać uwagę, bo pojawił się Maciek. I zaczął się koncert, a ja przeniosłam się w inny wymiar. Ubrany jak zawsze w garnitur i genialną koszulę z ogromnymi mankietami. Zaczęło się od ‘Intro’ i ‘Duetów’, poprzedzonego słowami: ‘była u mnie za kulisami wycieczka takich małych dziewczynek, co muszę przyznać niesamowicie mnie cieszy, bo to one będą zapierdalać na moją emeryturę!’. Czekałam na piosenki z ‘Psychocountry’ i doczekałam się. Zaśpiewał ‘Sprzedaj mnie faktowi’, które pięknie szył, bo pomylił tekst totalnie. Chłopaki grali jedno, on śpiewał drugie, a w końcu przestał i powiedział, że ‘ujebał to kompletnie’. Ujął mnie tym. Pokazując, że i Jemu może się zdarzyć zapomnieć tekstu piosenki, którą de facto sam napisał. I można się z tego śmiać i obrócić w żart, zamiast się naburmuszyć. Przy ‘Dawnej dziewczynie’ wypił z tyłu sceny dwie whisky z Colą, które poprawił kolejnym drinkiem podczas solówki Grześka grającego na czarnych klawiszach ‘Cichą wodę’. Oczywiście pojawiały się glosy, że wyszedł już nawalony i jeszcze się doprawia. A niech sobie gadają… Koncert i tak był cudowny, z niesamowitą atmosferą, niesamowitą muzyką i zapisuje się w mojej pamięci jako niezapomniany… Na bis zagrali ‘Stand by your men’, które skradło moje serce. I zaowocowało tym, że od soboty słucham tego na okrągło i nadal nie mam dość.

Jestem pod wrażeniem całego zespołu. Zachwycałam się już kiedyś sekcją gitarową. Po ostatnim koncercie dołączył do tego grona klawiszowiec, który jest dla mnie mistrzem świata w swoim fachu. A całość tworzy genialny zespół, który widać, że lubi to co robi i lubi się wzajemnie, co owocuje świetnymi koncertami z niesamowitą atmosferą… I co najważniejsze, nie gra wszystkich piosenek na jedno kopyto. Każda jest inna, każda jest o czymś, każda jest poprzedzona lirycznym wstępem, który pozornie nie ma nic wspólnego z poezją.

Teraz będę oczekiwać na listopadowy koncert. Bilety już leżą w szufladzie. Zdecydowałam, że jednak zrobię sobie koszulkę. Niech inni gadają, że mam nie po kolei w głowie. I że zatrzymałam się w rozwoju na etapie gimnazjum. Ja się wstydzić nie będę. Będę chodzić dumnie po ulicach z wysoko podniesioną głową. A do listy marzeń dołączam jeszcze autograf na biletach, który mam nadzieję zdobyć na najbliższym koncercie. I plakat z soczystą dedykacją, który zawisłby na honorowym miejscu. I oczywiście zdjęcie, którego posiadaczką bym już była, gdyby nagle ktoś mi nie odebrał rozumu i zdrowego rozsądku… Skurwienie losu nie jest adekwatnym określeniem całej sytuacji. To ja popisałam się wrodzoną inteligencją i intelektem. I będę to sobie wypominać do końca życia. Nawet jeśli okazja się powtórzy. Choć przewrotnie powinnam mówić, że los nie daje drugich takich szans.

A tymczasem idę sprawdzić skrzynkę na parterze. Oczekuję na awizo, które powinno pojawić się w zeszłym tygodniu, a pojawi się najprawdopodobniej w tym dopiero. I życzę wysyłającemu żeby w piątek przesyłka leżała na moich kolanach, bo jak nie to wsiądę w samochód i pojadę do niego żeby mu osobiście skopać cztery litery i odebrać moją wygraną.


545

Standardowy

Mam kryzys. W sumie jak co roku w czerwcu. Przychodzi czerwiec i wszystko wygląda tak samo. Zmienia się tylko data. I ja robię się coraz starsza. Nie potrafię się zorganizować. Kompletnie! Nawet mycia zębów nie umiem zorganizować, bo często nie chce mi się wstać z łóżka i iść do łazienki. Chciałabym żeby kiedyś przyszedł taki czerwiec żebym mogła powiedzieć, że jestem z siebie zadowolona. Że w końcu jest tak, jak być powinno. Że nie ciągnę za sobą na dno innej osoby. I z roku na rok, ba z dnia na dzień, przestaję wierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe… Wiem, że nie powinnam tak myśleć. Powinnam stać cały czas z podniesioną głową i powtarzać sobie, że jestem najlepsza. Ale tak się nie da. Nie w sytuacji, kiedy wszystko w koło mówi, że jestem najgorsza… Chciałabym być lepiej zorganizowana. Chciałabym umieć się zorganizować. Zaplanować sobie dzień od początku do końca i wypełnić ten plan chociaż w połowie…

