587

Standardowy

Już miałam nadzieję, że Szmata zniknęła z naszego życia tak szybko, jak się w nim pojawiła. Był długi okres ciszy i spokoju. Jak się okazało za długi… Płakać mi się chce, jak tylko zdaję sobie sprawę, że Szmaty nigdy się nie pozbędę…

W niedzielę siedzieliśmy wieczorem w domu. Piliśmy wino i oglądaliśmy ‚Kilera’. I nagle zadzwonił telefon. Mąż Szmaty. Z pytaniem, czy nie wpadniemy do nich. I oczywiście ze strony Tomka było pytanie retoryczne, bo z góry było wiadomo, że On podjął decyzję, a ja nie mam nic do gadania. I ma w dupie co czuję i jak się czuję. Poszłam, bo nie mam ochoty na kolejne awantury z jej powodu. Zrobiłam dobrą minę do złej gry i starałam się nie przejmować jej gadaniem na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia. Patrząc z perspektywy dwóch dni chyba w końcu udało mi się być chłodną i zdystansowaną, ale nie niemiłą. Przyszłam, napiłam się wina, zjadłam trochę sałatki i powiedziałam, że idziemy zaraz po tym jak pojawił się tekst ‚a jutro poniedziałek i znowu do roboty’. Zawsze mam ochotę w takim momencie zapytać, czy to jest znak dla Nas żebyśmy szli, czy pierdolenie głupot, czy może podkreślenie, że wy pracujecie, a My nie? Jednak dałam spokój i zebrałam się do wyjścia. Za długo i tak tam siedziałam i się męczyłam.

Liczę, że po tej wizycie będzie znów cisza i spokój na dłuższy czas. Mam po dziurki w nosie Szmaty i jej zakłamania, które widzę tylko ja, bo Tomek ma klapki na oczach i widzi w niej uosobienie wszelkich cnót. Mówi na mnie, że nienawidzę świata, bo skomentowałam tutaj zaręczyny Karola. A co ona robi? Jeździ po nim jak po łysej kobyle przy każdej okazji. I robi się w tym coraz bardziej niemiła, wręcz chamska. I ona ma do tego prawo?! Powiedziałam Tomkowi, że przesadziła w swoim gadaniu. W odpowiedzi była cisza. Myślę, że jakbym jej powiedziała żeby skończyła swoje teksty, bo nie zna go na tyle żeby się o nim aż tyle wypowiadać i na tym etapie trzeba im tylko życzyć szczęścia, to by mnie nie poparł. Zostałabym sama na placu boju. 

 

Dlatego obrałam inną taktykę. Temat Szmaty omijam szerokim łukiem. Dla mnie ona nie istnieje. Jest jak zepsute powietrze, które czasem zawiewa do nas wiatr, a które zniknie równie szybko. Nie mówię o niej nic. Ani dobrze, ani źle. Nauczyłam się, że przez nią i rozmowy o niej wybuchają kolejne awantury, na które ja nie mam siły. Nie będę zmuszać Tomka żeby przejrzał na oczy i zobaczył w końcu jaka ona jest. Nie widzi, Jego problem. Z doświadczenia wiem, że przyjdzie taki dzień, w którym On powie, że po raz kolejny miałam rację.

A do tego czasu staram się jakoś sobie z tym wszystkim radzić. Nie myślę o niej jak nie muszę. Jednak nie zapominam tego wszystkiego co mi zrobiła. Czytania bloga i wyśmiewania się ze mnie. Oceniania moich relacji z Dziadkiem w sytuacji, kiedy gówno o nich wiedziała i gówno będzie wiedzieć. Głupia suka potrafiła pisać Tomkowi dzień w dzień, że po co ja siedzę w domu. Że na pewno jest ktoś, kto się może Dziadkiem zaopiekować. Że widzi jak bardzo się Nim opiekuję, bo na Facebook’u napisałam ‚wyprzedaże w Carry’. Miałam ochotę iść do niej i wykrzyczeć jej to wszystko w twarz. Jeszcze napluć i uderzyć z całej siły. Nikt nie wywołuje we mnie tak negatywnych emocji jak ona. Szmata. Bo na nic lepszego z moich ust nie zasługuje. Bo nienawidzę jej z całego serca i chciałabym żeby zniknęła z mojego życia raz na zawsze.

