576

Standardowy

Odkąd mój blog stał się miejscem prywatnym zaczynam odczuwać spokój. Nie wejdzie tu nikt nieproszony. Nie będzie mnie oceniał. Nie będzie analizował tego, co piszę, rozkładał na czynniki pierwsze i potem wyśmiewał. Co za tym idzie Tomek, któremu ufałam bezgranicznie, także jest wykluczony z tego kręgu. To on podał adres bloga paru niepożądanym przeze mnie osobom. Mimo, że doskonale wie, jak bardzo zależy mi na zachowaniu prywatności i anonimowości. Mimo, że jest to Internet, chcę mieć swoje miejsce w nim, w którym mogę być sobą i pisać o tym, co dla mnie ważne i co czuję.

Od paru ładnych lat moim marzeniem było pisanie i wydanie kiedyś książki. Chciałam spróbować swoich sił u Wydawnictw z materiałem zebranym z bloga. Tomek mnie w tym wspierał. Powtarzał, że mam próbować. Że na pewno kogoś to zainteresuje. Że nic nie tracę. Przestałam w to wierzyć. Dla niego jestem śmieszną emo nastolatką, która nie umie odnaleźć się w dorosłym świecie, a na blogu obraża każdego napotkanego na swojej drodze człowieka. Zabolało. Cholernie zabolało. I przejrzałam na oczy. Nie zaufam mu tak do końca długo. Może nawet nigdy? Może kiedyś wybaczę, że podał ten adres innym osobom. Na pewno nie zapomnę! To tak jakby wbił mi nóż w plecy…

Nie jestem osobą pewną siebie. Walczę ze swoją niską samooceną. Mam masę kompleksów, o których wiem tylko ja i nikt inny, bo wstydzę się o nich mówić. Teraz czuję się jeszcze bardziej śmieszna. i bezwartościowa. Zupełnie jakbym walkę o nową siebie musiała zaczynać od początku. Z tą różnicą, że tym razem bez żadnego wsparcia. Trudno. Dam radę. Muszę być silna dla samej siebie. Zawalczyć o siebie i nie pozwolić się już tak skrzywdzić.

A mój wieloletni związek mogłabym porównać do siebie stojącej na rozdrożu dróg i nie wiedzącej, którą z nich wybrać. Z jednej strony mam nadzieję, że da się jeszcze to uratować. A z drugiej, zastanawiam się czy chcę spędzić resztę życia z człowiekiem, któremu przestałam ufać, i który ma mnie za nic. Ciężko po tylu latach podjąć taką decyzję szybko… Jednak na chwilę obecną wiem, że nie chcę brać z nim ślubu. Pierścionek zaręczynowy też idzie w odstawkę, bo jest dla mnie symbolem czegoś, co już nie istnieje. Kiedy go dostałam byłam szczęśliwa i wiedziałam, że Tomek chciał mi pokazać, że będziemy razem nawet, kiedy cały świat będzie przeciwko nam. Dzisiaj tego nie czuję…

We wtorek spotkam się z Ewą. Głównie potrzebuję Jej pomocy  przy porządkowaniu spraw spadkowych po Dziadku. Może będę miała odwagę żeby powiedzieć Jej co czuję i zapytać, co mam dalej robić. To chyba jedyna osoba w tej chwili, której wiem, że mogę zaufać w pełni…

575

Standardowy

Bardzo długo zbierałam się w sobie, by napisać o tym, co stało się na początku miesiąca. Najpierw było to dla mnie zbyt bolesne. Z czasem nie chciałam do tego wracać żeby nie rozgrzebywać starych, jeszcze niezaleczonych ran. Jednak wiem, że jeśli chcę to zapamiętać, muszę się przemóc i wrócić pamięcią do 3 lutego.

Oglądaliśmy wtedy ‚Poradnik pozytywnego myślenia’. Telefon miałam w kieszenie kurtki, nie pamiętam z jakiego powodu. Po skończonym seansie poszłam po telefon i zobaczyłam, że mam nieodebrane połączenie i dwie nowe wiadomości. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Drżącą ręką odblokowałam klawiaturę i zobaczyłam, że dzwonił Tata. Smsy też były od niego. O 22:04 napisał: ‚z Dziadkiem jest bardzo źle’. A o 23:33 dowiedziałam się, że ‚Dziadek nie żyje’. Zmroziło mnie, zrobiło mi się niedobrze, ręce trzęsły mi się jak nigdy i nie byłam w stanie powiedzieć ani słowa. Pokazałam tylko telefon Tomkowi i zaczęłam płakać. Nie mogłam przestać… Czułam się fatalnie. Chciałam jechać od razu rano następnego dnia do domy, ale Tomek mnie powstrzymał. Bo według Niego, co bym tam robiła. Po prostu bym była…

