561

Standardowy

Nie lubię obdzierać się z prywatności. Z tego też powodu często tematy ważne pomijam milczeniem. Ma to swoje dobre i złe strony. Na pewno wadą jest fakt, że za jakiś czas nie będę o nich pamiętać,a może warto by było? Dlatego, gdy dzisiaj natrafiłam na tekst napisany w maju postanowiłam go jednak opublikować. Głównie po to żebym ja miała jakąś pamiątkę. Żebym miała do czego wrócić, jak sprawa się zakończy. Bo, że się zakończy, niestety wiem… Nie wiem tylko kiedy i w jaki sposób…

Poniższy tekst napisałam dokładnie 19 maja. Pamiętam, że korzystałam z dobrodziejstw bezprzewodowego Internetu w komórce. Mogłam płakać i pisać i schować się pod kocem udając, że śpię i nikt na mnie nie zwracał uwagi. Nie powiedziałam o niczym Tomkowi. Nie chciałam. Nie wiedziałam jak. Liczyłam, że wszystko wróci do normy.

Niestety życie jest okrutne i nie jest koncertem życzeń. Tomkowi napisałam z pociągu. Bo łatwiej jest mi pisać o trudnych sprawach, niż mówić. I dobrze, że to zrobiłam. Przynajmniej jak coś się stanie, to mogę mu powiedzieć. Wyrzucić z siebie potok słów i zaznaczyć na końcu, że nie chcę o tym dyskutować. I on to szanuje… A zwykle chcę tylko powiedzieć, ulżyć sobie i nie roztrząsać tego. Może kiedyś nadejdzie czas, że będę chciała i potrafiła o tym mówić. Tak samo, jak mam nadzieję, że kiedyś będę umiała się z tym pogodzić…

 

19.05.2012

Co czułam jak się o tym dowiedziałam? Bezsilność. To jest uczucie, które dominowało i nadal dominuje w mojej głowie. I świadomość, że nic już nie będzie takie jak było. Że wszystko się zmieni. I w tym wypadku niestety na gorsze. Nie radzę sobie z tym. Nigdy nie będę umiała…
Nie wiem jak wygląda życie osoby przykutej do łóżka. Mogę sobie tylko wyobrażać. Niemoc. Całkowite uzależnienie od drugiej osoby. Najprostsza rzecz jest trudna lub niemożliwa do wykonania. Można tylko leżeć i patrzeć. Uczyć się na pamięć plam na suficie. Wzoru na żyrandolu. Gapić tempo w telewizor, bo od czytania bolą oczy. Tylko leżeć i czekać aż nadejdzie wiadomo co…
Nie wiem czemu ciągle mam w głowie myśli o tym najgorszym. Może traktuje ostateczność jako koniec problemów? Koniec cierpień? Potem będzie już tylko lepiej. Nic nie będzie bolało. Nie będzie się od nikogo zależnym. Będzie tak jak było na początku.
Nie chcę tego. Chcę żeby było jak kiedyś, ale bez takich drastycznych zmian. Chcę cudu! Bo w sytuacji, gdy cały świat bezradnie rozkłada ręce czekamy na cud…

560

Standardowy

W dni takie jak dziś wstawanie jest dla mnie największą mordęga i wyzwaniem. Jestem niewyspana, bez humoru, bez energii. Najchętniej chodziłabym cały dzień w szlafroku i nie robiła nic prócz leżenia pod kocem i spania od czasu do czasu. Niestety, nie mogę sobie na to pozwolić. Mam całą listę rzeczy do zrobienia, z pomalowaniem paznokci na czele. Przy okazji postanowiłam sobie, że wyrzucę stare lakiery, których nie używam z różnych powodów. Koniec z gromadzeniem niepotrzebnie rzeczy!

A o czym chciałam napisać parę dni temu? O tym, że lubię oglądać książki kucharskie. Nie uważam się za MasterChef’a i nigdy nie będę uważać. Nie uważam również, że umiem gotować. Bo zrobienie dania bazując na przepisie z książki kucharskiej nie jest dla mnie gotowaniem, lecz procesem czysto odtwórczym. Ale lubię spędzać czas w kuchni, przy garach. Lubię jak Tomek jest tam ze mną i mi pomaga. Mimo że cały czas powtarza, że nic nie potrafi. Gotowanie mnie relaksuje i daje mi radość. A książki kucharskie są dla mnie odskocznią od codzienności. Lubię patrzeć na zdjęcia potraw. Lubię czytać listę składników i sposób przygotowania dania. Lubię gromadzić różnorakie przepisy. Chciałabym mieć w kuchni taką półkę, na której mogłabym postawić wszystkie swoje książki. Te, które mam i te, które kiedyś bym chciała mieć.

