582

Standardowy

Temat powracający jak bumerang to oczywiście temat tego, że jadę do domu. Nieważne czy to są Święta, czy mam ochotę spotkać się z Rodzicami. Oczywiście wczoraj znów była powtórka z rozrywki. Zaczęło się od niewinnego pytania, kiedy mam zamiar jechać, a skończyło na awanturze. Bo Tomek ma urodziny i Margoli się przypomniało, że trzeba zrobić obiad. W czwartek żeby było prościej. Nie w środę, kiedy ma faktycznie te urodziny. Nie wiem czemu i nie chcę wiedzieć. Mam po kokardy uginania się od presją, że muszę zostać, bo to czy tamto. Mam dość tłumaczenia się z jakiego powodu chcę jechać do Rodziców. Nie jestem i nie będę niczyją własnością. Nie zapomnę o Rodzicach, bo mam Narzeczonego! Nie przestanę do nich jeździć, bo ktoś ma fanaberie i muszę zostać.

Wiele razy zostawałam, bo musiałam. Ponieważ był niesamowicie ważny powód w stylu ratowanie świata, czy budowa domu dla sierot z Somalii. Nigdy nie usłyszałam ‚dziękuję’, ani ‚fajnie, że zostałaś’. Wtedy mnie to bolało i czasem zniżałam się do tego, by prosić się o to uznanie. Po jakimś czasie zrozumiałam, że nie warto zabiegać o czyjąś uwagę na siłę. Jeśli ktoś nie jest w stanie docenić tego, co robię, to problem tej osoby.

Mam dość przerzucania się argumentami, że On przyjechał na urodziny Mamy, a ja nie zostanę. Nie zostanę. Chcę jechać do domu. Chcę spędzić trochę czasu z Babcią, bo wiem, że tego potrzebuje. Chcę być w domu w Święta i pomóc Mamie w ich przygotowaniu. A jak Tomek tego nie rozumie, to trudno. Nie wiem, jak jeszcze mam mu to wytłumaczyć… Dla Niego moje wyjazdy to fanaberie i widzimisię. Siada sobie na konferencje ze Szmatą, która jeszcze bardziej utwierdza Go w przekonaniu, że to ja jestem tą złą. A potem na Jego twarzy maluje się zdziwienie, bo nie chcę do nich iść. Naprawdę dziwne…

Miałam moment, że myślałam, że okres najgorszej i najcięższej żałoby już za mną. Zaczęłam normalnie przesypiać noce. Nie miałam głupich snów. Jednym słowem w miarę normalnie funkcjonowałam. Jednak nie jest tak kolorowo… Temat wrócił do mnie. Zdarza się, że przed snem myślę o Dziadku i przypomina mi się ostatni raz, kiedy to widziałam Go żywego… Jestem świadoma tego, że tak może być i nie można tego przejść podręcznikowo i skreślać kolejnych zaliczonych etapów. Tylko nie wiem, jak to będzie. Pierwszy raz to przechodzę i nie mam z kim o tym porozmawiać. Mam, ale niestety tylko przez telefon. Zapomniałam, że Babcia jest niezawodna pod każdym względem. Zawsze wysłucha. Nie wyśmieje.

To Jej pierwszej powiedziałam, że Dziadek do mnie przyszedł. Ten sen, kiedy siedziałam z Nią w kuchni i w drzwiach nagle pojawił się Dziadek. Stał tak jak zawsze, tylko ubrany był w ten garnitur, w którym Go pochowaliśmy. I ja zaczęłam krzyczeć, nie wiem czemu, i sen się skończył. Od tej pory nie przyszedł do mnie tak świadomie ani razu. Śni mi się często, ale są to sny nieskładne i dziwne. Babcia ma podobne. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że jednak jestem normalna…

581

Standardowy

Z założenia nie lubię chodzić na bankiety. Stresuję się, że zachowam się nie tak jak wymaga tego etykieta. Stresuję się, że będę ubrana nie tak jak trzeba. Stresuję się, że nie będę miała z kim rozmawiać, poza Tomkiem. Wczoraj po raz pierwszy mu powiedziałam, że nie chcę iść na bankiet i dlaczego. I ku mojemu zdziwieniu, byłam mile zaskoczona Jego odpowiedzią i pełnym zrozumieniem. A, że za późno było na wycofanie się, trzeba było iść.

