592

Standardowy

Po dwóch godzinach przewracania się z boku na bok poddałam się i wstałam z łóżka. Poziom mojej irytacji rośnie z każdą kolejną minutą. Położyłam się przed północą, zasnęłam, obudziłam się po mniej więcej godzinie i niestety nie dałam rady ponownie zasnąć. Rozwiązałam dwa sudoku na komórce, przejrzałam bezmyślnie Facebooka i nic. Kolejnym krokiem będzie przeniesienie się do salonu z książką i kocem żeby Tomkowi nie świecić po oczach. A jakby było mało nieszczęść zaczyna mnie boleć brzuch…

Na jutro zaplanowałam pobudkę o 9, śniadanie i Kilera. Do wakacji coraz mniej czasu, a ja nie widzę rewolucyjnej zmiany w swoim wyglądzie. Ostatnio wręcz patrząc w lustro widzę same wady i najchętniej nie wychodziłabym z domu żeby się ludziom na oczy nie pokazywać… A jak pomyślę o wakacjach i przymusie paradowania w kostiumie kąpielowym, którego de facto kupno mnie czeka, zbiera mi się na mdłości. Jednak to za mało żebym się zmobilizowała i wróciła do regularnych ćwiczeń. Leżę i nawinie myślę, że samo się zrobi. Doskonale wiem, że jak nie zapracuję, to nie będę mieć nic…

Chciałabym żeby choć Tomek mnie motywował. Żeby zapytał, czy ćwiczyłam, a jak nie to czy będę. A z Jego strony nie otrzymuję żadnego wsparcia. Chciałam żeby robił jakieś treningi ze mną. Nie chce. Na wszystko ma wymówkę, że chodzi na tenisa dwa razy w tygodniu, a ja nie. Tenis jest bardziej efektywny niż moje treningi. Może i jest, ale ja potrzebuję wsparcia, a nie demotywowania na każdym kroku. Tak samo wygląda kwestia jedzenia. Rozpisałam jadłospis na tydzień i może dwa dni jedliśmy według niego. Na to też jest wymówka. Cała lista nawet. Samej jest mi trudno trzymać się rozpiski i robić wszystko jak należy. Nie mam aż tak silnej woli żeby powiedzieć nie.

Jednak wiem, że jak sama o siebie nie zawalczę to nikt za mnie tego nie zrobi. Uświadomiłam sobie i powiedziałam głośno, że Tomek nie będzie moim wsparciem w ćwiczeniach i diecie. Muszę sobie z tym radzić sama. Spróbować zawalczyć o siebie, swoje ciało i lepsze samopoczucie. Bo łapię się na tym, że przestałam wierzyć w to, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym założę moje czerwone spodnie z Zary i będą na mnie dobre. Że przestanę chodzić cały czas w getrach, bo nie mam spodni, a  kupno nowych nie jest takie proste, bo mało co pasuje na mój wielki tyłek.

Spróbuję. Po raz kolejny. Sama. Bez niczyjej pomocy. Jak będzie chciał jeść to samo co ja nie ma problemu. Jak będzie jadł co innego nie będę się w to wtrącać. Jemu też musi zależeć żeby zrobić coś dla siebie. Nie tylko mnie. Myślę, że jak w tej dziedzinie odniosę sukces, to w innych też się uda… I zmieniam taktykę co do ćwiczeń. Będę robić rozpiski na kolejne tygodnie i się z nich rozliczać. Może to mnie zmotywuje i da porządnego kopa. I jeszcze zacznę się podciągać. Tomek z drążka nie korzysta, bo już mu się znudził. Może jak ja będę w stanie podciągnąć się dziesięć razy za jednym zamachem, to i Jego to zmotywuje?

Żeby nie było tylko negatywnie, smutno i pesymistycznie. Założyłam sobie na początku roku, że nie będę pić piwa. Do marca udało mi się wytrwać w całkowitej abstynencji. Od kwietnia do teraz zdarzyło mi się wypić parę piw. Jednak ta liczba chyba nie przekroczyła dziesięciu. Co więcej zauważyłam, że nie jestem w stanie wypić dużego piwa. Kończy się na tym, że po połowie oddaję Tomkowi, bo mam dość, a nigdy nie pamiętam żeby zamawiać małe.

