554

Standardowy

Wstałam dzisiaj z nadzieją, że w mojej skrzynce pocztowej znajdę wiadomość o wygranej aukcji. Tym samym wypatrzone i wymarzone buty trafiłyby do mnie. Do tego po niższej cenie, niż pierwotnie je widziałam. I byłyby idealnym prezentem urodzinowym, który bym zrobiła sama sobie. Niestety, nie takie numery z aukcjami na Allegro. Tutaj powinnam zadać sobie pytanie, czy to ja mam pecha i nigdy nie wygrywam licytacji? Czy może zawsze trafiam na licytację z bandą idiotów, którzy nie umieją licytować?

Wyjściowa cena butów: 39zł. Podbita kolejno na 40, 45, 50 i 60. I nagle pojawia się idiota, który musi podać cenę 86zł, tylko po to żeby aukcja zakończyła się na bagatelnej kwocie 90zł. Plus koszty wysyłki oczywiście. Gratuluję wygranemu kretynowi. Kupił buty drożej niż w sklepie internetowym, do tego przechodzone. A od siebie dodam, że mam nadzieję, że będą za duże i jeszcze go kurewsko obetrą! Bonusem może być fakt, że kupił od osoby z zerową ilością komentarzy i może tych butów nie zobaczyć na oczy.

A ja morał z tego wyciągam następujący. Po pierwsze, nigdy nie będę czekać na darmową wysyłkę ze sklepu internetowego. Jak mi się spodobają buty, to kupuję. Po drugie, nigdy nie będę kupować już na aukcjach na Allegro, bo ewidentnie trafiam na ludzi, którzy nie wiedzą na czym polega licytacja!

553

Standardowy

Wczoraj minęło dokładnie 9 lat odkąd prowadzę tego bloga. Czasem wydaje mi się, że zakładałam go  zaledwie wczoraj. Zaraz po tym jak skasowałam poprzedniego. Ostatni wpis dodany był przez Ninę. Mnie miało już nie być na tym świecie. Pamiętam jak do mnie zadzwoniła zaraz po tym, jak odczytała meila z instrukcją co ma zrobić. A ja stałam w kuchni z nożem przy żyłach na lewej ręce i bałam się go mocniej docisnąć. Może wiedziałam, że był i tak za tępy i nic bym nim sobie nie zrobiła? A może jak zawsze bałam się konsekwencji? Pamiętam, że jeszcze nigdy nie byłam tak zdesperowana i zdecydowana jak wtedy. Rodzice wyszli. Ja zostałam po wielkiej awanturze, po której zostały mi pamiątkowe siniaki na obu rękach. Parę dni później jechałam do Warty na imieniny i żałuję, że nie powiedziałam czemu mam sine ręce. Może pewne sprawy wyglądały by teraz troszkę inaczej…?

I jeszcze pamiętam, że długo myślałam, czy na pewno chcę mieć bloga. Chciałam żeby masa osób mnie czytała. Żebym miała mnóstwo komentarzy pod każdym wpisem. I drugie tyle w Księdze Gości. A z czasem zrozumiałam, że anonimowość jest dla mnie ważniejsza. Że nie chcę, by każdy mnie znał. Żeby ktokolwiek z mojego otoczenia wiedział, że mam bloga. I tak zostało mi do dzisiaj. Z tą różnicą, że pewna liczba moich znajomych zna ten adres. Zagląda tutaj, ale nigdy nie rozmawia ze mną na tematy tutaj poruszane. I taki układ mi odpowiada. Oszukuję siebie, że nadal jestem anonimowa. Że jestem tylko kolejnym nickiem w odmętach Internetu.

Czasem jeży mi się włos na głowie, jak widzę na innych blogach, jak ludzie podpisują się imieniem i nazwiskiem pod swoimi zdjęciami. I nie mam tu na myśli blogów zawodowych fotografów. Nie rozumiem też czemu pozwalają sobie na chamskie i wulgarne komentarze. Wolność słowa wolnością słowa, ale jakieś granice chyba są? Będąc przy tym doceniłam po raz pierwszy WordPress’a. Mogę moderować komentarze i decydować o tym, czy się pokażą na blogu czy nie. Nie będę płakać po kątach, bo ktoś mnie zmiesza z błotem, czy nazwie pustakiem. Trolle nie będą się na mnie wyżywać, bo im na to nie pozwolę. Konstruktywna krytyka – TAK, chamstwo i wyładowywanie się na mnie – NIE.