Zaczęło się, jak zawsze u nas, nerwowo. Margola pomyliła godziny i okazało się, że bankiet zaczyna się godzinę wcześniej. Na szczęście byłam po prysznicu i wiedziałam w co chcę się ubrać. Przynajmniej miałam zarys, bo efekt końcowy był nieco inny. Najbardziej czasochłonne miało być wypastowanie butów i wyprostowanie włosów, po których spodziewałam się najgorszego i jak zawsze w takich sytuacjach, odmowy współpracy. Także, gdy Tomek przyjechał do domu byłam prawie ubrana i gotowa do wyjścia, co można rozważać jako cud i rzecz niespotykaną.

Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na pójście na bankiet było miejsce, w którym się odbywał. Forty Kleparz. Nigdy tam nie byliśmy. Zawsze chcieliśmy iść na jakiś koncert, ale nie mogliśmy się zebrać. Miejsce samo w sobie jest klimatyczne, tajemnicze i urzekające. Dwa bary. Duże toalety, co jest często rzadkością w klubach. Ogromna przestrzeń, na której na początku bardzo łatwo się zgubić. Drewniany parkiet, na którym można skakać i tańczyć do woli i nie traci się przyczepności. I wejście, o które pytaliśmy się taksówkarza, bo sami pewnie chodzilibyśmy w kółko. Nie wiem, jak tam jest w zwyczajny dzień, bo wczoraj wszystko było ustawione stricte po nas i pod bankiet. Jednak wiem, że na pewno tam jeszcze wrócimy, bo dawno żadne miejsce nie zrobiło na nas takiego wrażenia.

A sam bankiet? Zaczął się jak zawsze sztywno. Byliśmy pierwszymi osobami w Fortach. Obeszliśmy wszystko parę razy, pogubiliśmy się przy tym kilkakrotnie i nie było co robić. Ludzie zaczęli się schodzić, a my myśleliśmy, gdzie usiądziemy. I wtedy z pomocą przyszedł Nam Wojtek pytając, czy bar już jest czynny, czy jeszcze nie można pić. Wzięliśmy po lampce wina i odrobinę zaczął ze mnie schodzić stres. Ludzi zaczęło przybywać i powróciło pytanie, gdzie mamy siedzieć. W końcu Margola powiedziała, że możemy z nimi, albo z Maćkiem. Wybraliśmy ich i tutaj pojawiły się schody, bo… Przy stole znalazła się Profesor B. Ale jak Margola nas zawołała to nie było odwrotu. Także siedziałam i patrzyłam smętnie po naszym stole. Margola. Wojtek. Profesor B. Gość z Brazylii, mówiący językiem nowego Papieża. Profesor S., z którym nie miałam wcześniej styczności. I dwa wolne miejsca, które miał zająć kolega Wojtka. Jednym słowem: nuda roku.

Na te dwa wolne miejsca przyszedł w końcu spóźniony Pan Stefan z młodą laską, którą wzięliśmy z Tomkiem za jego żonę.  Stefcio okazał się przesympatyczny i pierwsze wrażenie było jak najbardziej na plus. Żona, która okazała się asystentką siedziała trochę przestraszona i stremowana i nic nie wskazywało na to, że okaże się tak sympatyczną osobą. W pewnym momencie wyciągnęła do Tomka rękę i powiedziała, że sorko siedzimy koło siebie, to powinniśmy się poznać. Potem nastąpiła standardowa rozmowa o wszystkim i o niczym, której prowadzenie o dziwo nie wymagało wielkiego wysiłku.