586

Standardowy

 

Dawno nie oglądałam koszykówki w telewizji, a jeszcze dawniej na żywo. Skusiłam się, ponieważ TVP stanęło prawie na wysokości zadania i zadbało o transmisję. Prawie, bo transmisja była w TVP Sport. Nie na dostępnej dla każdego Jedynce czy Dwójce. Jednak należy chylić czoła, bo to i tak krok milowy w rozwoju tej stacji. Dawniej transmisja na żywo z meczu była rozpatrywana w kategorii święta, bo przecież to piłka nożna jest sportem narodowym i tylko ją trzeba oglądać i nią się ekscytować i podniecać.

Czemu nigdy nie oglądałam meczy w telewizji? Bo natychmiast moje ciśnienie osiągało wartość krytycznie wysoką z powodu niewiedzy komentatorów! Ich błyskotliwe komentarze pominę milczeniem, bo naprawdę szkoda mi palców na wspominanie o tym. Dzisiaj wyjątkowo skupiłam się na kibicowaniu Wiśle i zaciskaniu kciuków szczególnie mocno, gdy zremisowały i wyszły na prowadzenie. Niestety, Polkowice były lepsze i po raz pierwszy od ich awansu do ekstraklasy, który de facto doskonale pamiętam, zdobyły upragniony tytuł Mistrzyń Polski. I teraz nastąpi krytyka komentator, a zaraz potem samych koszykarek i kibiców z Krakowa.

Komentatorem był Ryszard Łabądź. Nie znoszę gościa odkąd pamiętam. Nie zna się na koszykówce, gada od rzeczy, myli nazwiska. Powiedzmy, że to wszystko jest w miarę do wybaczenia. W końcu ważniejsze jest samo widowisko sportowe. Ale w momencie, gdy zaczyna się zafałszowanie historii i wychodzi na jaw jego niewiedza i brak przygotowania do tematu, ja dostaję jasnej cholery i mam ochotę rzucić pilotem w telewizor! Faktem jest, że od lat Mistrzostwo było w Gdyni, a potem powędrowało do Krakowa. Jednak w przeszłości liczyły się inne drużyny, o których pan Łabądź nie pamiętał. Wymienił tylko łódzki ŁKS. A potem zaczęły się perełki. Według tego pana w 1992 roku Mistrzostwo Polski zdobyła Ślęza Wrocław. Kurwa mać! Ja rozumiem, że Pabianice są małym miastem i zniknęły ostatnio z koszykarskiej mapy Polski, ale w 1992 roku to właśnie tam powędrował tytuł Mistrzyń Polski. Podobnie jak trzy lata wcześniej. A Ślęza zdobyła tytuł mistrza w 1987 roku. Subtelna różnica! I może nie skoczyłoby mi tak ciśnienie, gdyby obok niedouczonego Łabądzia nie siedziała Patrycja Czepiec, która zdobyła w koszykówce wiele i powinna przerwać matołowi i powiedzieć, że zapomina o Pabianicach. 

Inna sprawa to koszykarki. Rozumiem, że srebro nie jest szczytem marzeń i jest rozpatrywane w kategoriach porażki, ale żałobne miny i łaska przy odbieraniu medali to chyba trochę za dużo? Zejście z parkietu zaraz po tym jak się odebrało puchar i medale to już dla mnie brak szacunku dla drużyny przeciwnej. Zabrzmię teraz jak stara, marudząca baba, ale pamiętam jak chodziłam na mecze i Polfa zdobywała srebro, przegrywając 4:0 z Lotosem i mimo to dziewczyny cieszyły się jakby wygrały złoto i miliard na loterii. Nie wspominając o tym, że nie było schodzenia do szatni zaraz po odebraniu medali. Były zdjęcia z kibicami. Były uściski z drużyną przeciwną. Było oddawanie koszulek. Było pozowanie do zdjęć. A teraz? Zupełnie jakby zrobiły łaskę, że odebrały srebro i puchar i ustawiły się do zdjęcia. Ja wiem, że porażka boli. Szczególnie jak było się na prowadzeniu i miało się szansę wygrać. Ale to jest sport i tutaj wszystko może się zdarzyć. I mimo przegranej powinno się okazać szacunek dla wygranych…

