572

Standardowy

Dzisiejszy dzień miał być dniem mierzenia się i porównywania wyników. Dodatkowo miał być dniem radości lub motywacji do dalszej pracy. Niestety nie będzie, ponieważ zignorowałam dzwoniący budzik, mimo że obudziłam się wyspana i wypoczęta. Lenistwo zwyciężyło po raz kolejny. W efekcie wstaliśmy późno i musiałam od razu udać się do kuchni zrobić śniadanie. Mimo, że było zdrowe to po jedzeniu nie ma sensu się mierzyć. W związku z tym cały proces przesuwa się o jeden dzień.

Dzisiaj mamy też ostatni dzień stycznia. Na początku roku założyłam sobie, że ten rok będzie rokiem zmiany nawyków żywieniowych. Oczywiście nie zrobiłam rewolucji na swoim talerzu w jeden miesiąc, bo to chyba niemożliwe. Postanowiłam małymi kroczkami dążyć do celu. Na początek odstawiłam zwykłą herbatę na rzecz czerwonej, zielonej lub białej. W chwili obecnej mam tylko czerwoną i resztki białej i staram się nie pić innej. Przy najbliższej wizycie w supermarkecie rozejrzę się za zieloną i uzupełnię zapas czerwonej.

Dodatkowo jem mniejsze porcje, ale częściej. Na początku było cholernie trudno się przestawić. Jednak kilka dni spędzonych w domu pomogło mi bardzo. Mogłam kontrolować czas na zegarku, Miałam do dyspozycji lodówkę. I zostawało mi tylko jeść regularnie mniejsze porcje. Teraz jest łatwo, ponieważ większość czasu spędzam w domu. Wyzwanie zacznie się w momencie, gdy mój plan dnia ulegnie zmianie. W tym celu testuję różne pasty na kanapki, sałaty i mini obiady żeby móc je w odpowiednim czasie zapakować do pojemnika i zabrać ze sobą i nie żywić się gównami oferowanymi na każdym rogu ulicy.

Jeśli chodzi o ćwiczenia to nadal jestem wierna Ewie Chodakowskiej. Zaczęłam jakiś czas temu, ale niekoniecznie to były regularne treningi. Na początek zaopatrzyłam się w darmowy program treningowy z jej strony. Ćwiczyło się średnio, głównie ze względu na to, że wolę jak ktoś ze mną ćwiczy na ekranie. Nie lubię czytać instrukcji do ćwiczenia i zastanawiać się, czy aby na pewno dobrze je robię. Mimo to jakieś podstawy załapałam i miałam w głowie obraz czego mogę spodziewać się po płytach. Okazało się, że moje wyobrażenia, a rzeczywistość to zupełnie inna bajka…

Z czasem zaopatrzyłam się w dwie płyty. Tak zwanego Killera i Skalpel. Na początek włączyłam sobie Killera i to był błąd… Miałam dość po pierwszym cardio. Próbowałam ćwiczyć dalej, ale niestety poddałam się. Położyłam się na podłodze, płakałam z bezsilności i przewijałam płytę patrząc, co tam jeszcze ciekawego mogę znaleźć. Na drugi dzień spróbowałam Skalpela. Strzałem w dziesiątkę na dzień dobry nie był, ani też miłością od pierwszego wejrzenia. Jednak byłam w stanie go zrobić do końca. Oczywiście z licznymi przerwami i nie każde ćwiczenia robiłam tak jak trzeba lub w odpowiednim tempie. Tym razem zacisnęłam zęby i nie poddałam się. Skalpel zagościł u mnie na dłużej. Z czasem pewne ćwiczenia zaczęły mi w ogóle wychodzić, inne nie sprawiają mi problemu i jest też część, którą muszę dopracować. Co więcej, faktycznie po skończonym treningu jest wybuch endorfin. Mimo, że pot leje się strumieniami i mięśnie bolą nieziemsko, na ustach mam uśmiech i jestem dumna z siebie, że kolejny trening za mną. Mogę też z ręką na sercu przyznać, że lubię te treningi. Póki co zostaję przy Skalpelu, ale chcę w przyszłości spróbować Killera i Skalpela II, tak w ramach urozmaicenia. A być może w jeszcze dalszej przyszłości pokuszę się o treningi z Zuzką.