A muzyka, która z początku była tylko tłem robiła się coraz głośniejsza i głośniejsza, aż w końcu ludzie zaczęli nieśmiało zaglądać na parkiet. Wiedziałam, że będą tańce, ale z powodu żałoby wiedziałam też, że nie będę tańczyć. Pierwotny plan był taki, że Tomek miał bawić się z Magdą, a ja będę sobie siedzieć przy stole i może ktoś będzie mnie zabawił rozmową. W praktyce wyszło inaczej. Oni poszli tańczyć, ja poszłam do toalety i w drodze powrotnej zamiast iść na naszą salę, dotarłam na parkiet i zostałam już na nim. Efekt końcowy był taki, że tańczyłam prawie cały czas aż do północy i może głupio i płytko to zabrzmi, ale nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się wolna, szczęśliwa, bez zmartwień. Nie przejmowałam się, że ktoś z Instytutu będzie na mnie krzywo patrzył. W końcu dotarło do mnie, że co nie zrobię i tak będę na świeczniku, a ludzie i tak będą gadać, mimo że nie znają prawdy.

Ten wieczór był wyjątkowy i udany dzięki Magdzie. Naprawdę, gdybyśmy jej nie poznali, pewnie byśmy wyszli zaraz po deserze. Dzięki niej wszyscy bawiliśmy się jak dawno nie. Wypiliśmy morze wina, rozmawialiśmy absolutnie o wszystkim i czułam jakbyśmy znały się od lat. Później usłyszałam od paru osób pytania, czy my się z Magdą znaliśmy wcześniej. I nikt nie chciał uwierzyć, że poznaliśmy się dopiero wieczorem, bo wyglądaliśmy jak starzy znajomi z jednego liceum.

Pewnie nigdy się już z Magdą nie spotkamy, ale zostanie w mojej pamięci na zawsze. Po raz pierwszy w życiu spotkałam kogoś z kim poczułam więź od razu. Coś kliknęło, mówiąc kolokwialnie. I to z dwóch stron, bo ona miała takie same odczucia. I to spotkanie sprawiło, że ponownie uwierzyłam w ludzi. W to, że można spotkać kogoś wartościowego, z pozytywną energią, z kim można się zaprzyjaźnić z marszu. Żegnałyśmy się pod hotele z nadzieją, że jednak może kiedyś jeszcze nasze drogi się przetną…

Na długo ten bankiet pozostanie w mojej pamięci. Z wielu powodów. Przez spódnicę, w której nie da się tańczyć i muszę ją podwijać. Przez Stefcia, którego marynarka fruwała po sufitem i przez jego ‚daj pyska’ na do widzenia. Przez Tomka i Magdę, dzięki którym wybawiłam się jak na regularnym weselu.

580

Standardowy

W sobotę czułam się gorzej niż fatalnie. Wszystko przez to, że znów potraktowałam swój żołądek jak śmietnik i zjadłam masę rzeczy, których nie powinnam. Zaczęło się od sosu aioli, który zrobił Wojtek. Potem u Państwa P. chipsy i pizza. A wszystko to okraszone winem w zdecydowanie zbyt dużej ilości. Rano podjęłam decyzję, że przez jakiś czas nie będę pić więcej niż cztery lampki wina. Lubię wino, ale jeszcze bardziej zależy mi na doprowadzeniu swojej sylwetki do wymarzonego stanu. Jestem w stanie nie pić piwa od początku roku, więc z ograniczeniem wina też nie będzie problemu. A drugie z moich postanowień, to nie jeść śmieciowego żarcia u innych. Niech stoły się uginają do chipsów, paluszków, krakersów i pizzy. Ja muszę być silna i nie dać się pokusie, która sprawi, że przez moment będę się czuć szczęśliwa, a w nocy zamiast spać, będę się budzić co godzinę i czuć w ustach niesmak.

Co do wizyty u Państwa P. Nie chciałam tam iść. Niestety, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będę musiała. Tomek podjął decyzję, a ja nie chciałam się kłócić. Jeszcze próbował mnie namawiać na przystanku autobusowym żebym z Martą porozmawiała i sobie wyjaśniła pewne sprawy. Nie zamierzam. Od początku miałam ją na dystans. Czuję, że jest nieco fałszywa w stosunku do mnie. Parę razy powiedziała mi coś niemiłego, co mnie zabolało i niestety, ale zapamiętałam to. Do tego dochodzi fakt, że czytała mojego bloga, a potem analizowała każde słowo z Tomkiem. Przełknęłam to już i staram się o tym zapomnieć. Może mnie nazywać hejterem i socjopatką, ale to ona wczoraj jechała po Karolu i Narzeczonej jak po łysej kobyle. Ja napisałam swoje odczucia i wyszłam na zołzę. A ona ma prawo w imię czego? Bo nikt nie przeczyta? Bo tylko mówi? A może nadal żyje w błogiej nieświadomości i myśli, że nie wiem, że zagląda tutaj? Może zaglądać. Na szczęście nie dowie się niczego, czym mogłaby mi zaszkodzić. I ta myśl pomagał mi przetrwać ten wieczór. Co jakiś czas uśmiechałam się do siebie w myślach i powtarzałam, że ona już nic więcej nie przeczyta.