Od tego dnia zaczęły się moje nieprzespane noce. Z niedzieli na poniedziałek nie spałam nic. Zrobiłam melisę, która nie pomogła. Pamiętam, że odmówiłam za Dziadka cały różaniec. Nie pomogło. Może przyniosło tylko lekką ulgę. Tomek spał obok, zupełnie się nie przejmował tym co czuję i jak się czuję. Zresztą tak jest do dzisiaj. Dla Niego moje zachowanie było na pokaz. Nikt tak nie przeżywał tego jak ja. I oczywiście mam nie porównywać śmierci Dziadka do śmierci Jego Ojca. Zupełnie jakby miał monopol na żałobę i tylko Jemu było wolno przeżywać czyjąś śmierć. Nie umarł mój Tata, ale Dziadek. I może nie byłam z Nim blisko przez całe życie, ale w ostatnich miesiącach byłam przy Nim jak tylko mogłam i pomagałam ile tylko mogłam. Patrzyłam jak walczy z tym cholernym rakiem i wierzyłam, że może być lepiej. Z jednej strony wiedziałam, że trzeba liczyć na cud, a z drugiej Jego ogromna siła walki dawała nam wszystkim nadzieję, że może i będzie lepiej. Niestety nie było…

Na Wigilii był już słaby. Wszedł wtedy w nową fazę choroby. Wieczorem robił się zmęczony, zdarzało się, że tracił kontakt z rzeczywistością. Nie dawał rady sam jeść, trzeba było mu pomagać. Do tego doszła spuchnięta lewa ręka i problem przy próbach przewracania Go na bok. Nie można się było obejść bez morfiny…

Mniej więcej w połowie styczna dostałam telefon od Taty, że z Dziadkiem jest źle i może powinnam przyjechać. Z początku myślałam, że jak zawsze przesadza i wyolbrzymia problem. W momencie, kiedy Mama powiedziała mi to samo wiedziałam, że sprawa jest poważna i nie można jej zlekceważyć. Wsiadłam w pociąg i pojechałam do domu. Miałam zostać tylko na weekend, zostałam na cały tydzień. I to była najlepsza decyzja w moim życiu, jeśli tak mogę ją określić. Spędziłam z Dziadkiem cały tydzień, opiekowałam się Nim, karmiłam, a jak trzeba było po prostu siedziałam z Nim w pokoju i oglądałam telewizję razem z Nim lub czytałam gazety. Wiedziałam, że mówienie sprawia mu trudności, więc ja mu opowiadałam różne rzeczy lub nie mówiłam nic. Ważne było dla mnie to, że byłam blisko Niego. W niedzielę przyszłam się pożegnać. Nigdy nie zapomnę tego jak położył rękę na mojej dłoni, zupełnie jakby wiedział, że już więcej się nie zobaczymy. Powiedziałam, że wracam do Krakowa, ucałowałam Go i zapewniłam, że jak będę przyjeżdżać znów to powiem Babci i Mu przekaże.

Planowałam, kiedy znów Go odwiedzę.  Niestety, w sferze planów to zostało. Od Mamy dowiedziałam się, że Jego ostatnie dni były trudne. Nie chciał w ogóle jeść. Odmawiał nawet picia jogurtów energetycznych, które tak lubił. W piątek i sobotę Mama już spała u Babci. W niedzielę, kiedy dostałam tego smsa znów dostał krwotoku. Nie pomogła zmiana cewnika. On odchodził…

Staram się z tym jakoś żyć. Patrzeć na dobre strony, o ile można takie w tej sytuacji znaleźć. Dziadek już nie cierpi. Jest w miejscu, gdzie jest lepiej. Gdzie nic nie boli. Gdzie może chodzić. Gdzie spotkał się ze swoimi Rodzicami i Bratem i innymi bliskimi, którzy odeszli przed nim.  Co wieczór odmawiam za Niego modlitwę. I liczę, że przyjdzie do mnie i powie, że jest mu tam dobrze i żebym się nie martwiła.

Powiedziałam o tym kiedyś Tomkowi. Że czekam aż Dziadek do mnie przyjdzie. Wyśmiał mnie. I wszystko co mu powiedziałam. Poczułam się głupio. Wstyd mieszał się z zażenowaniem. Chciałam komuś powiedzieć jak ja na to patrzę i w co wierzę, a spotkałam się z kompletnym brakiem zrozumienia i rozczarowaniem drugą osobą. Od tej pory milczę. Wszystko trzymam w sobie. Nie dzielę się tym z nikim. Wierzę, że po drugiej stronie jest lepiej. Tak samo jak wierzę, że Dziadek do mnie przyjdzie. Tylko musi znaleźć na to czas, bo nie tylko ja chciałabym się z Nim spotkać.