W lutym chcę oczywiście dalej kontynuować treningi i być może uda się je przeplatać Skalpelem II. Poza tym chciałabym od połowy miesiąca włączyć do ćwiczeń kilogramowe hantle i jeśli finanse pozwolą, zaopatrzyć się w obciążniki na nogi. Trochę mnie to przeraża, ale motywację mam ogromną i wiem, że dam sobie radę. Nawet jeśli na początku będzie ciężko i pot będzie mieszał się ze łzami. Z kwestii jedzeniowych chciałabym żeby udało mi się trzymać dietę podczas pobytów w domu. Głównie mam na myśli oparcie się słodyczom kupowanym przez Tatę i pokonanie własnego lenistwa i kupowanie ciemnego pieczywa dla mnie.

I na sam koniec chciałam jeszcze się pochwalić, że dzisiaj mija miesiąc odkąd nie piję piwa. Coś, co kiedyś było dla mnie niewykonalne, stało się jak najbardziej realne, możliwe i wcale nie tak trudne do wykonania.

 

571

Standardowy

Podczas pobytu w domu zauważyłam jedno. Cholernie ciężko trzymać mi moją dietę… Poniekąd ze względu na to, że rodzice nie jedzą ciemnego pieczywa, więc jest jasne i nie zawsze mam ochotę jechać do sklepu po bułki specjalnie dla siebie. Szczególnie, gdy za oknem pada śnieg i żeby gdziekolwiek się udać trzeba najpierw odśnieżyć podjazd i auto. Potem jest już z górki, bo zostaje modlitwa o to żeby droga była w miarę przejezdna i najlepiej jakby nikt nie jechał w chwili wyjazdu na drogę główną. Dwa razy udało mi się trafić na kompletną pustkę przy skręcie, raz cała droga była moja i inni uważali a mnie, a przy pozostałych okazjach było odśnieżone na tyle, że wyjechałam bez problemu i stresu.

Kolejny powód nietrzymania diety to Tata i jego troska o to, by jego brzuch zbyt szybko nie zmalał. W związku z tym potrafi kupić sobie około ośmiu wafelków w czekoladzie, wielką siatkę Michałków, ze trzy tabliczki czekolady i inne dobrodziejstwa. I tak, jestem słabej dupy, bo zdarzało się sięgać po Michałka i po cholernego Czarusia orzechowego.

Na swoją obronę mogę powiedzieć, że starłam się jeść co 3-4 godzin, z pozytywnym skutkiem. Nie jadłam ryb, ale za to mięso gotowane i to głównie indyka z ryżem. Z aktywności fizycznej wymienię codzienne spacery połączone z bieganiem z Frodem, średnio po godzinę każdy i oczywiście obowiązkowe odśnieżanie, od którego bolał mnie kręgosłup przez cały tydzień. Dopiero dzisiaj wstałam z łóżka bez bólu i krzywienia się.

Pod wpływem impulsu zapisałam się na kurs z Ewą Chodakowską. Bo w Krakowie, bo nie za drogo i zawsze chciałam móc osobiście uczestniczyć w jej treningu i sprawdzić na własnej skórze, czy faktycznie daje ostro w dupę. Na początku była wielka euforia i radość i jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać i opisać. Same pozytywne uczucia. I uśmiech nie schodził mi z twarzy. A za kilka chwil przyszła szara rzeczywistość i pojawił się strach w oczach i panika. Bo nie dam rady kondycyjnie. Bo się ośmieszę. Bo na pewno będą same szczupłe dziewczyny, które ćwiczą z Ewką nie wiadomo jak długo i mają wszystkie ćwiczenia w małym paluszku. Bo będę najgrubsza z całego towarzystwa. Bo idę tam zupełnie sama i nie będzie nikogo znajomego żeby dodał m otuchy. I tak mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale w pewnym momencie się opamiętałam. Będą dziewczyny w lepszej formie niż ja i ćwiczące z Ewą dłużej, tym lepiej. Mogą być dla mnie inspiracją i motywacją. Idę sama, też dobrze. Być może poznam kogoś, a jak nie to przełamię swoją nieśmiałość. A dodatkowo mam motywację żeby codziennie ćwiczyć żeby na warsztatach wypaść jak najlepiej i dać z siebie wszystko i wyjść z nich z uczuciem spełnienia i zadowolenia.