Zawsze ilekroć mija kolejny rok mojego blogowania stawiam sobie pytanie, co z tą książką? Dzisiaj też je sobie zadałam. I doszłam do paru wniosków. Nie chciałabym jej wydać pod moim prawdziwym nazwiskiem. Boję się momentu, kiedy weszłabym do Empiku i zobaczyła okładkę, a na niej moje nazwisko. Po raz kolejny dochodzi do głosu moja chęć zachowania anonimowości.

Moje lenistwo jest największą przeszkodą, która nie pozwala mi spróbować swoich sił u Wydawnictw. Musiałabym usiąść, przejrzeć Archiwum, zmodyfikować treść niektórych wpisów, wybrać te wartościowe. Wydrukowanie i wysłanie to już nie problem. Poświęciłabym na to ryzę papieru, toner w drukarce i jakieś grubsze grosze na ksero. Pamiętam, że kiedyś chciałam wysłać wiersze mojego Pradziadka. Taki szczeniacki wybryk. Znalazłam nawet adres Wydawnictwa Katarzyny Grocholi, bo wtedy czytałam ją pasjami i chciałam tam spróbować swoich sił. Nawet skleciłam jakiś wzruszający list i kupiłam kopertę. A potem, jak to ja, położyłam ją gdzieś i już się nie znalazła.

Moją motywacją powinno też być to, że skoro Peter aka. Niemy wydał swoje wypociny spod znaku science-fiction, to czemu ja nie miałabym spróbować swoich sił? Przestałam się bać odrzucenia i porażki. Po tylu oblanych egzaminach, po tylu wysłanych CV bez odpowiedzi, brak jakiegokolwiek znaku od Wydawnictwa nie wydaje się być niczym okropnym, z czym nie mogłabym żyć. Jest to na pewno do przemyślenia. I tym bardziej do zrobienia. Jakbym tak poświęcała jeden dzień na jeden miesiąc z Archiwum, to po około dwóch miesiącach coś by się udało wyselekcjonować…

552

Standardowy

Byłam pewna, że nie dostanę zaproszenia i będzie na przyszłość kłopot z głowy w postaci ośmiu osób mniej na moim weselu. Niestety, w kopercie były dwa zaproszenia. I to dwa różne! A na to samo wesele. Dla Rodziców wersja elegantsza, z imionami Młodych na przodzie. Dla mnie wersja uboga, tandetna i chyba dokupiona na szybko, bo trzeba było zaprosić. Do tego wkładka z prośbą o grubą kopertę. Tego się akurat spodziewałam…

Nie lubię dawania pieniędzy na ślub, uważam to za pójście na łatwiznę, bo łatwiej dać kopertę niż usiąść i pomyśleć nad prezentem. Ale jeszcze bardziej nie lubię żebrania o pieniądze. Bo tak odbieram wkładki z napisem ‚banknotów łopot’. A może mnie nie stać na włożenie grubego pliku w kopertę? Może mi wstyd wsadzić tam sto złotych i iść z tym na wesele? Może wolałabym kupić prezent, który nie ma przyczepionej ceny i mimo, że tani może wyglądać na elegancki i wywołać uśmiech na twarzach Młodych?

Z tego powodu powiedziałam, że nie wybieram się na tą uroczystość. Drugi powód to zaproszenie z odzysku i ‚osoba towarzysząca’. Na to drugie jeszcze jestem w stanie przymknąć oko, bo  nie wszyscy zwracają uwagę na takie drobiazgi jak ja. W momencie, gdy powiedziałam, że nie idę do Pawła zaczęły się awantury z Ojcem. Jedna za drugą. Nie docierały do niego żadne argumenty. Nie mogłam nic powiedzieć, bo zaczynał się drzeć coraz głośniej, a na koniec stwierdzał, że nie umiem nic tylko krzyczeć. W końcu przestałam w ogóle dyskutować i zbywałam każdą próbę poruszenia tematu ‚nie idę i koniec’. To też nie było rozwiązanie. Też były krzyki i awantury. Największy popis dał przy Mamie. Po raz tysięczny powiedziałam ‚nie jadę’, na co on zaczął się drzeć, trzasnął drzwiami balkonowymi i tyle go widziałyśmy. Równe dziesięć dni trwało to weselne piekło i przerzucanie się argumentami, z których każdy kolejny był lepszy od poprzedniego i powodował u mnie histeryczny śmiech. W końcu postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i napisałam do Pawła miłego smsa, że dziękujemy za zaproszenie, ale mamy dużo obowiązków i nie damy rady przyjechać. W domyśle brzmiało to: pocałujcie misia w dupę, nie napchamy wam kieszeni, a poza tym widziałam Cię dwa razy na oczy i nie zamieniłam jednego zdania prócz grzecznościowego ‚cześć’. Ojciec musiał oczywiście dołożyć swoje trzy grosze i zadzwonił do Pawła potwierdzić, że oni przyjadą, a ja nie, bo mam w tym czasie wesele koleżanki. I po co to?!

