550

Standardowy

Znów zatrzymam się na dłuższą chwilę przy Karolu, z racji tego, że wydarzenia ostatnich dni przyniosły sporo zmian. Oczywiście główny zainteresowany milczy, nie odzywa się, nie istnieje, zapadł się pod ziemię. Co jest dla mnie dziwne, bo My w identycznej sytuacji wyszliśmy na miasto z grupą znajomych. A wcześniej każda bliska nam osoba odstała smsa ze zdjęciem. Ale to My i My jesteśmy dziwni… Wybranka Karola się zgodziła. Wszystko wyszło super i tak jak sobie zaplanował. Tyle dowiedzieliśmy się z wymuszonego smsa. Bo oczywiście sam z siebie nie napisał. Nie można odrywać się od swojej już Narzeczonej, by  poinformować przyjaciół, jak poszło. Na drugi dzień do tej garstki informacji można było dołożyć to, czego wszyscy się spodziewali. Czyli seksu nie było. Jak zwykle w przypadku tej wspaniałej pary. A w poniedziałek wszystko było jasne, ponieważ na FB pojawiły się zdjęcia. Bynajmniej nie wstawione przez Karola czy też jego Narzeczoną, ale osobę postronną, która brała udział w całej tej maskaradzie. I nagle okazało się jasne, czemu Karol zaangażował w tą niespodziankę Marcina, przy którym słowo debil nabiera nowego znaczenia. Po pierwsze, ma on auto terenowe, a co za tym idzie duży bagażnik, gdzie zmieści się stół, krzesła i inne rekwizyty do niespodzianki. Dodatkowo  takim autem można podjechać maksymalnie blisko wieży widokowej, bez ryzyka urwania zawieszenia czy miski olejowej. Po drugie, Marcin ma firmę, która zajmuje się robieniem zdjęć i innym mydłem i powidłem. Tutaj trzeba być sprawiedliwym i powiedzieć, że robienie zdjęć ogranicza się do posiadania drogiego sprzętu i umiejętności obsługi Picassy, a dokładnie do wyostrzania każdego zdjęcia lub robienia go w sepii. Czyli Idiota posiada umiejętności, jak  każdy. I jak każdy, kto posiada lustrzankę wydaje mu się, że jest świetnym fotografem. Rzeczywistość jest o wiele bardziej brutalna i pokazuje, że takie zdjęcia umie zrobić każdy, a posiadanie super drogiego aparatu nie czyni go profesjonalnym fotografem. Ale nie zapominajmy, że to bezmózg i na pewne rzeczy trzeba brać poprawkę.

Wracając do mojego ulubieńca Karola. Wieża z widokiem zapierającym dech w piersiach okazała się wieżą z widokiem dość powszechnym i nie urywającym dupy. Świece adwentowe z Ikei pożyczone od Michała i świecznik okazały się być  niezbędne, ponieważ o 18:00 popołudniu było tak ciemno, że mogliby się pozabijać na tej wieży. Albo nawet wypaść przez barierkę i zostałaby z nich tłusta plama na dole. A tak było i nastrojowo i romantycznie, ze słońcem świecącym na horyzoncie. Dodatkowo nie mogło zabraknąć kwiatów. Błękitne róże i kremowe róże w ilości niewielkiej. Naiwnie myślałam, że po to jechał na giełdę kwiatową rano żeby kupić dużo świeżych i ładnych, a nie tanio i byle czego. Zapomniałam, że to Karol… I jeszcze to połączenie róży i truskawek. Pasuje to do siebie jak pas do dupy. Na pewno jak zawsze się czepiam, bo przecież całość wyglądała zniewalająco. W tym momencie dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Czyli dowiadujemy się, że Idiotka nie był potrzebny tylko jako tragarz i szofer, ale też jako fotograf uwieczniający każdą chwilę oświadczyn! Bo dokładnie każda sekunda została sfotografowana. Moment dawania pierścionka. Moment zakładania go na palec. Moment picia miniaturowego szampana, o którym zapomniałam napisać, a  którego było tak wiele, że ledwo zakrył dno w kieliszkach. A potem sesja narzeczeńska w polu chwastów. Jak cudnie i uroczo i romantycznie. Prawie jak na filmach. Szkoda tylko, że mina Narzeczonej była standardową miną. Na widok  aparatu ona zachowuje się tak, jak Frodo na widok gryzaka. On siada i daje łapę, a ona szczerzy zęby w standardowym uśmiechu taniej dziwki spod latarni. I to wszystko było oczywiście naturalne i pełne emocji, których my jako osoby postronne nie potrafimy dojrzeć. Sztuczność, przegięcie pały i napinanie się bez powodu. Tak bym scharakteryzowała te zaręczyny. Intymności zero, bo Idiota musi robić zdjęcia cały czas. Emocje na pokaz, a właściwie brak emocji, bo oni wyglądają tak samo jak na każdym innym zdjęciu. A chyba ludzie tuż po zaręczeniu się powinni być szczęśliwi i podniecenie, z błyskiem w oku.