A za trzy dni pierwsze oficjalne pomiary po mniej lub bardziej regularnych ćwiczeniach z Ewą. Założyłam sobie, że 2013 to będzie mój rok i uda mi się schudnąć do wymarzonego rozmiaru i będę dumna ze swojego wyglądu. :)

 

570

Standardowy

Prawda jest taka, że o chorobie Dziadka nie pisałam ani słowa. Wolałam zatrzymać to dla siebie i nie dzielić się tym ze światem. Czasem coś komuś w rozmowie powiedziałam, ale nie zagłębiałam się w szczegóły. Najbardziej w ostatnim okresie wkurwiały mnie pytania Stefci, która absolutnie wszystko musiała wiedzieć. Zaciskałam zęby, gryzłam się w język i nie mówiłam nic. Bo tak naprawdę gówno ją to interesuje! Niech zbiera plotki na swoim podwórku i zajmie się swoimi problemami, których jej nie brakuje.

Jednak trzymanie tego wszystkiego w sobie powoduje, że czasem ma się dość. Zdarzało się, że jechałam do Babci, zamykałam się w ubikacji, puszczałam wodę i płakałam, bo nie dawałam sobie z tym rady. Pamiętam, że jak Dziadek jechał do szpitala i zobaczyłam puste łóżko w jego pokoju też się popłakałam…

Początkowo planowałam, że pojadę do domu w przyszły weekend, a ten tydzień zostanę na miejscu i może uda mi się do końca wyzdrowieć. Jednak po telefonie do Rodziców wiem, że muszę jechać w piątek. Boję się… Po raz pierwszy w życiu tak się boję. Niby było wiadomo, jak się cała historia skończy. Niby można się było przygotować. Ale czy da się na coś takiego przygotować? Już samo patrzenie na Dziadka, który jest przykuty do łóżka i nie może sam nic zrobić i z tygodnia na tydzień robi się coraz słabszy jest dla mnie wystarczająco bolesne. Nikt nie umie odpowiedzieć na pytanie, czy On nas rozpoznaje? Czy jest myślami gdzieś daleko, a my jesteśmy osobami, które przeskakują Mu przed oczami, jak zmieniające się kanały w telewizji? I nie wiem, czy znajdę w sobie dość siły żeby się przy Nim nie rozpłakać. Nawet jak już nie kojarzy, to nie chcę Mu pokazać, że mam świadomość, że to jest pożegnanie… Z drugiej strony, jeśli dzięki temu Jego cierpienia się skończą to tak będzie lepiej…

Nie wiem na ile jechać. Nie wiem czy zostać do końca, czy wrócić? Nic nie wiem. Wiem tylko, że w domu paradoksalnie dostanę coś, czego tutaj nie mam. Uwagę, zainteresowanie, rozmowę. Nikt nie będzie pytał ‚co jest?’, bo odpowiedź na to pytanie jest aż nazbyt oczywista. Nie pomoże godzinny płacz i leżenie w ciemności. A przynajmniej nie na dłuższą metę…

Boję się i to tak bardzo, że nie potrafię tego ubrać w słowa…

569

Standardowy

Po wizycie w kinie na polskim filmie pod tytułem ‚Obława’, moja wiara w polskie kino i istnienie dobrych polskich reżyserów sięgnęła dna. Film był na tyle kiepski, że wymazałam go bardzo szybko z pamięci. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że jeśli w obsadzie jest Weronika Rosati i Marcin Dorociński to zdecydowanie lepiej zostać w domu. Żałowałam każdej wydanej złotówki, nudziłam się jak dawno nie i co więcej, nie mogłam wyjść w połowie tego żenującego seansu, ponieważ nie byliśmy sami. W innym przypadku na pewno bym wstała i ostentacyjnie wyszła.