Uważam, że jestem szczęściarą. Znałam wszystkich moich Dziadków i połowę Pradziadków. Nie każdy ma tyle szczęścia w życiu. Teraz nie mówię, że nie mam Dziadka. Bo Go mam. Patrzy na mnie z góry i wierzę, że jest zawsze obok i będzie się mną opiekował tak, jak ja opiekowałam się nim. Czasem, gdy czuję się szczególnie samotna zapalam świeczkę i wiem, że wtedy Dziadek jest obok mnie. Ogląda ze mną film, czyta książkę lub czeka aż spokojnie zasnę.

Dziadku bardzo mi tu Ciebie brakuje…! I chciałabym cofnąć czas i przeżyć na nowo te lata, w których nasz kontakt pozostawiał wiele do życzenia…

574

Standardowy

Mam problemy ze snem. I to poważne problemy ze snem…

Dzisiaj miałam kolejną nieprzespaną noc. Fakt, że położyłam się późno, ale liczyłam, że zasnę bez problemu. Po mniej więcej godzinie przekładania się z boku na bok i patrzenia się w sufit wstałam i poszłam czytać książkę. Niestety, nie potrafiłam się skupić na tym, co w ogóle czytam. Odłożyłam ją na bok, bo bez sensu było siedzieć i przerzucać strony, a następnego dnia znów się cofać do momentu, w którym wiedziałam o co chodzi. Robiłam wszystko żeby nie wspomagać się tabletkami, ale niestety nie udało się… Mniej więcej o 4.30 nad ranem połknęłam Persen i wróciłam do łóżka, kontynuować kontemplowanie sufitu. Nie pamiętam, o której zasnęłam, ale na pewno zaczęło robić się widno za oknem…

I poczułam, że wracam do punktu wyjścia. Przypomniał mi się początek lutego, kiedy to całe noce patrzyłam w sufit i liczyłam przejeżdżające pod naszym oknem samochody.  Pomagało tylko połknięcie dwóch tabletek. Mimo tego i tak musiałam długo czekać aż sen nadejdzie. Kończyło się tym, że za oknem robiła się powoli szarówka, a ja wtedy zasypiałam i budziłam się koło południa, niewyspana, obolała i z coraz większymi sińcami pod oczami. Kilkudniowy pobyt w domu pomógł mi na tyle, że łykałam jedną tabletkę i udawało mi się przesypiać noc z mniejszymi lub większymi przerwami na czuwanie. Jednak zdarzały się też dni, kiedy nie brałam nic nasennego i budziłam się dopiero wczesnym przedpołudniem. Chyba wtedy zaczęłam nieśmiało dopuszczać do siebie myśl, że może być lepiej… Niestety nie jest…

Dzisiaj obudziłam się też po koszmarnym śnie. Byłam u Babci w domu. Poszłam do łazienki, spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że pojawia się krew w moim prawy oku. Pomyślałam, że najprawdopodobniej pękło mi naczynko… Tylko, że krwi było coraz więcej i więcej i powoli nie widziałam nic na to oko. Poszłam do salonu, w którym nie wiem czemu leżał Dziadek. Powiedziałam mu, że leci mi krew z oka i z ucha też… I to co się stało potem było mieszanką dziwnych rzeczy… Czułam, że tracę grunt pod nogami i wiedziałam, że za chwilę zemdleję. Osunęłam się jakoś na ziemię i następne co pamiętam to wstającego z łóżka Dziadka i moje zdziwienie, jakim cudem mu się udało. Potem znów chwila czarnej plamy, przyjście Babci i czarna plama… Odzyskałam przytomność na górze. Leżałam na łóżku Dziadka, w jego pokoju, a nade mną pochylała się pielęgniarka. Przejechała mi łyżeczką po oku i zebrała nadmiar krwi, a potem zaczęła je płukać jakimiś kroplami, po których miałam przestać krwawić. Piekło i szczypało i nie wiem jakim cudem trzymałam otwarte oko. Jak skończyła zostawiła mi resztę kropli i kazała aplikować je co wieczór do oczu, tak na wszelki wypadek. Wyszła, a Babcia pobiegła za nią na dół żeby zapytać ile ma zapłacić…

I na tym skończył się ten dziwny sen. Obudziłam się zlana potem, z bolącym okiem i dziwnym uczuciem, którego nie potrafię opisać. Nigdy nie zapamiętałam snu tak dokładnie. I nigdy nie śniłam ze świadomością, że to jest sen, a mimo to nie obudziłam się w połowie. Zawsze, ale to zawsze, gdy uświadomię sobie, że to co dzieje się w mojej głowie jest tylko snem, budzę się. Dzisiaj tak nie było… Czekałam do końca tej historii, zupełnie jakbym chciała poznać jej zakończenie… Nie doszukuję się w tym ukrytych treści czy znaczeń. Staram się patrzeć na to racjonalnie. Mimo tego i tak po wejściu do łazienki spojrzałam w lustro i dokładnie obejrzałam moje oczy…

573

Standardowy

Udało się i po długim rekonesansie i wywiadzie środowiskowym mającym na celu poznanie przeciwnika pierwszy trening z Zuzką Light za mną! Mimo, że dzisiaj jestem obolała i odkryłam parę nowych mięśni, jestem z siebie dumna.

