563

Standardowy

Dzisiaj mija tydzień mojego siedzenia w domu i walki z anginą. Cały czas zastanawiam się, czy aby na pewno dobrze zrobiłam biorąc antybiotyk? Bo oprócz tego, że gardło przestało mnie boleć na drugi dzień po zażyciu, to żadnych pozytywnych zmian nie widzę. Apetytu nie mam prawie w ogóle. Jem, bo muszę. Gorączkę mam nadal i brak pomysłów, jak się jej skutecznie pozbyć. Katar troszkę się zmniejszył, ale nadal sterty zużytych chusteczek walają się po pokoju. Poza tym przeczytałam trzy książki w tydzień i jest to jedyny plus całej choroby.

Poza tym siedzenie w domu sprzyja myśleniu. I teraz wiem, że wolałabym cofnąć czas i zrobić wszystko żeby się nie rozchorować, nie musieć leżeć w łóżku i myśleć. Pierwsza obserwacja, jaka się nasuwa, to fakt, że jestem tutaj cholernie, ale to cholernie samotna. Nie mam osoby, do której mogłabym zadzwonić w środku nocy i powiedzieć, że płakać mi się chce. Albo, że jest mi smutno i chciałam z kimś porozmawiać. Jestem zdana na siebie. Co więcej nie mogę nawet w spokoju chorować, bo znajdzie się ktoś, kto musi nas uszczęśliwiać na siłę swoją osobą i swoimi zajebistymi prezentami. Nie mogę powiedzieć, że mi się to nie podoba, bo są pretensje. Nie mogę leżeć w łóżku, bo są pretensje. Nie mogę być sobą, bo są pretensje. Muszę stać na baczność, uśmiechać się i robić dobrą minę do złej gry. I powinnam być w tym tak dobra żeby druga strona nic nie zauważyła. Tylko, że ja mam tego serdecznie dość! Skończyłam zabawę w ‚zaakceptuj mnie’. Skończyłam włazić w dupę, bo niestety nie lubię tego i nie jestem w tym tak skuteczna jak inni. Skończyłam w pokazywanie, kto jest ważniejszy.

Naiwnie myślałam, że w końcu znalazłam swój kawałek podłogi i będę w końcu mogła być szczęśliwa. Cholernie szczęśliwa. Niestety, nie da się. Nie w tej konfiguracji. Dawno spadły mi z oczu klapki i dotarło do mnie, że sytuacja się zmieni w chwili opuszczenia ziemskiego padołu przez nią. Albo gdybyśmy zdecydowali się na zagraniczny wyjazd. Ale tego ja nie chcę. Ja już wyjechałam. Wyprowadziłam się z domu i nie chcę jechać jeszcze dalej. Gołym okiem widać, że obydwa wyjścia są niemożliwe do wykonania, więc trzeba znaleźć trzecie, jako alternatywę. Jest nią opuszczenie chorego, toksycznego trójkąta i ułożenie sobie dalszego życia w pojedynkę. W ciszy, spokoju, po swojemu. Z dala od toksycznych ludzi z ewidentnymi zaburzeniami psychicznymi i chęcią rządzenia każdym. Ja też mam swoje zdrowie, swoje marzenia i swoją wytrzymałość. I mam serdecznie dość tego, na co muszę się godzić każdego dnia.

562

Standardowy

Od paru lat niezmiennie twierdzę, że nowi studenci są coraz gorsi. Sieczka w głowie, poziom kultury sięgający bruku i matura napisana kiepsko, mimo że z roku na rok jest łatwiejsza. Przekonałam się o tym nie raz wracając nocnym autobusem z Rynku do domu. Na porządku dziennym jest bekanie na cały autobus, pijackie śpiewy, skakanie po autobusie, zwierzenia, których niekoniecznie chce się słuchać. I tak niestety jest prawie pod sam dom. Jak się uda usiąść, to jest super i jestem szczęśliwa, bo mogę oprzeć głowę na szybie i zasnąć i mieć w dupie resztę bydła, z którym mam zaszczyt jechać. Nauczona doświadczeniem doszłam do wniosku, że z Rynku trzeba wracać albo drugim nocnym autobusem, albo przejść na wcześniejszy przystanek żeby usiąść.