A na mojej liście marzeń jest Gordon Ramsay. Niestety, ma on jedną wadę – jego książki są cholernie drogie i rzadko kiedy można je dostać w promocyjnej cenie. W tym wypadku zadowalam się oglądaniem go czasami w Empiku. Chciałabym też mieć wszystkie Nigelle. Mimo, że jej dania nie należą do najzdrowszych i jakbym stołowała się tylko na jej przepisach szybko wyglądałabym jak ona. Ale gotuje tak smakowicie i pysznie, że nie potrafię się jej oprzeć. Lubię też Pascala, który tworzy łatwe i szybkie i imponujące dania. Niestety, póki co jego książką dzielę się z Mamą, która jest jego absolutną fanką i pozwala mi tylko na przepisanie przepisu i to przy niej.

Nie lubię za to Okrasy, Jamie’go Oliviera. Makłowicza. I całej reszty pseudo kucharzy, którzy opanowali telewizję śniadaniową lub mają swoje własne programy na podrzędnych stacjach telewizyjnych.

559

Standardowy

Można powiedzieć, że miniony weekend był bardzo pouczającą lekcją życia dla mnie. Nauczyłam się, że rodzina jest rzeczą przypisaną nam z góry, a przyjaciół możemy sobie wybrać kierując się nam znanymi tylko przesłankami. I to o przyjaźń trzeba walczyć i przyjaźń pielęgnować. Bo rodzina i tak nas zostawi, albo wybaczy każdą głupot. A przyjaciel niekoniecznie… Że nie zawsze ja mam rację i że wielką sztuką jest umieć przyznać się do błędu, nie tylko przed samym sobą. Że muszę przestać być tak strasznie uparta. I że czasem lepiej trzymać język za zębami, przemyśleć coś dziesięć razy i dopiero potem zacząć mówić o tym głośno.

W sobotę odbył się ślub Pauli i Janka. Na skutek wydarzeń sprzed tygodnia moja obecność stała pod wielkim znakiem zapytania. Głównie dlatego, że nie chciałam schować dumy w kieszeń i przyznać się, że zachowałam się nie do końca tak jak powinnam. Choć uważam, że nie tylko ja jestem winna. To osobna historia, o której staram się zapomnieć. Na szczęście Tomek jest mądrzejszy ode mnie i zdecydował, że jedziemy. Poza tym Aniołki czekały na nowych właścicieli od sierpnia i nie mogłam tak po prostu ich rzucić w kąt.

Najważniejsze, nie żałuję, że pojechaliśmy. Czułam się lepiej niż na weselu kogoś z rodziny. Wspomnienie Pauli Mamy, która podeszła do nas i powiedziała, że cieszy się, że może nas w końcu poznać, bo tyle o nas słyszała wywołuje wzruszenie i sprawia, że łzy cisną się same do oczu. A potem nas wyściskała i ucałowała, a ja zrozumiałam jak wielki popełniłabym błąd nie przyjeżdżając. I Bartek, który nieśmiało pocałował mnie w rękę. Bo byłam więcej niż pewna, że mnie nie będzie pamiętał i w ogóle mnie nie pozna. A wisienką na torcie była Babcia Pauli, która podeszła i spytała czy to ja mieszkałam z Paulą w Krakowie, a potem mnie też ucałowała. Poczułam się naprawdę wyjątkowo… Jakbym nie była tylko kolejną osobą z listy gości, ale kimś ważnym dla Młodej Pary…

A co do samego wesela… Mogę napisać, że bawiłam się wspaniale! Nogi bolą mnie jeszcze do dziś i najlepiej chodzi mi się w baletkach. Nic wyższego, nawet z minimalnym obcasem, nie ma prawa bytu. Brzuch miałam pełny jeszcze do wczoraj i patrzyłam na jedzenie z odrazą i pogardą.

Orkiestra była świetna. Nie jestem zwolenniczką orkiestry na weselu, ponieważ do tej pory miałam do czynienia z chałturnikami, fałszującymi okropnie, śpiewającymi nie w rytm i mylącymi tekst każdej piosenki. Pauli zespół był młody, sprawiał, że nogi same rwały się do tańca i jeszcze pamiętał o dedykacji. Może niedokładnie zapamiętał jej tekst, ale piosenka była ta co chcieliśmy.