Tomek się stara. I to bardzo. W Dzień Kobiet wstał i poszedł z samego rana po kwiatki dla mnie i po świeży chleb do piekarni. Wczoraj stanął po mojej stronie, mimo że go o to nie prosiłam. Zrobił to sam z siebie, bo jak stwierdził ;nie będę przez nikogo płakać’. Nie chcę się jeszcze cieszyć i mówić pod nosem, że jest dobrze. Widzę, że idzie ku dobremu i wiem, że masa pracy jeszcze przed nami również…

579

Standardowy

Cofnęłam się z ciekawości odrobinę wstecz, przeczytałam stare wpisy i okazało się, że znów miałam rację. Życzliwi nazywali to hejowaniem ludzi i jechaniem po bandzie. Czas pokazał, że miałam rację. A to co pisałam, nie było niczym innym jak opisaniem rzeczywistości widzianej moimi oczami. Rzeczywistości, która zaczyna być coraz bardziej prawdziwa i realna.

Boli mnie tylko fakt, że moje pisanie jest krytykowane, wyśmiewane i niesprawiedliwie oceniane. A jak Życzliwi zbiorą się przy stole i jadą po Karolu jak po łysej kobyle to jest dobrze…

Skoro o Karolu mowa… 13 kwietnia stanie się w końcu upragnionym Mężem swojej Żony i będzie mógł odhaczyć tak ważny punkt na jego liście, jakim jest seks. Bo niestety, ale wszystko wokół tego się kręci. Zaczynając od zaręczyn, a na ślubie kończąc. Mimo naszych usilnych starań Karol milczy jak zaklęty i nie chce powiedzieć ani słowa o nocy poślubnej. A dam sobie rękę uciąć, że na pewno już snuje plany, zaciera rączki z zadowolenia, a w głowie bierze Żonę w absolutnie każdej pozycji, jaka została zilustrowana w Kamasutrze. Powinien jeszcze do tego dodać satynową pościel, świece, płatki róż i kominek. Wtedy będzie więcej niż idealnie. A jako lekarz zapomina o tak ważnym punkcie programu jak dziewictwo Żony, które jest równoznaczne z tym, że noc poślubną można spisać na straty. Chyba, że będzie to pierwszy przypadek w historii, kiedy dziewica będzie mieć wielokrotny orgazm i podczas stosunku nie będzie odczuwała nawet przez ułamek sekundy bólu. Na drugi dzień wstanie rześka jak skowronek i dalej będą mogli sprawdzać, czy Kamasutra daje radę.

Jednak zanim do tego dojdzie czeka nas ślub i wesele. I naprawdę cieszę się, że mam żałobę i będę mogła jej użyć jako wymówki w sytuacji, gdy zabawa okaże się beznadziejna, na stole będzie brakować jedzenia, a wódka okaże się być ciepła i absolutnie nie do picia.

Ślub jak wiadomo ma się odbyć na Wawelu. Zupełnie nie wiem, czemu dziwi to wszystkich w koło. Żona miała kaprys, to Karol go spełnił. Oczywiście ani słowa nie powiedział o tym, ile taka przyjemność kosztuje. A szczegóły mają być dogadywane już teraz. W tej sytuacji można wybrać jedną z dwóch szkół. Wierzyć ślepo, że ‚co łaska’ w kopercie załatwi sprawę, a ksiądz nie zajrzy w kopertę i na jego ustach nie pojawi się grymas niezadowolenia z powodu zbyt małej ilości banknotów. Albo, co jest dla mnie bardziej prawdopodobne, Karol będzie musiał skorzystać z usług Providenta, bo tylko on będzie w stanie pokryć koszty ‚co łaska’. Jednak nie oszukujmy się, to nigdy nie ujrzy światła dziennego i nigdy nie dowiemy się ile kosztował ślub na Wawelu.