Po tym incydencie polskie kino omijałam szerokim łukiem. W zeszłą niedzielę w ramach kompletnego lenistwa z mojej strony polegającego na tym, że nie chciało mi się czytać napisów, zdecydowaliśmy się obejrzeć coś polskiego. Padło na ‚Big love’ i ‚Jesteś Bogiem’. Rozpisywać się na temat tych dwóch wybitnych dzieł polskiej kinematografii nie będę, bo szkoda mi czasu i nerwów, ponieważ już na samą myśl o tym podnosi mi się ciśnienie, a puls przyspiesza jak po dobrym treningu.

Tym przydługim wstępem chciałam jedynie ogłosić, że po raz kolejny przekonałam się, że dobre polskie kino to Juliusz Machulski i Roman Polański. I, że z duszą na ramieniu szłam wczoraj na ‚Mój rower’… Film wypatrzyłam w kinie. Zobaczyłam pierwszy raz trailer i nie zachwycił mnie, ani nie zaciekawił. Potem widziałam go coraz częściej w telewizji, w przerwach między jednym blokiem reklamowym a drugim. Czas zrobił swoje i nachalność telewizji też. Zainteresowała mnie muzyka. Delikatna, inna, świeża, zaskakująca, intrygująca i kompletnie nie w moim typie. Skutecznie hamowało mnie jeszcze nazwisko reżysera. Trzaskalskiego kojarzyłam z ‚Edim’, który zrobił na mnie odpychające wrażenie i chciałam podłożyć pod kino bombę żeby w moim mieście nikt już nie musiał tego chłamu oglądać. Jednak czas zrobił swoje. Obejrzany milion razy trailer też. Dokonałam rezerwacji biletów.

Nie będę pisać recenzji filmu, bo nie potrafię. ‚Mój rower’ poruszył mnie do tego stopnia, że jeszcze dwie godziny po wyjściu z kina byłam rozbita i chciało mi się na przemian śmiać i płakać. Rzadko zdarza mi się na jednym filmie płakać ze śmiechu i wzruszenia. Rzadko wychodzę z kina pełna emocji i dumna, że ten film jest polskiego reżysera i jest naprawdę kawałem dobrego kina. Ale kiedy się to zdarzy, umiem to docenić.

Zachwyciła mnie gra aktorska. Żmijewski w końcu mógł pokazać, że jest dobrym aktorem, z porządnym warsztatem i może zagrać coś innego niż doktora-do-rany-przyłóż Burskiego i podpierdalającego na rowerze wokół sandomierskiego rynku Ojca Mateusza. Był facetem z jajami, który nie radzi sobie z życiem i nie potrafi okazywać uczuć, które siedzą gdzieś głęboko w nim. Broniąc się przed tym zakłada pancerz i wyrzuca z siebie przekleństwa. Urbaniak, dla którego ten film był debiutem aktorskim, spisał się na medal. Wszedł w rolę naprawdę głęboko. W jego oczach widać było ból, bezradność, wstyd, ale też radość i dumę. Nie dziwię się, że po skończonych zdjęciach poszedł na terapię… I młody Chodorowski, który przyznam z ręką na sercu, nie wiem skąd się wziął i czy już gdzieś grał, ale dał radę. Zbuntowany nastolatek, wkraczający jedną nogą w dorosłość, nie dający sobie rady z uczuciem do ojca, ale kochający dziadka ponad wszystko. Mimo, że tak bardzo chce odciąć się od ojca, jednak muzyka jest mu bliska i nie rozstaje się ze słuchawkami.

I muzyka właśnie. Dawno nie słyszałam w jednym filmie tyle dobrej muzyki. I mówię to ja, osoba z hermetycznym gustem, niełatwo ulegająca nowym brzmieniom. ‚Mój rower’ doprowadził do tego, że po przyjściu do domu otworzyłam laptopa i przeszukiwałam Internet chcąc znaleźć ‚Arię’ Acker Bilk’a. Ilekroć jej słucham mam przed oczami scenę z filmu: Urbaniak grający na klarnecie i Żmijewski na pianinie, a w oczach pojawiają się łzy… Co więcej zaczęłam zgłębiać dokonania muzyczne samego Urbaniaka i wyławiać kawałki, które są miłe dla mojego ucha.