Napoje gazowane odstawiłam prawie całkowicie. W domu mam tylko wodę mineralną. Colę czy Pepsi piję naprawdę od święta. Ostatnio chyba przy okazji jakiegoś drinka u Rodziców. W środę co prawda kupiłam 1.5 litra Dr. Peppera, ale to jest nałóg, którego nie potrafię rzucić. Piję szklankę dziennie, która jest z jednej strony za słodka, a z drugiej ten smak ma w sobie coś, co mnie przyciąga i raz na jakiś czas muszę spróbować.

Fast foody w ogóle mnie nie ruszają. Podstawiona pod ścianą i z burczącym brzuchem sięgam po kanapkę z NorthFish. Zazwyczaj wybieram ciemne pieczywo, a jak nie ma to białe z ziarenkami. Pizza też przestała mi smakować. Ostatnio jadłam dwa tygodnie temu i nie czułam się po niej najlepiej. W związku z czym przymierzam się do zrobienia samemu. Z ciemnej mąki, na cienkim cieście i z moimi dodatkami. Za to zakochałam się w sushi! Skusiliśmy się na zakup gotowego zestawu w Realu i było pyszne. Postanowiliśmy sobie, że raz na tydzień lub dwa pozwolimy sobie na taki luksus i na kolację zjemy sushi. Jakbym była bogata, byłabym w stanie jeść je codziennie! Dlatego poważnie myślę nad próbą zrobienia samemu w domu, a jak wyjdzie to może popatrzę za jakimś kursem? W dalszym ciągu nie chce mi się spać.

Biorę książkę i będę czytać do rana i może zwlekę się z łóżka przed południem.

591

Standardowy

 

 

To miał być miły weekend, w miłym towarzystwie. Niestety do końca nie był. Nie tak łatwo pozbyć się Szmaty z naszego życia…

W weekend miał być w Krakowie Tox, więc naturalną sprawą było, że chcemy się z nim spotkać. Powiedziałam Tomkowi, że wychodzimy do miasta, bo mam dość siedzenia w domu i patrzenia w ściany w mieszkaniu Szmaty. Niestety, ale tak wyglądają jakiekolwiek spotkania od dłuższego czasu. Bo oni mają koty i nie można ich zostawić w domu na parę godzin, bo sami nie wiedzą co się stanie. I trzeba było iść od nich, siedzieć za stołem, w kółko rozmawiać o tym samym. I jedyną rozrywką były tylko te cholerne koty. Inna sprawa, że miałam nadzieję, że spotkamy się z Toxem sami. Jak zawsze się przeliczyłam, bo przecież Tomek musi napisać do Szmaty i się z nią umówić.

Spotkaliśmy się w końcu w House of Beer, bo miałam ochotę napić się jagodowego piwa. Szmata przyszła spóźniona i ze skrzywioną gębą od progu. Potem było jeszcze gorzej. W Zaraz Wracam kompletnie olała mnie i Marcina i rozmawiała tylko ze sowim mężem, a jak Bartek poszedł po drinki do chłopaków wyjęła ostentacyjnie telefon. Miałam ochotę wstać i zmienić stolik. Na szczęście nastąpił zwrot akcji i postanowiliśmy, że jedziemy wszyscy do Kamila, który zaprosił do siebie tylko Toxa. Taki mały żarcik, bo zaczynało być nudno i miałam ochotę pokazać Kamilowi jak to jest fajnie, jak się zaprasza do kogoś milion osób nie konsultując wcześniej tego z gospodarzem. U nich Szmata miała już focha na całego. Jeszcze w taksówce musiała trochę się na mnie wyżyć, bo ma jakieś uwagi co do lektur, po które sięgam. Olałam, bo naprawdę szkoda mi czasu na nią. A u Kamila siedziała skrzywiona i wyglądała jak zgniłe jajo, któremu wszystko przeszkadza.

I nagle stał się cud! Kamil powiedział, że dzwonił do niego Michał, który jest teraz w Polsce. Dosłownie moje serce zaczęło szybciej bić. I tutaj uaktywniła się wada Kamila, która była wtedy jego największą zaletą. Chwycił za telefon i zadzwonił do Michała. W ciągu godziny przyjechali. Oczywiście ja zdążyłam się popłakać ze szczęścia, bo cały wieczór mówiłam, że szkoda, że nie mieszkają w Polsce. I nagle zdarza się cud i Kaśka z Michałem są. I wieczór od razu stał się piękniejszy i weselszy! Zapomniałam o Szmacie kompletnie. Byłam nawet tak nieuprzejma, że nie pożegnałam się z nią jak wychodziła. Uściskałam tylko Toxa, bo nie wiadomo, kiedy znów się spotkamy.