I żeby nie było, że się czepiam. Do Tomka napisał Mieszko. Tuż po tym jak zobaczył zdjęcia. I też raziła go sztuczność. I też dla niego było to wymuszone. I dodał, że musi porozmawiać z Karolem, bo według niego nic z tego nie będzie. Dodam, że jakby mnie tak Mieszko powiedział, to usiadłabym i zaczęła się nad sprawą zastanawiać. Bo jest to dla mnie osoba, której zdanie szanuję i wiem, że on zawsze jest szczery w swoich opiniach. Nie tylko on jest tym zaniepokojony. My, Paula, Marcin… Całkiem pokaźna grupa. Tylko główny zainteresowany tego nie widzi. A może chce iść w ślady Madzi ‘kocham nózię’ i nie doczekać papierowych godów, za to być już młodym rozwodnikiem? Nie moja sprawa. Ja tylko patrzę na to z boku i widzę jak on brnie w ten związek bez przyszłości odhaczając kolejne etapy, jakby był na zakupach w supermarkecie i sprawdzał zawartość koszyka z listą zakupów. Jeszcze tylko przy seksie nie może postawić ptaszka. Ale jest na jak najlepszej drodze. Przecież za rok ślub, a wtedy na pewno skonsumują swoje  małżeństwo, bo w przeciwnym razie będzie nieważne. Ciekawe, czy zastanowił się nad tym, co zrobi jak po tym pierwszym razie czar pryśnie, a różowe okulary spadną mu z nosa? Nadal będzie optymistą? Nadal będzie udawał szczęście na siłę?

Nie jest to moja sprawa. Nie będę się w to mieszać. Jako bierny obserwator mogę tylko patrzeć, jak ludzie pieprzą sobie życie w imię seksu, którego nie ma i nie będzie aż do ślubu. Te zaręczyny były w 80% powodowane chęcią zaliczenia Narzeczonej, reszta to jakieś większe uczucie, w które wątpię. Jego życie. Ja wczoraj postanowiłam, że nie będziemy próbować z nim rozmawiać. Jeden nie przejrzał na oczy, drugi teraz do niego dołączy i razem stworzą kółko wzajemnej adoracji.

549

Standardowy

Dzisiejsza noc upłynęła pod znakiem koszmarów z Margolą w roli głównej. Za każdym razem budziłam się zalana łzami i coraz bardziej zirytowana. Wiem, że powinnam się od tego dociąć, bo to tylko sny, ale czasem jest cholernie trudno. Póki co zrozumiałam jedno. Musimy być razem, musimy tworzyć jedność, nie możemy dać się jej wedrzeć między Nas. Może rzucać kłody pod nogi, może utrudniać na każdym kroku, może robić sceny, ale My musimy być ponad to. Wiem, że to będzie trudne jak jasna cholera, ale musimy dać radę. Nie pokazywać przy niej, że jej zachowanie wytrąca nas z równowagi. Nie reagować na jej kolejne przedstawienia i szopki. Odciąć się od niej. W granicach rozsądku oczywiście.  Koniec z kolacjami, jak przyjeżdża Wojtek. Koniec ze wspólnym chodzeniem do Ewy i Marka. Jak będziemy się chcieli z nimi spotkać, to zrobimy to sami. Koniec z robieniem jej przelewów; jest dorosła i najwyższy czas żeby nauczyła się sama to robić. I najważniejsze, nie kłócić się przez nią. To jest najtrudniejsze, ale wiem, że razem damy sobie radę. Zbyt dużo przeszliśmy żeby ona mogła nas poróżnić swoimi gierkami. Może zapomniała o tym, że jak było źle, to ja stałam obok Tomka. Zawsze. Może zapomniała, że skakaliśmy oboje koło niej jak koło jaja Faberge. Nie wiem i nie będę dociekać. Może jest to typ, który nie umie powiedzieć dziękuję, ani przepraszam. Ale ja mam bardzo dobrą pamięć. Wiem, co zrobiłam dla niej, kiedy tego potrzebowała. Wiem, że nie usłyszałam ani pół słowa podziękowania. I nie usłyszę nigdy. I nie chcę. To nie z nią będę spędzać życie. To nie koło niej się budzę i zasypiam.

Zasłona z oczu opadła. Uświadomiłam sobie, że nigdy nie będzie normalna. Zawsze będą pretensje. Zawsze będę ta zła i niedobra. Ale to jej problem. Czasy się zmieniły i ona nie ma nic do gadania. Jesteśmy dwójką dorosłych ludzi, którzy chcą spędzić ze sobą resztę życia. Chcemy mieć dwójkę dzieci i być cholernie szczęśliwi. I ona nam w tym nie przeszkodzi. Nie potrzebuję jej akceptacji i przyzwolenia na bycie szczęśliwą… Damy sobie razem radę, bo nie z takimi problemami już się borykaliśmy…!