Jednak jaka drużyna, tacy kibice. Spotkanie było przerwane raz, bo krakowscy kibice zaczęli skandować inwektywy pod adresem dziewczyn z Polkowic. Za moich czasów nie spotkała się z takim zachowaniem. Nigdy! Owszem śpiewało się ‚szare koszule to żule’, czy też nawet ‚sędzia chuj’, ale nigdy nie było obrażania drużyny przeciwnej. Może jestem niepostępowa, ale w głowie mi się to nie mieści. Nie o to chodzi w sporcie… I jeszcze zachowanie na sam koniec, też kibiców krakowskich, które sprawiło, że ręce mi opadły niżej niż do samej ziemi. Koszykarki z Polkowic były wygwizdane od momentu wręczania złotych medali, aż do pozowania do zdjęć. Na miejscu prezesów i działaczy z Krakowa spaliłabym się ze wstydu… 

Jak teraz na to patrzę w miarę chłodnym okiem nie żałuję, że przestałam chodzić na mecze. I nie wiem, czy w nowym sezonie zacznę znów pojawiać się na hali. Mimo, że miałam takie plany. To, co zobaczyłam dzisiaj zrobiło na mnie tak negatywne wrażenie, że nie mam zamiaru być częścią koszykarskiej społeczności. Kiedyś wyjście na mecz było okazją do spotkania znajomych, zdarcia gardła od kibicowania, zrobienia sobie zdjęcia z utytułowanymi zawodniczkami przyjezdnymi i zawierania nowych znajomości. Do dzisiaj z łezką w oku wspominam kibiców z Wrocławia. Miałam tam masę znajomych. W pewnym momencie doszło do tego, że jeździłam do Łodzi na mecze i Polfy i Ślęzy, bo było mi mało. Podczas wyjazdu do Wrocławia to właśnie chłopaki z Klubu Kibica pomogli nam bardziej niż nasi działacze, którzy nawet nie kiwnęli palcem żeby załatwić nam darmowy wstęp. W ramach rewanżu i pokazania im gestu Kozakiewicza siedziałyśmy w sektorze Ślęzy.

Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność… Tak samo jak chciałabym móc się cofnąć do tych czasów. To zdecydowanie był jeden z najlepszych, najfajniejszych, najciekawszych i najszczęśliwszych okresów w moim całym życiu! I po dzisiejszym meczu wiem, że to już nie wróci. Zmieniło się wszystko. Łącznie ze mną i moim podejściem do tego sportu…

 P.S. Zapisałam się na warsztaty z Ewą w Krakowie. Jutro z samego rana zrobię przelew. Boję się i jestem podekscytowana na przemian. Jedne warsztaty już opuściłam i teraz odczytałam to jako szansę daną mi drugi raz. I będę tam choćby nie wiem co! I dam z siebie wszystko, mimo potu lejącego się strumieniami po tyłku i plecach.

585

Standardowy

Przyznaję z ręką na sercu, że jakby mi ktoś powiedział, że wyciągnę na zgodę rękę do Michała – wyśmiałabym. Taka sama reakcja byłaby na stwierdzenie, że się z nimi w ogóle pogodzę. A jednak życie jest zaskakujące i nawet ja nie znam siebie tak dobrze, by wiedzieć coś na pewno. I oczywiście ‚nigdy nie mów nigdy’ zawsze aktualne.

Zaczęło się tak jak myślałam. Grzecznie odpowiedziałam na przywitanie rzucone przez Michała. Kaśkę ignorowałam ile się dało. Nawet wtedy, gdy stanęła za nami w kolejce do składania życzeń. Podczas trwania wesela miałam moment, że powiedziałam do Tomka, że jakby nie było Kaśki obok Michała to bym podeszła do niego i przegadała cały konflikt, który między nami był… Jednak nie byłam zdecydowana żeby to zrobić. Wewnętrzna duma mi nie do końca pozwalała. Przecież ja nigdy nie wyciągam pierwsza ręki!