Wesele inne mamy, ale nie koleżanki, a przyjaciółki. Zasadnicza różnica, ale dla niektórych nie do odróżnienia. W związku z tym, że Ojciec zachowuje się jak dupek nie poruszam przy nim tematu ślubu Pauli. Nie wie w czym pójdę. Nie wie czy mam sukienkę. Nie wie co dajemy na prezent. Nie wie nic. Ale też nie chce wiedzieć. Wszelkie rozmowy odbywają się na linii Mama-ja. Na szczęście sukienki na dwa dni mam. Schudłam na wakacjach, a teraz się pilnuję żeby nie wrócić do poprzedniego rozmiaru, więc w pistacjowej wyglądam dobrze. Nie zachwycająco i oszałamiająco, ale dobrze i mnie to wystarczy. Kupiłam ją za grosze w Orsay’u. Wisi nadal w szafie, bo nigdy jej nie założyłam. Raz na jakiś czas wyciągam ją i zachwycam się nią. I cieszę się, że pistacjowy jest teraz w modzie. :)

Drugą kupiłam całkiem przypadkiem. Po którejś z rzędu awanturze z Ojcem pojechałam do Reserved żeby sobie kupić cokolwiek na poprawę humoru. Cokolwiek u mnie to najczęściej majtki, kolczyki lub buty. Chodziłam między wieszakami i zobaczyłam śliczną sukienkę, w jeszcze śliczniejszej cenie. Przymierzyłam i się zakochałam. Zadzwoniłam do Mamy żeby przyjechała do sklepu, bo sama nie mogłam wydać aż takiej kwoty bez konsultacji. Mama również się zachwyciła. W efekcie wyszłam ze sklepu bogatsza o kolejną sukienkę i uboższa o problem pod tytułem ‚nie mam co na siebie włożyć’. Tym samym podtrzymałam moją mała tradycję. Co roku kupuję na wyprzedażach sukienkę, którą później wieszam do szafy i wykorzystuję na niespodziewanym weselu z wpadką w tle. A, że kosztują mnie one grosze, więc mogę sobie pozwolić na taką ekstrawagancję.

 

551

Standardowy

Niezliczoną ilość razy zabierałam się do tego, by cokolwiek napisać. I tyle samo razy zamykałam zrezygnowana okno przeglądarki. Może dzisiaj się w końcu uda…?

Od razu po powrocie z Turcji czekała mnie niemiła niespodzianka. Musiałam przenieść swojego bloga na WordPress’a zanim przeniosą go za mnie. Rok temu wypięłam się na te zmiany i miałam je głęboko w nosie. W tym roku niestety musiałam coś z tym zrobić. Oczywiście nie muszę mówić, że absolutnie nie podoba mi się nowy wygląd i nie rozumiem czemu wszyscy muszą mieć takie same, mdłe i niczym się nie wyróżniające blogi?! Wbrew pozorom i zapewnieniom administratorów serwisu nowe nie jest lepsze, łatwiejsze i przystępniejsze. Straciłam około czterech dni żeby mój blog wyglądał tak jak ja bym tego chciała. W tym czasie zapoznałam się z ofertą konkurencji. Tak, przeszła mi przez głowę myśl żeby uciekać z blog.pl i znaleźć sobie nowe miejsce. Traciłam czas na wymyślanie nazwy, która ewentualnie by mi się spodobała jakby się okazało, że zostaję. Bo nie da się przejrzeć możliwości danego serwisu bez zakładania w nim bloga. Na szczęście mam drugi adres meilowy, który pewnie jest teraz zasypywany spamem, w którym oferują mi operacje plastyczne bloga.

Rekonesans pokazał mi, że jednak tu gdzie jestem jest najlepiej. Inne serwisy są prostackie, nieintuicyjne, nudne, głupie i nie dla mnie. Zacisnęłam zęby, naparzyłam kubek melisy i zabrałam się za zmiany. Skopiowałam wszystkie linki, wybrałam szablon (nie ten, który by mi się podobał, ale ten, który spełniał moje zachcianki), dodałam parę udoskonaleń i oto jestem w nowym wydaniu. Szata graficzna zupełnie nowa, ale treści nadal te same. W tej kwestii nic się nie zmieni.