Jedzenia było dużo i było pyszne. Naprawdę żałuję, że nie miałam dostatecznie dużo miejsca żeby dłużej postać przy wiejskim stole i tacy z ciastami. Odbiłam sobie za to przy czekoladowej fontannie. W nagrodę za czas spędzony na parkiecie moczyłam winogrono w czekoladzie aż było całe nią oblepione i ciężkie. O dziwo nawet zjadłam tort ze smakiem i żałowaliśmy z Tomaszem, że wzięliśmy jeden kawałek na pół. Zwykle na weselach w momencie pojawienia się tortu ja znikam jak kamfora. Po takiej ilości wlanego w siebie alkoholu nie mam na tyle odwagi, by ryzykować zjedzenie czegoś słodkiego i utrzymanie tego jeszcze w żołądku. Tort Młodych był pyszny! Słodko-kwaskowy, kolorowy i duży, bo dużo było i gości.

I jeszcze słów kilka o Młodych. Pierwszy taniec był piękny. Raz, że poszli na lekcję tańca z instruktorem. Dwa, że nauczył ich tak dobrze, że nie było liczenia kroków, czy też patrzenia pod nogi. Wiem, że sami mówili coś innego, ale dla oka osoby z zewnątrz to był piękny taniec, z jedną drobną pomyłką, która wywołała uśmiech na twarzy zgromadzonych gości. Podobało mi się też to, że Młodzi rozmawiali praktycznie z każdym gościem na sali. Dzięki temu można było się poczuć wyjątkowo. Nam udało się nawet wypić z Młodymi Malibu za ich zdrowie i pomyślność. I bawili też się cały czas, co było fajne, bo dzięki temu ludzie nie siedzieli za stolikami, ale też szli na parkiet.

Wiem, że bardzo chaotycznie o tym wszystkim piszę, ale taka moja wada. Nie potrafię napisać spójnie i składnie relację z wydarzenia bliskiego memu sercu. Opisy koncertów MM są jednym wielkim bałaganem, który tylko ja jestem w stanie zrozumieć. Podobnie jest z tą pierwszą relacją ślubno-weselną. To dlatego, że ja nadal jestem pod wrażeniem tej uroczystości. Nadal pamiętam każdą godzinę tam spędzoną. Często siadamy z Tomkiem wieczorem i wspominamy sobie pewne rzeczy z wesela. Na pewno była to uroczystość na wysokim poziomie i Paula zawiesiła nam na przyszłość bardzo wysoko poprzeczkę. I nie chodzi mi tu o jakąś chorą rywalizację, bo nie w tym rzecz. To było wesele idealne pod każdym względem i sama chciałabym mieć takie. Żeby każdy czuł się dobrze. Żeby każdy się dobrze bawił. Żeby każdy był cały czas uśmiechnięty, a ja mogła na to patrzeć i zapomnieć o stresie i nerwach, które pewnie są przed ogromne…

Teraz zastanawiam się co będzie dalej z tą znajomością. Czy uda się utrzymywać kontakt mimo odległości? Czy to umrze śmiercią naturalną? Wiem, że chcieć to móc, ale… Jak zawsze ja mam masę wątpliwości i pytań bez odpowiedzi. Czas pokaże jak będzie. Ja wiem jedno, nie chciałabym stracić przyjaciółki, bo drugiej takiej nigdy nie poznam…

558

Standardowy

Nauczyłam się, że najlepiej być biernym i pasywnym. Nie wychylać się. Nie próbować pomóc. Nie dawać dobrych rad. Nie próbować być innym. Nie próbować mieć swojego zdania i bronić go jak niepodległości. Trzeba iść za głosem lidera. Nie sprzeciwiać mu się. Nie otwierać buzi niepytanym. Oczywiście nie gwarantuje to akceptacji w oczach innych, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Także od paru dni jestem tylko kolejną osobą w tłumie ludzi. Sobą jestem tylko stojąc samotnie w łazience przed lustrem i strojąc głupie miny podczas nakładania kremu przeciwzmarszczkowego. Ale paradoksalnie taka lekcja też jest przydatna. I lepiej ją zaliczyć teraz, niż za parę lat uświadomić sobie, że jest się w czarnej dupie.