Pierwsze lody pękły, gdy wróciłam z toalety i zobaczyłam, że Tomek rozmawia z Michałem przy naszym stoliku. Z pomocą przyszedł mi wtedy niezawodny Marcin, któremu opowiadałam jakieś głupoty, byleby tylko nie pokazać, że obecność Michała w pobliżu w jakikolwiek sposób mnie interesuje. I właśnie podczas tej mojej gadki-szmatki Michał zagadnął. Coś mu tam grzecznie odpowiedziałam żeby nie wyjść na chama i wróciłam do Marcina. I wtedy po raz drugi miałam myśl, że może to jest ten czas? Ten moment?

Ostatecznie schowałam dumę w kieszeń w momencie, gdy poszliśmy porozmawiać z Kamilem. Michała, z racji tego, że był świadkiem kręcił się w pobliżu i nie dało się go ignorować. Nalałam sobie kieliszek wódki, podeszłam do Kaśki i Michała i spytałam, czy możemy się napić na zgodę. I poszło…! Morze wylewanych łez ukradkiem z Michałem, wytłumaczenie sobie wszystkiego i radość, że wszystko jest jak dawniej. I najlepsze w tym wszystkim było to, że poczułam ulgę jak dawno nie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak głęboko to we mnie siedziało i tak mi ciążyło. Mamy z nimi masę fantastycznych wspomnień i naprawdę szkoda mi teraz tych dwóch lat, które straciliśmy przeze mnie… Najważniejsze jest jednak to, że przeszłość poszła w zapomnienie, nadal się kochamy i uwielbiamy i mamy nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa mimo kilometrów, które nas dzielą…

Dzięki temu wesele przeleciało nie wiadomo kiedy. Zapomniałam już, że Michał zawsze i wszędzie dba o swoich gości i o to, by kieliszek nie był pusty. Szkoda, że oni pili wino, a ja wódkę i w efekcie mam parę luk, których nie potrafię wypełnić wspomnieniami. Oczywiście musiałyśmy z Kaśką coś odwalić i jesteśmy nagrane na kamerze jak tańczymy na zmianę z Kamilem. Nagraliśmy życzenia dla Młodych, których treści nie pamiętam ani ja, ani Tomek. Było też sikanie razem z Kaśką, mimo że cztery inne kabiny były wolne. było oglądanie blizny po cesarce. Był tradycyjny i uroczy zgon Kaśki, połączony z zaśnięciem przy stole z kieliszkiem wina w ręce. Była i masa innych miłych chwil, których mogłoby nie być.

Zapamiętam to wesele też z innego powodu. Marcin, który chyba ze sto razy powtórzył, że to jest fantastyczna sprawa, że pogodziliśmy się z Michałem. Karol, którego słowa ‚nie wierzyłem własnym uszom i oczom jak zobaczyłem, że rozmawiasz z Michałem’ zostaną w mojej pamięci na zawsze. I prawdziwe słowa Michała, który powiedział coś co czułam, a czego bałam się powiedzieć głośno. To są nasi przyjaciele. Mimo, że nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które zrobili w życiu. Mimo, że Kaśka pozornie nie jest z mojej bajki, ale paradoksalnie zawsze mamy o czym rozmawiać i co robić. Tylko z nimi mogę rozmawiać o wszystkim i mogę im powiedzieć wszystko bez skrępowania i oporów. I prawdą jest, że jeśli o kimś nie mówię, to nie znaczy, że nie mam go w sercu. Ich miałam i wstydziłam się do tego przyznać. Nawet sama przed sobą. A teraz piszę to i jestem z siebie cholernie dumna. Bo odzyskaliśmy przyjaciół. Bo po raz kolejny świetnie się razem bawiliśmy. Bo schowałam dumę w kieszeń, wyciągnęłam rękę i nie żałuję tego. Tak samo jak nie żałuję, że była ta kłótnia. W pewien sposób nam pomogła. Tak samo jak ich wyjazd do Niemiec. Zmienili się na plus. Oboje. Kaśka nie jest tak zazdrosna o Michała. A on w końcu przejrzał na oczy i widzi, że życie nie jest usłane różami. Może to mało, ale według mnie to ogromna zmiana na plus.

Naprawdę się cieszę. Tak szczerze. Z całego serca. Całą sobą. I z optymizmem patrzę w przyszłość. Bo wiem, że jak się chce to można. I wiem, że mimo, że mam ciężki charakter to nie tracę na tym ja, tylko osoby, które mnie skreślają po pierwszym niepowodzeniu na drodze ku bliższemu poznaniu. Za to Ci Michał bardzo dziękuję, zapamiętam te słowa do końca życia!