Druga ważna sprawa przy okazji ślubu to świadek. I oczywiste jest dla mnie, że jak Karol ma siostrę i brata to wybierze któreś z rodzeństwa. Nie. Ten ślub zaprzecza wszelkim oczywistościom. Żona wybrała swoją siostrę, więc Karol nie może poprosić swojej, bo jak by to wyglądało, że na Wawelu dwie kobiety będą stać za Parą Młodą. Brata z niewiadomych przyczyn też nie poprosił. Więc udał się z wizytą po kolędzie do kolegów. Królik odmówił, bo w jego oczach to wszystko jest bez sensu, na siłę i spieszą się niepotrzebnie. Marcin, który zaskoczył mnie i zaimponował, co sprawiło, że awansował w rankingu z Debila na Idiotę, też odmówił podając te same powody. Do Tomka i Marcina nawet się nie udał, bo chyba odpowiedź znał zanim zadał pytanie. Więc kto został? Michał! Z towarzystwa wzajemnej adoracji. On już przetarł szlak, on już wziął ślub, on wypiął się na wszystkich, więc będzie Karola głaskał po głowie i przytakiwał we wszystkim. Lepszego świadka nie mógł sobie wymarzyć. I on także będzie organizował wieczór kawalerski. Zdalnie. Z Niemiec. Jak dobrze, że mnie ominie ta impreza. I wieczór panieński też. A z zaufanego źródła wiem, że będzie na nim moc atrakcji.

Jednak patrząc wstecz to wybór świadka jest jak najbardziej uzasadniony. Michał zapraszał singli bez osoby towarzyszącej. Karol robi dokładnie to samo. Michał sam kupił alkohol, którego było za mało i Karol robi to samo. Michał nie poszedł na kurs tańca, bo po co i Karol wychodzi z tego samego założenia. Takim drobnym i nieważnym szczegółem jest w sumie fakt, że Karol był pierwszy do krytykowania ślubu i wesela Michała…

Kwestię mieszkania po ślubie powinnam przemilczeć. Początkowo mieli mieszkać u rodziców Karola, w jego skromnym pokoju, w którym po zrobieniu kroku spotyka się ścianę. A jak stanie się na środku i wyciągnie w bok obie ręce to też można dotknąć ściany. Super, nie? I potem z nieba spadła im Ruda Flama Weronika, która ma mieszkanie, które przynosi same straty. Tutaj muszę zaznaczyć, że ja jestem naprawdę dziwna, bo nie wiem jak w Krakowie można mieć mieszkanie, które przynosi straty?! Więc Flama zaoferowała im swoje mieszkanie na rok, a oni mają płacić tylko czynsz i media. Każdy by wziął z pocałowaniem w rękę. Tylko, że Karol to nie każdy! On to przeliczył i ta przyjemność kosztuje dziesięć tysięcy rocznie! I nie docierają do zakutej pały racjonalne argumenty, że z mieszkaniem samemu wiąże się milion tysięcy rzeczy, które są bezcenne i których nie da się przeliczyć na pieniądze. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Żona twierdzi, że nie wiedzą, czy będą tam mieszkać. Bo może to mieszkanie jest brzydkie i niepomalowane i przed remontem? A łazienka jest obleśna? A kuchnia stara? Także ja przyjmuję zakłady i mówię głośno, że oni tam nie będą mieszkać. Atrakcyjniejsze jest mieszkanie z rodzicami, brak prywatności i intymności i wizja, że w ciągu roku odłoży się pieniądze na własne mieszkanie.

Także w kwietniu czeka nas moc atrakcji. Zacznie się od stania w Katedrze, wspinania się pod górę, a skończy na prawdopodobnie biednym obiedzie z ciepłą wódką. Na szczęście na wszystko mam plan awaryjny. Na sam ślub idę w płaskich butach, bo nikogo nie zabiłam żeby męczyć się w obcasach. A jak wesele będzie do dupy to najzwyczajniej w świecie wyjdziemy i powiemy, że ja mam żałobę i i tak nie tańczę, więc sorry Gregory.