Zmieniając temat, z przykrością zauważyłam, że pisanie jest nową modą naszych czasów. Żeby być na czasie najlepiej mieć bloga. A żeby być super modnym to musi on być o modzie, gotowaniu lub o dziecku. Trzeba stroić się w najlepsze ciuchy, iść w znane miejsce i zrobić masę zdjęć. Potem wkleić je na swojego bloga i czytać w zachwycie komentarze komplementujące strój, kształt paznokci czy kolor włosów. I nawinie wierzyć, że autorka bloga idzie w wieczorowej sukience i szpilkach do warzywniaka po kilogram ziemniaków. Podobnie sprawa ma się z blogami kulinarnymi. Wiem to z autopsji. Przecież ja codziennie robię sobie śniadanie prosto z książki kucharskiej, ubrana w najlepsze ubrania z metką i zaopatrzona w lustrzankę żeby móc zrobić zdjęcie wszystkiego, począwszy od otwierania lodówki, a na pustym talerzu skończywszy. I oczywiście posiadam najmodniejsze talerze i sztućce, o sprzętach kuchennych nie wspominając.

Na szczęście jest jeszcze parę blogów, które nie charakteryzują się żadną z powyższych cech. Są szczere, wiarygodne i robione z potrzeby serca, a nie pokazania się w szerokim internetowym świecie. Boli mnie tylko fakt, że moje pisanie też może być wrzucane do worka z napisem ‚pisze, bo jest to modne’…

Chyba chciałabym wrócić do czasów, kiedy to pisanie nie było wyznacznikiem zajebistości. Podobnie jak posiadanie lustrzanki, którą nie umie się robić porządnych zdjęć. I noszenie kujonek na nosie, mimo że nie ma się wady wzroku. I tak mogłabym wymieniać i wymieniać i wymieniać…

A pierwotnie chciałam napisać o czymś zupełnie innym…

557

Standardowy

Wybierając filmy, które chciałabym zobaczyć w kinie, kieruję się głównie intuicją lub obsadą i zasadą, że nie oglądam głupawych komedii, bo na nie zwyczajnie brak mi czasu i szkoda pieniędzy. Dlatego nie wiem, co mnie skłoniło żeby iść na ‚Teda’. Film, który zapowiadał się na głupią komedię ociekającą kawałami z pogranicza seksu i szeroko pojętej erotyki. Obejrzałam zwiastun i coś mnie zaciekawiło. Efektem tego było wspólne wyjście na premierę.

Z ręką na sercu muszę powiedzieć, że mile się zaskoczyłam. Albo odzwyczaiłam się od oglądania tego typu filmów, albo ten był wyjątkowo udany. Z pewnością Ted nadawał odpowiedniego smaczku i dzięki niemu całość była zabawna, spójna, a nawet momentami wzruszająca. Bo udało mi się popłakać. Nawet dwa razy. Czekałam prawie ze wstrzymanym oddechem czy Ted ożyje zaraz po tym, jak Lori założy ostatnie szwy. I płakałam razem z John’em, gdy jednak okazało się, że Ted odszedł na zawsze. A potem drugi raz, gdy zobaczyłam Lori spoglądającą na rozgwieżdżone niebo i wypowiadającą życzenie.

Inna sprawa, że film zaczął się po półgodzinnym seansie przymusowych reklam, przeplatanych czasem zwiastunami nowych filmów. Udało nam się wyłowić parę ciekawych zapowiedzi na kiedyś i perełkę, która będzie na pewno tak dobra, jeśli nie lepsza, jak ‚Wyjazd integracyjny’. Mowa o ‚Wieczorze panieńskim’, który już zdobył u mnie nominację do Kupy Roku.

I na koniec chciałam napisać jeszcze jedno. Osoby, które mnie znają, wiedzą że nie znoszę oglądania w telewizyjnych programach ludzi z historią. Ciśnienie mi się podnosi na widok biednej dziewczynki, która nigdy nie miała własnego pokoju, ale umie śpiewać i przyszła do ‚Mam Talent’. Albo nastolatki, która tańczy dla niewidomej mamy i zapomniała dodać, że ma nadzieję, że od jej tańca mama odzyska wzrok.  Dlatego, gdy zobaczyłam Pana ze stwardnieniem rozsianym pchającego się do ‚Got to dance’ czułam, że będzie on tragiczny i dostanie cztery zielone gwiazdki. Bo tak wypada. Bo jest chory i nie można mu zrobić przykrości. Jednak, kiedy zaczął tańczyć oniemiałam! Gość ruszał się lepiej ode mnie i nigdy w życiu bym nie powiedziała, że jest na coś chory! Może nie był to nie wiadomo jak dobry technicznie taniec, ale wzruszył mnie, wycisnął łzę z oka i sprawił, że jestem jego ogromną fanką… I w duchu go podziwiam. Bo z taką chorobą mógłby spokojnie położyć się do łóżka i nie robić nic, bo jest chory i byłby usprawiedliwiony. A jednak walczy z tym i robi to co kocha nad życie… Nic tylko naśladować. :)