 

584

Standardowy

Do ślubu coraz bliżej. Z upływem czasu moja niechęć do tego wydarzenia rośnie żeby w sobotę osiągnąć wartość graniczną. Zastanawiam się poważnie nad wypiciem melisy i włożeniu do torebki opakowania Persenu. Chociaż, czemu ja mam się kimś przejmować? Idę, bo muszę. Jak będzie zabawa do dupy to wyjdę wymawiając się żałobą. Jak będzie orkiestra do niczego i nie będę miała ochoty na tańce, użyję tego samego argumentu. Nie lubię się tak zasłaniać, mówić komuś nie związanemu ze mną o moich osobistych przeżyciach, nie lubię tej głupiej miny w zamian i szukania na siłę czegoś mądrego, co można powiedzieć. Pamiętam jak dawno temu Nina mi napisała, że jej rodzice są po rozwodzie. Zatkało mnie, zabrakło mi słów i w końcu wydobyłam z siebie, że nie wiem co powiedzieć. I to było w porządku. Ja czegoś takiego nie doświadczyłam. Często słyszę ‚aha’, ‚ojej’ albo ciszę. I coraz częściej nie mówię o tym, nawet postawiona pod ścianą.

Wracając do ślubu. Nie wiem czemu, ale nastawiam się na najgorsze i traktuję to jako przykry obowiązek. Patrzę na minusy, zamiast szukać plusów. Widzę osoby, których nie lubię, które mnie drażnią i które nie są mi przychylne. Zamiast mówić sobie, że idę z Tomkiem, który mimo wszystko wiem, że stanie po mojej stronie. Że będzie Marcin, który jest dla mnie jak brat i wiem, że mogę na niego liczyć absolutnie zawsze i absolutnie zawsze potrafi mnie rozśmieszyć. I Ewa, którą polubiłam od pierwszego zamienionego zdania i bardzo boleję nad tym, że ma tak mało czasu żeby czasem wpaść w weekend na wino. Zamiast tych ludzi widzę Michała, który de facto jest mi już obojętny i wiem, że sam z siebie nie powie mi nic, bo mimo wszystko nie ma jaj. Widzę też Rudą Flamę, której nienawidzę, z wzajemnością oczywiście. Z tą różnicą, że ona udaje, że jest inaczej. A ja postanowiłam sobie, że wyciągnięcie ręki na powitanie to jest maksimum na jakie może liczyć z mojej strony. Koniec z udawaniem. Doskonale wiem, co o mnie myśli i nie mam zamiaru się z nią przyjaźnić, czy choćby mieć bliższego kontaktu. I jest jeszcze Nati, która działa mi na nerwy tylko jak ją widzę, albo gdy o niej słyszę. Największy lizus jakiego widziałam w swoim dotychczasowym życiu! Koniec z tym! Koniec z nastawianiem się na cokolwiek. Trzeba to potraktować jako obowiązek. Trzeba być i już. A co będzie to się zobaczy.

Dzień przed ślubem mamy jeszcze osiemnastkę Kini. Prezent nie kupiony. Mama nie odbiera telefonu dla ułatwienia, więc nawet nie wiem na czym stoimy. Na szczęście do piątku jeszcze trochę czasu jest. Najwyżej odwiedzimy wszystkie salony Yes w Krakowie. Nie wiem co założę. Mam pewien pomysł, ale chciałabym go skonsultować z Mamą, jak tylko zdecyduje się na odebranie telefonu! I jeszcze chciałabym iść do fryzjera, najlepiej jutro, bo tylko jutro mam czas. Może się uda mnie gdzieś wcisnąć. 

I największy dylemat tego południa: Zuzka czy Ewa? 