578

Standardowy

Ostatnio zastanawiałam się skąd u mnie wzięła się miłość do butów? Może to jest normalne, bo jestem kobietą, a każda kobieta uwielbia buty?

Pierwsze moje wspomnienie z butami w roli głównej jest z dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze u Babci. Miała i w sumie nadal ma w salonie otwierane pufy, w których trzyma buty. Jak byłam dzieckiem uwielbiałam tam zaglądać i przymierzać przed lustrem Babci buty. Oczywiście cała zabawa się skończyła w momencie, gdy zobaczyła co robię. Pamiętam jak tłumaczyła mi, że nie mogę nosić jej butów, bo je zepsuję. Jednak byłam kreatywnym dzieckiem i potrafiłam sama sobą się zająć i wymyśliłam zabawę w sklep z butami. Wyjmowałam je wszystkie i ustawiałam koło kominka. A potem sama byłam kupującym i sprzedającym i o każdej parze wymyślałam jakąś historię.

Z tych zabaw z okresu dzieciństwa został mi szacunek do butów. Każdą parę przechowuję w pudełku. Dbam żeby były czyste. Po skończonym sezonie impregnuję, pastuję i chowam do pudełka. Nie niszczę butów podczas ich noszenia, co jest dla wielu osób dziwne i niespotykane. Nadal mam buty ze studniówki, które z powodzeniem zakładam i nic im nie dolega. Żółte baletki, które kupowałam z Zosią na zasadzie ‚będzie zabawnie, jak będziemy miały takie same buty’ nadal są w idealnym stanie i za nic nie chcą się znosić. A naprawdę ich nie oszczędzam i w okresie letnim noszę codziennie, bo są tak wygodne. W związku z tym, że nie niszczę butów kupuję zwykle na przecenach lub w Deichmannie, który ma opinię taniej sieciówki z marnej jakości butami. A mnie najzwyczajniej w świecie jest szkoda wydać mnóstwo pieniędzy na skórzane i markowe buty tylko po to żeby były trwałe. Może jestem dziwna, ale wolę mieć dużo tańszych, niż mało droższych. Zauważyłam też, że mam o wiele więcej par letnich butów, niż tych na zimę. To chyba wynika z faktu, że kozaki są dla mnie tak ważne, że inwestuję w porządne, skórzane i takie na lata.

Często chodząc ulicami miasta patrzę na buty u innych. Drażnią mnie dziewczyny w Emu, które mają wykrzywione pięty, a buty są tak brudne i zasolone jakby należały do bezdomnego z dworca. z politowaniem patrzę na dziewczyny, które  zakładają niebotycznie wysokie szpilki i nie umieją w nich poprawnie iść. Nie mogę też patrzeć na kobiety chodzące w butach ze zdartymi flekami.

Lubię buty. Lubię mieć ich dużo. Lubię je przymierzać. Lubię się nimi tylko zachwycać. Chciałabym mieć specjalną szafę, w której mogłam poukładać wszystkie swoje pudełka w widoczny sposób.

Marzy mi się mieć jedną parę butów z czerwoną podeszwą. Wiem, że w tym momencie są one dla mnie finansowo nieosiągalne, ale marzenia są po to, by je spełniać. Pewnie gdybym je kupiła głównie leżałyby w pudełku, bo szkoda byłoby mi je założyć na nasze nierówne i krzywe chodniki. Ale na jakieś wesele na pewno bym je ubrała i niby przypadkiem tak machała nogą żeby każdy mógł zobaczyć czerwoną podeszwę.

Mam już wypatrzone w ulubionym sklepie kilka par, które bym chętnie widziała w mojej szafie. Na pewno są wśród nich nude i żółte żarówki. I chciałabym znaleźć gdzieś identyczne espadryle jak miałam. Niestety po paru dobrych latach noszenia rozwalił się koturn i nie da się w nich chodzić. Mimo to nadal trzymam je w szafie, bo nie mam serca ich wyrzucić do kosza.