Z Michałem oczywiście nagadać się nie mogliśmy. U Kamila siedzieliśmy chyba do drugiej, potem odwiózł Nas pod blok i tam jeszcze chyba z dobrą godzinę rozmawiałam z Kaśką w aucie, a chłopaki na zewnątrz, bo nie chcą słuchać, jak my rozmawiamy o seksie. Brakuje mi tego. Takiej rozmowy z osobą, która może nie jest przyjaciółką i nie będzie, ale jest bliska i można jej powiedzieć wszystko, zapytać o wszystko i pośmiać się ze wszystkiego. A może to jednak jest przyjaźń? Jak się nie widzi kogoś przez miesiąc i przy spotkaniu rozmawia jakby widziało się zaledwie kilka dni temu?

A co do Szmaty to obieram inną taktykę. Całkowita ignorancja. Nie będę o niej wspominać w rozmowach, bo szkoda mi czasu i energii. Nie będę próbowała Tomka przekonać, że jest fałszywa i dwulicowa. Kiedyś sam się o tym przekona, jestem tego pewna. A przy bezpośrednim spotkaniu będę traktować jak powietrze i rozmawiać tylko wtedy, gdy zostanę o coś zapytana. Poza tym przestaje dla mnie istnieć jako osoba. Bo naprawdę szkoda mojego zdrowia i urody na zadręczanie się nią i myślenie o niej.

 

 

590

Standardowy

Jak byłam małą dziewczynką, tak mniej więcej do czasu pójścia do gimnazjum, mieszkałam u Babci w domu. Na początku Rodzice nie mieli własnego mieszkania i nie było Ich stać na kupno czegoś swojego. Potem Pradziadek przepisał na Mamę swoje mieszkanie w bloku i kiedyś mieliśmy się tam wprowadzić. Zanim to nastąpiło był długi i ciągnący się w nieskończoność remont. I taka cicha umowa, że póki Pradziadek żyje nie będziemy się tam wprowadzać, ponieważ mimo wszystko to Jego mieszkanie, a my mamy gdzie mieszkać. Tata powoli tam remontował, ja wpadałam po szkole, bo miałam bliżej niż do Babci i czas sobie spokojnie biegł. Ale nie o tym chciałam…

Mieszkanie u Babci wspominam z nostalgią i uśmiechem na ustach. Miałam przyjaciółkę w bloku obok, z którą spędzałam czas na podwórku aż do zmierzchu. Miałam ogródek z balkonem, na którym mogłam się bawić jak pogoda nie dopisywała. I Babcia miała psa. Urwis był w rodzinie odkąd pamiętam. Kochałam go i traktowałam jak członka rodziny i najlepszego przyjaciela. Pamiętam jak w pierwszej klasie trzeba było napisać wypracowanie pod tytułem ‚Mój najlepszy przyjaciel’. Coś, co szumnie nazywało się wtedy wypracowaniem, składało się z dwóch zdań. Ja napisałam: ‚Mój przyjaciel to pies Urwis. Spędzam z nim dużo czasu’. I tak było… Do dzisiaj zagadką pozostaje, jakim cudem Babcia puszczała mnie na tak długie spacery z tak dużym psem? Niemniej jednak doceniałam to i korzystałam ile mogłam. Urwis był psem, który nie pozwolił się obcym zbliżyć do mnie nawet na centymetr. Nie tolerował pijaków do tego stopnia, że wyczuwał ich z kilometra i zmuszał do przechodzenia na drugą stronę ulicy. To samo było z psami. Tak więc na spacerach z nim czułam się bezpiecznie i spokojnie. Miałam świadomość, że nikt do mnie nie podejdzie, ponieważ Urwis na to nie pozwoli.

Pamiętam, że kiedyś spacerowałam z nim koło bloków, naprzeciwko domu Babci. I nagle zaczepił mnie obcy Facet. Nie pamiętam, jak wyglądał, ale byłam do tego stopnia przerażona, że chciałam żeby odszedł. Powiedział, że mam bardzo ciekawą twarz i chce żebym wzięła jego wizytówkę. Ja byłam nauczona przez Babcię, że mam nie rozmawiać z obcymi i nic od nich nie brać, więc nawet mi przez myśl nie przeszło żeby Facetowi poświęcić więcej uwagi. Pociągnęłam Urwisa za smycz i pobiegłam szybko w stronę domu. Teraz, po upływie kilkunastu lat zastanawiam mnie tylko jedno. Urwis nawet nie warknął na Faceta. Widział go, ale nie był nim kompletnie zainteresowany…