Zuzka jest dla mnie wyzwaniem, ponieważ praktycznie każdy ZWOW ma w składzie pompki. Mistrzem pompek nie jestem i czasy, kiedy to mogłam zrobić i pięćdziesiąt za jednym zamachem odeszły dawno w zapomnienie. Dlatego, wybierając pierwszy ZWOW szukałam takiego bez pompek, co okazało się niemożliwe, i z małą ilością ćwiczeń, które do tego wszystkiego byłyby mało skomplikowane. Brzmi jak wyzwanie? I wyzwaniem było! W końcu udało mi się zawęzić poszukiwania do trzech treningów i wybór padł na ZWOW #5. Ten trening jest treningiem na czas, czyli w ciągu 10 minut powinniśmy wykonać jak najwięcej rund. Zuzka robi cztery, więc i ja postanowiłam zmodyfikować nieco ZWOWa i zrobiłam tyle samo rund, a dodatkowo nieco zmieniłam ćwiczenia ze względu na brak niektórych sprzętów pomocniczych.

Zaczyna się niewinnie, bo od podnoszenia hantli. Ćwiczenia na ręce to coś dla mnie, bo od zawsze miałam z nimi problem. Nie wiem jakim cudem, ale zostały mi w głowie resztki oleju i zostałam przy moich 0.5kg hantlach, co okazało się zbawienne, zwłaszcza w ostatniej serii. Zuzka robiła to ćwiczenie wolniej, bo miała większe obciążenie, więc ja zdecydowałam się na więcej powtórzeń i kończyłam równo z nią.

Następnie jest tzw. ‚mountain climbers’, które Zuza robi przy pomocy piłki. Tutaj wykorzystałam narożnik, ponieważ nie miałam piłki. Zresztą nawet jakbym miała obawiałam się, czy dam radę utrzymać ją w jednym miejscu. Samo ćwiczenie nie jest aż tak straszne, nawet w ostatniej rundzie dałam radę je zrobić, choć nieco wolniej. Puls mi przyspieszył, jak chyba nigdy i mogłam przejść do ‚sumo dead lift’, które też zmodyfikowałam. Podnosiłam moje małe hantle, ale takim samym ruchem, jak Zuzka.

Na koniec prawdziwy killer, czyli burpees. Ucieszyło mnie, że pompka jest robiona do ziemi, czyli byłam w stanie to zrobić. Gorzej było z podniesieniem się i wstaniem. Podskok wykonywałam chyba siłą rozpędu. Od drugiej serii w tym momencie robiłam pauzę, ponieważ mimo wszystko chciałam nadążać za Zuzką. Kryzys miałam w ostatniej rundzie, kiedy to najchętniej zostałabym na tej podłodze na stałe. Jednak jakimś cudem odklejałam się od niej, przechodziłam do pozycji stojącej i podskakiwałam. Mimo, że chciałam, nie miałam siły żeby jednym płynnym ruchem przenieść nogi do klęku…

Po zaledwie 10 minutowym treningu wyglądałam i czułam się jakbym rozegrała mecz w koszykówkę, nie schodząc z boiska ani na minutę. Pot lał się strumieniami, buzia przybrała odcień dojrzałego buraka i nie miałam siły nawet przełknąć wody. Dałam sobie chwilę na odsapnięcie i zastanawiałam się, czy nie zrobić jeszcze Skalpela. Jednak po mniej więcej dwóch kwadransach ręce nadal mi się trzęsły, a zamiast nóg miałam galaretę. Tym samym obaliłam mit, że dziesięciominutowe ćwiczenia nic nie dają i trzeba ćwiczyć co najmniej pół godziny.

W planach mam wykonywanie tego ZWOWa przez kolejne sześć dni, a na następny tydzień wybiorę innego. Co więcej, w te dni, w które czas mi pozwoli, ZWOWa będę robić do południa, a wieczorem Skalpel. Dzisiaj będzie mi towarzyszył Tomek. Ciekawa jestem co z tego wyjdzie, szczególnie, że wieczorem on ma w perspektywie jeszcze tenisa.