Postanowiłam, że na Dzień Babci zabiorę Babcię na ten film do kina… Mimo, że jest o facetach i mimo, że nienawidzi Żmijewskiego, wiem że jej się spodoba i wiem, że będzie ocierać ukradkiem łzy podczas seansu…

568

Standardowy

Za nami intensywny weekend obfitujący w atrakcje i nowe znajomości. Na szczęście Margola złapała grypę, więc na imieniny do Ewy i urodziny Marka jechaliśmy sami. Mi to oczywiście było bardzo na rękę, ponieważ nie musiałam siedzieć z kijem od szczotki w dupie i udawać, że nie piję i wychodzić o 22:00. Za to przyjechaliśmy godzinę przed czasem, pomogliśmy Ewie w zastawianiu stołów i wyszliśmy prawie o trzeciej wypijając wcześniej oczywiście morze wina, metaksy i wódki. Rano powitał nas kac-gigant, ale o tym nie będę wspominać.

Same imieniny stresowały mnie nieziemsko z wielu powodów. Mieliśmy być tam najmłodszymi osobami, to raz. Poza gospodarzami i Florczykami nie znaliśmy absolutnie nikogo, a resztę towarzystwa stanowiła śmietanka krakowskiej palestry. Beata, którą miałam polubić okazała się w moich oczach wampirem energetycznym i do końca jej obecności moją rozrywką było wkurwianie jej. Nieskromnie przyznam, że wychodziło mi to nad wyraz dobrze. Natomiast miłym zaskoczeniem okazała się Pani Madzia, która przypominała mi Ulę bez odrostów na pół głowy. Dłuższy czas miałam wrażenie, że ją gdzieś widziałam i nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Niestety, ale takie są skutki pokazywania mi zdjęć kogokolwiek w trakcie trzeciej butelki czerwonego wina. Pamięć odzyskałam dzięki Tomkowi, który spytał mnie, czy to nie jest ta właścicielka galerii. Pani Madzia jest właścicielką galerii, do której mamy iść z Ewą na wystawę fotografii. Jest też jej kuzynką i osobą sprawiającą przemiłe i przesympatyczne pierwsze wrażenie. Przy pożegnaniu zaprosiła nas do swojej galerii i powiedziała, że bardzo chciała mnie poznać. Oczywiście byłam w ogromnym szoku, bo wiem jakie sprawiam pierwsze wrażenie. Ale myślę, że do tego akurat przyczyniła się Ewa, która nie chce się przyznać, że mówiła jej coś na mój temat. Z zaproszenia do galerii na pewno skorzystamy. Raz, że nigdy nie byłam w takim miejscu, a dwa, że w pewnym wieku trzeba zawierać nowe znajomości i je w miarę możliwości podtrzymywać, bo nie wiadomo kiedy się przydadzą.

Zmieniając temat… Po raz kolejny przemyślałam pewną sprawę, prawie zrobiłam drzewko decyzyjne, skonsultowałam się z osobą, której ufam i podjęłam ostateczną decyzję. Koniec z tym. Niech sprawy toczą się po swojemu, ja im przeszkadzać nie będę i nie będę też w nie ingerować. Nie będę nic pisać, bo nie wierzę w szczerość słów, które dostanę w odpowiedzi. I nie boję się też tego, co mogłabym otrzymać w zamian. Taki stan rzeczy jak jest utrzymuje się od paru miesięcy. Nic się nie zmienia. Ja idę do przodu, nie zapominając o dobrych chwilach jakie kiedyś się zdarzyły. Ale wiem, że w przyszłości prawdopodobnie nic takiego nie będzie mieć już miejsca. Z jednej strony szkoda, a z drugiej… Cóż, takie jest życie. Czasem okrutne, czasem zaskakujące, ale trzeba je przyjąć takim jakie jest. A ja cieszę się z tego co mam i uczę się to w pełni doceniać.