Wracając do tematu. Babcia mi otworzyła, wysłuchała co mam do powiedzenia i powiedziała, że mam iść z Urwisem dalej, bo dopiero co wyszłam i na pewno się nie załatwił, a Ona będzie stała w oknie i patrzyła na mnie. Nie byłam za bardzo zadowolona, ale poszłam. Krążyłam tak żeby widać mnie było z okna. I nagle wyrósł przede mną ten sam Facet z Żoną. Ona też powiedziała, że mam ciekawą twarz i do tego jestem wysoka, a oni są fotografami i chcieliby mi zrobić parę zdjęć. Dała mi wizytówkę i powiedziała żebym ją zatrzymała i przyszła na zdjęcia. Mają swoje studio w bloku obok i mogę zabrać ze sobą kogoś dorosłego. Powiedziałam, że przyjdę z Babcią. Wróciłam do domu na chwiejnych nogach, dałam Babci wizytówkę i…koniec historii. Pytała się mnie i Ona, i Mama, czy chcę iść, ale ja nie byłam pewna i się wstydziłam. Nigdy potem nie spotkałam już tego Faceta, ani Żony. Ale faktycznie byli fotografami. I faktycznie mieli agencję dla modelek.

Czemu o tym piszę? I czemu po tylu latach? Bo jak oglądam Top Model ta historia wraca do mnie jak bumerang. Trudno nie zadawać sobie pytania, co by było gdybym tam poszła? Może byłabym równie znana jak Anja Rubik? A może moja kariera ograniczyłaby się tylko do występów na okładkach i w komercyjnych reklamach? A może okazałoby się, że interesująca twarz to nie wszystko? Nie znam odpowiedzi na te pytania i nigdy nie poznam. Jednak patrząc z perspektywy czasu żałuję i to cholernie, że tam nie poszłam. I mam trochę żalu do Babci, że mnie nie pchnęła w tym kierunku. Byłam wysoka i chuda i może znalazłabym swoje miejsce na ziemi… Może teraz byłabym kimś innym. Szczęśliwą i spełnioną kobietą? Być może.

Teraz jest na wszystko za późno. Jestem za stara na modelkę. I nie mam odpowiednich wymiarów. I tą furtkę mogą uznać za zamkniętą dla mnie. I niestety, ale żałuję… 

589

Standardowy

Okazuje się, że w dzisiejszych czasach jak choruje się na śmiertelną chorobę to powinno pisać się bloga, relacjonować każdy dzień z życia, udzielić łzawego wywiadu do gazety, a pośmiertnie ktoś jeszcze musi zadbać żeby z bloga powstała książka, która na pewno wskoczy na pierwsze miejsce na liście bestsellerów, bo przecież blog zrobił już swoje. Ironia i sarkazm? Oczywiście. Nieczułość? Być może też. Zazdrość? Nigdy w życiu!

Przykro mi, ale nie widzę w takich działaniach nic więcej poza świetną okazją na zarobienie góry pieniędzy. I może i pójdą na jakąś tam fundację, ale czy ktoś jest w stanie to sprawdzić? Nie wierzę w szczere intencje takich ludzi. Nienawidzę wychodzenia ze swoim cierpieniem do świata. Epatowaniem nim. Chwaleniem się na prawo i lewo. Bo udzielanie wywiadów i gadanie w kółko o tym, że jest się w terminalnym stadium raka jest dla mnie niczym innym jak afiszowaniem się. Nikomu to nie pomoże. Nowotwór się nie cofnie pod presją sławy i wyjścia z cienia. Ale ludzie to chwycą. Zaczną ronić łzy. Współczuć. Pisać durne komentarze w stylu ‚trzymam kciuki’, ‚bądź dzielna’, które na nic się nie przydają i w niczym nie pomagają. A po śmierci zaczyna się palenie wirtualnych świeczek w imię sama nie wiem czego. Kolejnym krokiem jest oczywiście książka, a potem pewnie film. Może jeszcze nominujemy go do Oscara i damy mu fundusze z Instytutu Sztuki Filmowej, który sponsoruje absolutnie wszystko?