548

Standardowy

Jakiś czas temu miałam z tyłu głowy myśl, że nastał okres tak zwanej ciszy przed burzą. Nie chciałam nic o tym pisać, ani głośno mówić żeby nie wywołać wilka z lasu. Niestety, miałam rację. Wczoraj po raz kolejny był mistrzowski popis i jechanie po bandzie…

Ja naprawdę do pewnych rzeczy przywykłam. Nie spływają po mnie jak po kaczce, ale staram się nie brać tego do siebie i nie pokazywać nikomu, że mnie to boli. Odchorowuję w samotności i z czasem przechodzę nad tym do porządku dziennego. Może powinnam jednak to zmienić? Może powinnam płakać, jak mi źle i nie przejmować się, że ktoś to zobaczy? Nie jestem osobą o silnej psychice. Przestałam wierzyć w znaczenie słów ‘co nas nie zabije, to nas wzmocni’.  Jakby to było prawdą to teraz powinnam mieć na sobie zbroję z litego metalu o nie wiem jakiej grubości. A niestety nie mam… Każdy kolejny taki występ boli. Każdy odbiera chęć do życia i powoduje, że kompletnie tracę nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej…

Cieszyłam się na wyjazd do Turcji. Mimo wszystkich niesprzyjających okoliczności, z którymi nic nie mogę zrobić, cieszyłam się. Możemy pojechać razem na wakacje, na które nas nie będzie stać jeszcze przez kilka lat. Oderwiemy się na chwilę od problemów. Może uda się do nich zdystansować i wrócić z naładowanymi akumulatorami i siłą na walkę z  przeciwnościami losu. Niestety… Wczoraj dowiedziałam się, ze Tomek nigdzie nie pojedzie. A ja mam zacząć myśleć o kimś, kto mógłby ze mną pojechać za Niego. Żałuję, że nie powiedziałam jej, że zaraz po powrocie do domu wystawię ogłoszenie na Gumtree i Tablicy, a od niej poproszę trzy tysiące w gotówce i to już, bo moi Rodzice stracili na tych wakacjach sześć tysięcy i na kolejne straty ich najzwyczajniej w świecie nie stać. Ale jak to bywa w życiu błyskotliwe riposty przychodzą do głowy dobrych kilka minut po fakcie. Na chwilę obecną postawiłam sprawę jasno. To On zadzwoni do moich Rodziców i im powie, że nie jedzie. I to On znajdzie kogoś na swoje miejsce, bo ja ich nie narażę na takie straty. Nie wiem, jak to się zakończy. Na razie widzę wszystko w czarnych barwach i szukam w myślach kogoś, kto  miałby czas, ochotę i pieniądze żeby ze mną pojechać.

Naprawdę, jest gorzej niż źle. Wczoraj jakoś udało mi się zapomnieć, bo przyszli znajomi i można było się upić i oderwać od tego. Dzisiaj wraz z kacem powróciły wszystkie wspomnienia dnia wczorajszego. Nie mam na nic ochoty. Nie mam w sobie żadnej nadziei. Najchętniej położyłabym się w łóżku i przespała wszystko. Mam dość tej całej sytuacji. Mam dość wiecznych szantaży i ciągłego zastraszania. I mam świadomość, że to nigdy się nie skończy. Zawsze coś będzie nie tak. Zawsze znajdzie się kolejny powód do terroryzowania. Chciałabym móc zostawić w cholerę ten cały Kraków i wrócić do domu i tam zacząć wszystko od początku. Zapomnieć o niej. Zapomnieć o wszystkim co zrobiła. Wymazać ją z pamięci na stałe. W tym momencie pewny etap w życiu zamknęłam. I teraz na pewno na dobre. Jestem pamiętliwa. Cholernie pamiętliwa. Nie zapomnę tego nigdy. Nie dam się złapać na puste banały o zapominaniu wszystkiego co złe. Nigdy więcej. Żyję swoim życiem i nie oglądam się na nią. Zanim coś zrobię, pomyślę trzy raz, jak nie cztery i dopiero podejmę decyzję. Koniec ze wszystkim.

A najgorsze w tym jest to, że swoim zachowaniem doprowadza do tego żebyśmy my się kłócili. Robi to na czym jej zależy. I mam świadomość, że za jakiś czas może doprowadzić do tego, że ja się spakuję, zamknę za sobą drzwi i nie popatrzę w tył. Ciężko jest być razem, mimo wszystko, jak ciągle ma się rzucane kłody pod nogi. Ciężko jest wiecznie zaciskać zęby i łykać ukradkiem łzy. Nie da się być razem, jak ktoś jest przeciwko mnie i okazuje to na każdym kroku. Po prostu nie mam na to siły. Nie mam już na nic siły… I chcę jak najszybciej wrócić do domu…