583

Standardowy

I znowu wracamy do punktu wyjścia. Znowu wszystko postawione jest na ostrzu noża. Jest jedna różnica. Nie mam ochoty nic z tym robić. Trzyma mnie przy Nim tylko mieszkanie. Nie mam gdzie pójść, co ze sobą zrobić, do kogo zwrócić się o pomoc. A już chciałam pisać, że jest dobrze. I to tak naprawdę dobrze… 

Po ostatniej wielkiej kłótni były momenty, że uwierzyłam, że to wszystko idzie ku dobremu. Przestałam się przejmować obecnością w naszym życiu Marty, która działa na mnie jak płachta na byka. Tomek też się starał. Raz nawet mnie zaskoczył całkowicie, bo stanął po mojej stronie, mimo że o to nie prosiłam. I co z tego? Nic. Bo znów wszystko wróciło na swoje miejsce.

Mam dość bycia dla kogoś kozłem ofiarnym. Mam dość tego, że nie może powiedzieć, że się umówił, a ja dowiaduję się o tym przypadkiem. A jak zapytam o co chodziło, to słyszę, że to już nieaktualne. Wina zwalona na mnie, bo na kogo by innego? On nadal musi być nieskazitelny i idealny pod każdym względem. Jak tak postępuje i jest mu z tym dobrze, to niech potem nie pyta, dlaczego nie chcę tam iść i dlaczego nazywam ją Szmatą!

Gdybym mogła cofnąć czas zrobiłabym wszystko żeby ich nie poznać. Odkąd ona pojawiła się w naszym życiu wszystko jest źle. Mąci, nastawia Jego przeciwko mnie, krytykuje wszystko, co robię, a w ogóle mnie nie zna. Jak powiem o niej głośno, że jest Szmatą, to jest zaraz wielka afera. Jak powiem, że jest fałszywa, to kolejna awantura. I niepodważalny argument, że ona ma męża. I co z tego?! Tomek nie widzi, że jest zakłamana i dwulicowa. On widzi w niej chodzący ideał i najlepiej by było jakbyśmy zostały przyjaciółkami od serca. Tylko tak się nie da. Moja intuicja od dłuższego czasu mówi mi coś innego. Żebym trzymała się od niej z daleka, bo będą z tego problemy. Zresztą już są. Tylko widzę je tylko ja. On nie chce, albo udaje, że nie widzi. A ja jestem zmęczona tłumaczeniem mu, że moja intuicja nigdy się nie pomyliła…

Więc znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Z tą różnicą, że teraz ja się nie ugnę i nie pójdę do nich. Niech chodzi sobie sam. Inna sprawa, że odkąd zaczęliśmy się z nimi spotykać, to do miasta nie pojechaliśmy nigdy. Bo oni muszą siedzieć w domu. Alternatywą jest przyjście do nas. Powiedziałam Tomkowi kiedyś, że mam dość spotykania się po domach. Że chcę pojechać na Kazimierz, usiąść w jakimś nowym miejscu, popatrzeć na miasto. W odpowiedzi była cisza. Bo On się już umówił. Szkoda tylko, że to ja potem słyszę, że jestem jak stara baba, bo siedzę tylko w domu…

Zdecydowałam też, że nie będę stawać na głowie i robić mu niespodzianek. Szkoda czasu… Dostał na urodziny aniołka i nawet nie wiem, czy Mu się podoba, czy nie, bo minę miał dziwną. Razem z Rodzicami kupiłam Mu koszulę. Leży w szafie drugi tydzień. Nawet nie otworzył i nie przymierzył, czy dobra. Przemilczałam tą sprawę, ponieważ nie chcę sztucznego zachwytu i przyklejonego uśmiechu do twarzy, bo tak wypada.

Popatrzyłam wstecz i zauważyłam, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy dostałam od Niego tylko kwiaty na Dzień Kobiet i czarny golf, który sama chciałam sobie kupić. I nie chodzi o to, że potrzebuję dostawać na każdym kroku coś. Jednak miło jest otrzymać coś o czym się marzy, a na co chwilowo nie ma się pieniędzy. Drażni mnie to Jego trzymanie pieniędzy w skarpecie. Bo niestety, ale tak jest. Wszystko co ma od razu daje na lokatę, sobie na życie zostawia minimalnie mało i potem są jęki, że nie ma pieniędzy na coś. Rozumiem oszczędzanie i odkładanie, ale to zaczyna mi powoli zakrawać na skąpstwo! Uczę się z tym żyć i planować swoje wydatki tak żeby móc sobie czasem kupić wymarzoną rzecz.

Wielu innych rzeczy też muszę się nauczyć…