I żeby nie było, że krew mnie zalała na historię tej sławnej blogerki z rakiem. Jak Agata Mróz umierała na oczach wszystkich też miałam dość i nie oglądałam wiadomości żeby nie zobaczyć znów tego samego. I żeby nie wyjść na nieczułą, bo przecież to takie piękne, że na łożu śmierci urodziła córeczkę i zostawiła męża z parotygodniowym niemowlakiem. I też trzeba było nakręcić film, a jakże.

Widzę, że świat w którym przyszło mi żyć jest tak skonstruowany, że do zaistnienia potrzebna jest łzawa historia. Zaczęłam oglądać ‚Bitwę o dom’ i po pierwszym docinku castingowym miałam ochotę wyrzucić telewizor za okno. Do programu dostawali się nie ludzie, którzy mieli urządzone mieszkania z pomysłem i sami zrobili większość prac remontowych, ale tacy, którzy mieli łzawą historię do opowiedzenia przed kamerami. Doktorantka po rozwodzie. Młode małżeństwo, które kupiła dziurę w ziemi i spłaca kredyt, bo deweloper spóźnia się z oddaniem mieszkania. Kolejne młode małżeństwo, w którym żona jest wdową i ma córkę ze zmarłym już mężem, który de facto zginął w tragicznych okolicznościach. Matka z dwójką dzieci, która miała męża alkoholika i byłego wojskowego. Ojciec samotnie wychowujący córkę, bo żona zmarła parę lat wcześniej i oni nadal nie mogą dojść do siebie. Rodzina z dwójką dzieci, która żyje w baraku i z niewiadomych przyczyn nie stać ich na wynajem mieszkania. A zgłaszali się ludzie, którzy mieli mieszkania od podstaw robione przez siebie, zaprojektowane według własnego gustu, ale nie mieli historii, która rzuciłaby na kolana zacne i nie znające się na temacie jury i miliony widzów przed telewizorami.

Nie wiem skąd przyszła moda na wychodzenie do ludzi ze swoimi chorobami, problemami życiowymi i rodzinnymi. Obserwuję pranie brudów na portalach społecznościowych. Chwalenie się chorobami, gdzie się da. Pisanie blogów o tematyce dotyczącej nowotworów, chorych dzieci i innych plag tego świata. Nie wiem, czy to brak wstydu, czy bezmyślność? A może łapanie się każdej deski ratunku? Jakby napisanie na Facebooku, że żona odeszła z dzieckiem miało sprawić, że małżeństwo znów będzie idealne, a mąż i żona świata poza sobą nie będą widzieć. Nie kupuję tego. Nie współczuję takim ludziom, chorującym i rozwodzącym się publicznie. Chcę wrócić do czasów, kiedy Gwiazdami byli ludzie pracujący na to miano ciężko, a nie sezonowe gwiazdki, które zaistniały dzięki historii albo głośnej aferze.

588

Standardowy

Jakiś czas temu postanowiłam, że przestanę się przejmować fochami innych ludzi i będę starała się odcinać od takich osób. Oczywiście w miarę możliwości. Muszę nieskromnie przyznać, że wychodziło mi to całkiem dobrze. Kontakt z Paulą został zerwany, prawdopodobnie definitywnie. Przestałam się nią przejmować, myśleć o niej i zastanawiać się, która z nas jest dziwna. W chwili obecnej jest mi ona zupełnie obojętna i na pewno nie czuję na sobie presji wyciągania ręki, czy próbowania naprawienia naszych stosunków. I w tą moją wypracowaną harmonię wdarł się znów chaos i powtórka z rozrywki. I przypomniało mi się jak to było z Paulą i jej pretensjami o wszystko. Jak musiałam się pilnować żeby nie powiedzieć czegoś, co jej się nie spodoba. Żeby zawsze mieć dobry humor. Żeby spełniać warunki etykiety niczym na obiadach u Królowej Elżbiety.

Tomek postanowił, że sprzedaje Swifta i kupuje Kię Rio. Wiadomo jak jest ze sprzedażą używanego auta. Chętni są, ale wybrzydzają i kręcą nosem na wszystko. Najlepiej jakby dostali to auto za darmo, bo symboliczna złotówka to za drogo. Dlatego ja nigdy nie jestem przy oglądaniu. Tomek wie, że powiedziałabym, że to nie jest auto z salonu i proszę tak nie wybrzydzać, a jak się nie podoba to zapraszam do salonu i tam na pewno znajdzie się samochód, który spełni wszystkie wymogi. Z tego też powodu postanowiliśmy spytać Marka, czy nie chce zmieniać auta. Wiemy, że Swift mu się podoba i zawsze jak ma tylko okazję chce się nim przejechać. Wiadomo, że przy Margoli nie można poruszać takich tematów, bo zacznie się litania i gadanie bez końca. Stwierdziłam, że zadzwonię do Ewy i zapytam, czy nie mają czasu się spotkać na chwilę wieczorem w celu przegadania tej propozycji. I tutaj się zaczęło…