Do dupy jest wszystko. Absolutnie wszystko. Nawet doszłam do smutnego wniosku, że ja nie mam hobby. Bo co mam odpowiedzieć, jak się mnie ktoś zapyta, jakie mam pasje? Czytanie książek. Każdy głupi czyta. A ja sięgam po te z wyprzedaży, które są tanie i niekoniecznie należą do nowości. Albo po ebook’i, które mogę bezczelnie ściągnąć z sieci. Nie nadążam za trendami, nie wiem co jest teraz najbardziej popularne, nie wiem co jest na szczycie, jeśli chodzi o liczbę sprzedanych egzemplarzy. Tak wiec, czytanie nie jest moją pasją. Teatr i kino odpadają. Z tych samych powodów. Nie biegam z premiery na premierę, nie przebieram się w biegu żeby pasować strojem i do sali kinowej i do teatralnej. W kinie byłam ostatnio nawet nie pamiętam kiedy. W teatrze chyba na ‘Księżycu i magnoliach’. Także nie ma czym się chwalić. Dalej nie będę wyliczać, bo naprawdę nie chcę sobie bardziej psuć humoru…

Jedyne co sprawia mi jeszcze jakąkolwiek przyjemność to jazda autobusem z książką w ręku. Bo wtedy mogę bezkarnie czytać, bo wiem, że nic innego i bardziej konstruktywnego nie mogę robić. I nawet sobotni koncert nie cieszy… Słowem jedna, wielka, czarna DUPA!


544

Standardowy

Muszę się uzewnętrznić i zrobię to w najmniej odpowiednim miejscu. Niestety na Facebook’u nie mogę, ponieważ nie chcę wchodzić w niepotrzebne dyskusje z Adoptowanym Ideałem, który tak się napina, że niedługo mu żyłka w dupie pęknie. Człowiek nie może przeboleć, że podczas Euro na trybunach jest przyjazna atmosfera i króluje głośny doping i zabawa. Nic dziwnego. Na meczach ligowych na porządku dziennym jest wyrywanie krzeseł, napierdalanie się nimi (bo nie można tego nazwać biciem), wyzywanie przeciwników od Żydów i pedałów (w najlepszym razie). Flaga Polska, z której każdy był dumny też jest mu solą w oku. Bo na ligowych spotkaniach były większe, a teraz używanie ich zostało zakazane. A takie są piękne i estetyczne i zawierają łacinę w najczystszej postaci. A jak się nimi paru łepków zakryje, to mogą bezkarnie dewastować trybunę. Także w sumie sama nie rozumiem czemu zakazali ich użytkowania…

Atmosfera na Euro jest taka sama jak podczas meczów siatkówki. Zabawa, głośny doping, obowiązkowo barwy klubowe lub reprezentacyjne. I do takiego dopingu powinniśmy być przyzwyczajeni i takie coś powinno być dla nas na porządku dziennym. Nie wyzwiska, race, bójki i niszczenie własnych stadionów. Ale w końcu ostatecznie przekonałam się, że Adoptowany Ideał jest głąbem, podobnie jak inni prawdziwi kibice piłkarscy. Nie warto z nim dyskutować. Nie warto przyznawać się do znajomości z nim. Najlepiej omijać na ulicy szerokim łukiem, ponieważ jest niepoczytalny.

Poza tym zaczęłam akcję ‘wielkie odchudzanie’. I nie dlatego, że nadeszły ciepłe dni i wakacje nadchodzą wielkimi krokami. Chcę w końcu móc założyć moją pistacjową sukienkę z Orsay’a, którą kupiłam na ogromnej wyprzedaży. Mało, chcę ją założyć i móc w niej iść na wesele i nie przynieść sobie wstydu. Ponieważ wesele na horyzoncie jest, wiec motywacja jest większa niż zwykle. I będę co jakiś czas publicznie się chwalić moimi postępami, co powinno mnie dodatkowo zmobilizować.

A w kwestii wesel… Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazująca to, że kolejne rodzinne przejdzie mi koło nosa. Nie żebym się specjalnie martwiła. Sylwester z Jedynką mnie nie zaprosił, dzięki czemu mam sześć osób mniej na przyszłość. Dodatkowo Rodzice, którzy mieli zaproszenie, nie skorzystali, więc nie będę mieć skrupułów i najzwyczajniej w świecie tą część rodziny uznam za nie moją. Jeśli do tego grona dołączy również Bubu, to lista skurczy się o kolejne osiem osób. Życie nauczyło mnie żeby nie być w pewnych kwestiach sentymentalnym. Dlatego przestałam wierzyć w małe wesela, bliską rodzinę i inne bajki. Wszystko to sprowadza się do selekcji kto da grubszą kopertę. A wesele okazuje się później chusteczkowe, bo młoda osoba, która przeszła ostrą i rygorystyczną selekcję nie ma się z kim bawić, ponieważ inna młodzież nie spełniła wyśrubowanych kryteriów.

Tak, jestem pamiętliwa i to cholernie…

543

Standardowy

Nim zaczęło się Euro miałam nadzieję, że będzie ono totalną klapą, porażką i przyniesie nam tylko wstyd w świecie. W momencie, gdy już się zaczęło z przeciwnika stałam się zwolennikiem. Nie przegapiłam żadnego meczu, prócz pierwszej połowy Polska – Grecja. Tego akurat nie oglądałam z premedytacją i pełną świadomością. Byłam więcej niż pewna, że rozjadą nas do zera i nie chciałam sobie niepotrzebnie psuć nerwów. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu udało nam się zremisować.