Jedak nigdy bym nie pomyślała, że wracając z Ruczaju, czyli imprezowej Sahary, będę mieć problemy w nocnym autobusie. A miałam. Bo pech chciał, że mój powrót zgrał się z ogniskami na Zakrzówku. Około trzeciej w nocy upita do nieprzytomności elita krakowskich uczelni stwierdziła, że czas wrócić do domu. I tym sposobem na Kapelance do jednego autobus  chciało koniecznie wejść około tysiąca osób, jak nie więcej. Wiadomo nie od dziś, że autobusy mają swoją ograniczoną pojemność. Ale w pijackim amoku widzi się inaczej, a myślenie zaczyna boleć. Tak więc bydło zaczęło wtłaczać się do autobusu nie zważając na to, że więcej ich się nie zmieści. Kierowca chciała zamknąć drzwi, ale grupa bezmózgów stwierdziła, że fantastycznym pomysłem będzie otwierać je na siłę. Kiedy i ta zabawa stała się nudna i nie dostarczała odpowiedniej dawki emocji zobaczyli, że autobus może być świetną huśtawką. Efekt końcowy był taki, że nie pojechaliśmy nigdzie, ponieważ kierowca uprzejmie powiedział, że prosi o opuszczenie pojazdu. Na taksówkę czy icar’a nie dało się dodzwonić, ponieważ na ten sam pomysł wpadła reszta towarzystwa. W efekcie szłam z Kapelanki na Kazimierz próbując złapać jakąkolwiek taksówkę. Historia skończyła się tak, że pod okrąglakiem złapałam normalną, drogą taksówkę, ponieważ kierowcy icar’ów zgodnie twierdzili, że są zajęci i czekają na klienta. Jak tak to w porządku, ja chcę jechać do domu i obojętne mi komu zapłacę.

Od tego czasu drogi moje i studentów biegły po równoległych torach i nie przecinały się. Na szczęście. W poniedziałek dowiedziałam się o nowej historii, tym razem bez mojego udziału, czego oczywiście nie żałuję.

Miasteczko AGH jest jedną wielką imprezownią. Akademik na akademiku, brak zakazu picia alkoholu przed akademikami. Studenci z tego skrupulatnie korzystają. Może i to jest fajne. Nie wiem, bo nigdy nie ciągnęło mnie do mieszkania w akademiku i jakoś nie żałuję, że moje życie jest biedniejsze o takie epizody. Szczególnie po ostatnich doniesieniach.

AGH ma także fantastyczne, piętnastopiętrowe akademiki. I to chyba jedyny powód, dla którego ktoś taki jak ja mógłby się skusić na zamieszkanie tam. Widoki z tych ostatnich pięter są zapierające dech w piersiach. Nie raz na pewno można było zobaczyć z okien Tatry. Płodni i inteligentni mieszkańcy Babilonu podczas pijackiej imprezy doszli do wniosku, że fantastycznym pomysłem będzie polać benzyną krzesło, wstawić je do windy, podpalić i puścić windę na sam dół. Konsekwencje były takie, że akademik był do ewakuacji, widna zniszczona doszczętnie, a rozbawionym mieszkańcom przeszkadzało, że strażacy każą im opuścić budynek. I oczywiście wydarzenie doczekało się swojej strony na FB, bo jakże mogłoby być inaczej w dzisiejszych czasach. Powstała strona o wdzięcznej nazwie ‚jaram się jak widna w Babilonie’, gdzie to rozbawiony tłum może wrzucać swoje światłe komentarze.

Czemu o tym piszę? Choćby po to żeby po raz kolejny przekonać się, że poziom inteligencji u nowych studentów jest coraz niższy. Matura napisana byle jak jest gwarancją dostania się na dobre studia. Oczywiście na AGH przyjęło się, że trzeba mieszkać w akademikach, bo tam są świetne imprezy, które trwają cały rok. Jeśli pod pojęciem dobrej zabawy rozumiemy dewastowanie własnego domu, to faktycznie jest grubo… I wiem, że na pewno podniosą się głosy, że jestem stara i nie nadążam. Być może… Ale ja to widzę tak, że może i jestem stara, ale szanuję czyjąś własność i miejsce, które jest moim tymczasowym domem. I nie wiem jak pijana musiałabym być żeby wpaść na pomysł podpalenia krzesła w windzie! Czytałam już opinie, że to przejdzie do historii i mieszkańcy Kapitolu będą z uśmiechem na ustach opowiadać swoim dzieciom, jak to się wspaniale mieszkało i studiowało. Jednak nie wiem co jest wspaniałego w zapierdalaniu na piętnaste piętro pieszo, bo banda idiotów musiała podpalić windę?! I chyba nigdy tego nie zrozumiem… A może wspaniałe jest to, że karę poniosą wszyscy i będą musieli zapłacić za remont windy ciężkie pieniądze, bo winny się nie przyzna, a nikt nie chce być kablem i konfidentem?!

Oczywiście to jest wersja optymistyczna, bo przecież kamer na korytarzach nie ma, więc szukanie winnego jest szukaniem igły w stogu siana. Może i mam radykalne poglądy, ale ja winnego i całą grupę wsparcia uczestniczącą w paleniu krzesła wywaliłabym z akademika w trybie natychmiastowym, kazała zapłacić za remont widny i na deser usunęła z uczelni. Może wtedy część elity zastanowiłaby się dwa raz nad nowym, grubym pomysłem na rozkręcenie imprezy. A może to jest czas żeby w końcu zrobić porządek wśród mieszkańców akademików? Może i to są dorośli ludzie, ale niestety ich zachowanie mówi zupełnie coś innego…