Zadzwoniłam, spytałam o co chciałam i usłyszałam w odpowiedzi: ‚a kto mówi?’. Przedstawiłam się i czułam, że coś było nie tak, ponieważ Ewa nigdy nie zwraca się do mnie moim imieniem. Cała dalsza rozmowa była oschła i zdawkowa i skończona niczym ucięta nożem. Minę miałam na pewno dziwną po jej skończeniu, bo Tomek się spytał co się dzieje. Trochę zajęło mi dojście do siebie i zapomnienie o tym wszystkim. Na drugi dzień miał wpaść Marek po pieniądze do Margoli. Owszem przyjechał, ale zaparkował dwa domy dalej i Ewa nie wyszła z samochodu. Stwierdziliśmy, że jest to dziwne, ale nie ma się co przejmować. Swoje z Paulą przeszłam i nie potrzebuję powtórki z rozrywki. Poszliśmy na rowery, potem na zakupy i po drodze zabrałam telefon z domu, bo jak zwykle został na stole, zamiast znaleźć się w mojej torebce. A na wyświetlaczu miałam trzy nieodebrane połączenia i jedną wiadomość. Pomyślałam, że pewnie Tata dzwonił i Orange chce mnie poinformować, że mam im znów zapłacić rachunek. Otóż nie! Połączenia były od Ewy i sms też od niej. Czytałam i nie wierzyłam w to co widzę. Dorosła osoba, z wiadomość jak od gimnazjalistki, której humor zmienia się wraz z kierunkiem wiatru. Pretensje, że nie odbieram telefonu i żebym się zastanowiła czy to miłe. Miałam ochotę Jej napisać coś dosadnego i zaraz po tym rzucić telefonem o ziemię żeby więcej nie zadzwonił. Dawno nikt mnie tak nie zdenerwował! Dobrze, że Tomek był obok, bo na pewno już byśmy sobie na ulicy nawet ‚dzień dobry’ nie mówiły. Napisałam jej, że byłam na rowerze i nie miałam telefonu i zadzwonię później, bo siadam do kolacji z Wojtkiem. Między wierszami napisane było, że nie będę prowadzić rozmowy przy Margoli. A prawda jest taka, że od tego czasu do Nie nie zadzwoniłam…

Siedzę i dumam, co mam zrobić. I nie wiem… Czuję się jak parę lat temu z Paulą. Zawsze ja robiłam coś nie tak i to ja musiałam się tłumaczyć, nawet jak nie była to moja wina. Ona się wyprowadzała, a ja czułam wyrzuty sumienia. Teraz jest podobnie. Ewa zachowała się dziwacznie, a ja boję się wziąć do ręki telefon i zadzwonić, bo czuję, że będę musiała się tłumaczyć. A nie mam z czego, bo naprawdę nie czuję się winna. Nawet nie wiem od czego taką rozmowę zacząć. I chyba będę udawać, że zapomniałam o wszystkim, łącznie z telefonem. Liczę się z tym, że prawdopodobnie będzie to koniec przyjaźni i znajomości. Ewa była jedną z nielicznych bliskich mi osób w Krakowie i powinnam robić wszystko żeby Jej nie stracić. Jednak mam mieszane uczucia…

Nie chcę się tłumaczyć. Nie chcę bawić się w worek treningowy. Nie chcę mieć przyjaciółki, która jest toksyczna i przelewa na mnie swoje żale i problemy. Nie chcę mieć drugiej Pauli… A z drugiej strony nie chcę stracić osoby, której mogłam powiedzieć absolutnie wszystko i w zamian dostawałam taką samą szczerość, a nie słodzenie i mówienie czegoś, co chciałabym usłyszeć żeby było mi miło. 

Gdzieś z tyłu głowy mam opracowany plan, w którym gram rolę zimnej suki, która w miarę rozwoju sytuacji zmienia się w miłą i sympatyczną osobę lub zdzirowatą i zimną sukę. I chyba ten plan wprowadzę w życie, jak Tomek pójdzie na tenisa żeby mieć ciszę i spokój i komfortowe warunki do rozmowy.