Na mecz Polska – Rosja wybraliśmy się już do Warki. Strefa kibica odpada, ponieważ nie lubię aż takich tłumów. Nie lubię czekać godzinami na piwo, jedzenie i w kolejce do śmierdzącego kibla. Warka, mimo że jest specyficzna, daje radę. Jest jedna z lepszych pizz w Krakowie. Jest tanie piwo. Jest miła obsługa. Jest Sumo i parę innych stałych bywalców, do których trzeba się przyzwyczaić. Jednak oglądanie w pubie, w towarzystwie obcych ludzi, to coś zupełnie innego. Udzielają się emocje i nerwy, a po zdobytym golu pojawiają się nawet nieśmiałe łzy radości. Idąc tym tropem na decydujące spotkanie z Czechami też idziemy do Warki. Co więcej, naprawdę wierzę, że uda nam się wygrać… I nie chcę wiedzieć, co się będzie tam działo po wygranej.

Ale żeby nie było tylko cukierkowo i różowo. Szlag mnie trafia jak prawdziwi kibice piłki nożnej na prawo i lewo wyzywają ludzi oglądających mecze reprezentacji od pikników! Prawdziwi kibice to zdaniem niektórych tacy, którzy chodzą na stadiony, jeżdżą ze swoją drużyną na wyjazdy, mają szalik klubowy i noszą barwy. A reszta świata to pikniki, które nie były nigdy na stadionie i w związku z tym mają milczeć, bo nie znają się na piłce nożnej. Idąc tym tropem jestem piknikiem. I mam to w dupie! Na szczęście nikt mi nie zabroni zachwycać się Tytoniem czy bramkami Gomeza. I tak, lubię patrzeć na Euro czy Mundial, bo jest na co popatrzeć. Kadra to najlepsi z najlepszych, a nie wielkie nazwiska grające za jeszcze większe pieniądze i nie pokazujące nic ciekawego na boisku, bo i po co się męczyć? Kasa na koncie jest i to jest najważniejsze.

Idźmy dalej. Na meczach reprezentacji nikt nikomu nie walnie sztachetą w głowę. Nie zarobi się krzesełkiem, bo krzesełko nie będzie wyrwane, bo wbrew pozorom nie po to ludzie przyszli na stadion. Po meczu nie dostanie się maczetą w plecy, bo wygrał lepszy. Nie ma wyzywania od Żydów i pedałów. Nie ma rzucania rac na boisko, co jest szczytem ignorancji i pokazaniem, że ma się wszystko w dupie. Patrzę na tych ludzi na stadionach i widzę jedną, wielką zabawę. Radość z oglądania sportu. Piękna postawa Irlandzkich kibiców, którzy dopingowali do końca. Mimo, że ich drużyna po drugiej bramce kompletnie sobie odpuściła i chyba czekała tylko na końcowy gwizdek, oni byli aktywni do samego końca. Nawet jak przegrywali 4:0. I o dziwo nie wyzwali Hiszpanów od najgorszych. I mógł stać człowiek w barach Irlandii koło człowieka w barwach Hiszpanii. Niebywałe wręcz… Ale nie zapominajmy, że to piknik i sezonowcy.

Mam jednego znajomego, który na każdym kroku powtarza mi, że nie znam się na piłce, nie mam prawa się wypowiadać o tym co dzieje się na stadionach, bo nigdy tam nie byłam. Nazywa mnie sezonowcem kibicującym Barcelonie, bo jest na fali i wygrywa co się da. Na początku próbowałam z nim dyskutować. Z czasem zrezygnowałam, ponieważ zauważyłam, że mam do czynienia z człowiekiem, który musi mieć zawsze rację. Nie zna mnie, ale wie lepiej. Niech i tak będzie. Barcelonie kibicuję od wielu lat. Dokładnie od momentu wycieczki do Hiszpanii, kiedy to byłam na Camp Nou. Czasem patrzę wstecz i pluję sobie w brodę, że szkoda mi było wydać 10 euro na koszulkę Figo. Głupia byłam i skąpa, a teraz miałabym super pamiątkę…

Zakończę nietypowo, bo cytatem, który świetnie podsumowuje atmosferę wokół Euro. „Kibice  klubowi często są przeciwstawiani piknikom, tak – z nutką pogardy – określa się tych, którzy chodzą na mecze reprezentacji. To jakiś dziwoląg, totalna bzdura. Nie rozumiałem nigdy tego, że ktoś potrafi przenosić klubowe niesnaski na reprezentacyjny futbol. Mam wrażenie, że ludzie coraz częściej stają się niewolnikami własnych poglądów, a ja nie znoszę fanatyzmów.”


P.S. Za równiutki tydzień jadę na koncert MM. Mój pierwszy koncert wyjazdowy i kolejny plenerowy… W końcu nie samym Euro żyję…