595

Standardowy

Wkurza mnie to, że ode mnie wymaga się żebym pamiętała o imieninach czy urodzinach innych, a spora część z tych osób nie pamięta o mnie. Czasem denerwuje, a czasem je po prostu przykro… Taki sam stosunek mam do nietrafionych prezentów od Margoli. Jeszcze trochę i dojrzeję do tego, by powiedzieć jej, że wolę nie dostawać nic niż coś, co i tak leży w szafie i nigdy tego nie założę.

Co mnie ostatnio zabolało? Moje imieniny. Wypadają w tak szczególny dzień, jak Dzień Matki i naprawdę łatwo to zapamiętać. Życzenia złożyli mi tylko Rodzice, Babcia, Gośka i Tomek. Dla ułatwienia Tata na swoich urodzinach dawał kwiatki Babci i Stefci na Dzień Matki, potem dostałam ja z okazji imienin i na koniec Mama, za całokształt. Stefcia nie raczyła podejść i powiedzieć choćby głupiego ‚wszystkiego najlepszego’. I tak jest rok w rok. I na imieniny i na urodziny. A ja muszę do niej dzwonić i jej składać życzenia. Musiałam. Bo parę lat temu wypięłam się na nią i traktuję ją tak jak ona mnie. Jak przyjadę na imieniny, które oczywiście są zawsze w niedzielę, bo ona nie pracuje, nie musi iść na zajęcia, tylko siedzi w domu , wtedy powiem jakiś banał. Ale żebym sama z siebie podniosła słuchawkę i zadzwoniła? Nigdy w życiu. I konsekwentnie takie samo postępowanie dotyczy Dziadka. Ktoś powie, że jestem mściwa. Może i jestem. Tylko czemu ja mam się starać, pamiętać i nie dostawać nic w zamian? Naprawdę nie oczekuję prezentów, jedynie miłego słowa. Widać za wiele oczekuję od własnych dziadków…

Inna para kaloszy to Margola. Nigdy nie dostałam od niej nic na urodziny czy imieniny, mimo że Tomek często pytał się jej o jakiś pomysł na prezent. Za to ja muszę się głowić i wymyślać coś dla niej, co i tak ląduje w kącie, a z czasem pokrywa się warstwą kurzu, bo taką wagę przywiązuje do prezentów. Na tegoroczne imieniny nie dostała nawet smsa z życzeniami. Mam to głęboko w dupie! Dość mam myślenia, chodzenia po sklepach, szukania idealnego prezentu, a potem patrzenia jak leży i się kurzy. Nie raz widziałam, jak Tomek kupował jej coś na Dzień Matki i leżało to rzucone w kąt, a potem lądowało w piwnicy, niczym stary nieprzydatny śmieć.

W ogóle prezenty od Margoli to jest porażka. Przynajmniej dla mnie. Nie potrafi kupić nic innego jak ubranie z Peek & Cloppenburg, które niekoniecznie jest w moim guście. Wśród hitów jakimi mnie obdarowała był męski sweter, który sprzedałam na Allegro, sweter z angory, który oddałam Babci i ostatnio dwie koszulki z Lidla, które są tak brzydkie, że aż wstydzę się je odpakować. Jedyny trafiony prezent to były foremki na muffinki z Londynu i sweter, który ewidentnie wybrał Wojtek, bo był całkowicie w moim guście. Po kokardy mam jej prezentów, które są takie same! Dość mam tego, że wiecznie kupuje Tomkowi sweter, koszulkę polo, skarpetki, majtki albo setną parę spodni! W szafie się to już kurwa mać nie mieści!

Czasem na nią patrzę i dochodzę do wniosku, że to wieczne kupowanie ubrań ma mu wynagrodzić, że jest do dupy matką, która tylko wymaga i nie daje nic w zamian. I dodatkowo jest to oznaka wyjątkowo późnego zajścia w ciążę, bo kariera była i jest najważniejsza. Może ja na to patrzę inaczej, bo mnie do szczęścia wystarczy jedna para krótkich spodenek, jedne dżinsy, parę swetrów. Jak przytyłam i nie mieściłam się w spodnie, Mama nie pobiegła ze mną do sklepu i nie kupiła od razu trzech par. Nigdy nie miałam czegoś za dużo, mimo że Rodziców stać na to. Pierwszą parę markowych dżinsów dostałam w podstawówce i szanowałam je jakby były ze złota. I oczywiście nosiłam tak długo, aż się nie sprały i nie przetarły w paru miejscach. Nigdy nie wchodziłam do sklepu i nie patrząc na cenę brałam konkretną rzecz. Jeżeli mogę coś kupić na przecenie, to nie widzę sensu w przepłacaniu. A dopóki mam w czym chodzić nie muszę się spieszyć z nowym zakupem.

Margola jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, co wyniosłam z domu. Denerwuje mnie to jej maniakalne kupowanie ubrań dla Tomka. Sobie niech kupuje, to nie moja sprawa. Jemu wystarczy to co ma, a kolejne dwa swetry nie sprawią, że bardziej ją będzie kochał czy szanował. Wielokrotnie prosiłam żeby jej powiedział, że nie chce już nic z ubrań. Jak grochem o ścianę. Gorzej niż walka z wiatrakami… Najlepszy souvenir z Japonii to skarpetki, a z Brazylii perfumy kupione w strefie bezcłowej… Nigdy nie kupiła czegoś, co przypominałoby o miejscu, w którym była. Czegoś, co można zachować na lata, a nie wyrzucić do kosza, bo się zużyje czy podrze.

Skumulowało się to wszystko we mnie i musiałam z siebie to wyrzucić. Szczególnie, że jutro czeka mnie kolacja imieninowa Tomka, za którą On oczywiście nie zapłaci, bo zaproszenie kończy się na wybraniu miejsca, z zapłaci kochana mamusia. Naprawdę życzę samej sobie dużo cierpliwości, a przed wyjściem wypiję melisę żeby być wycofaną i nie mieć siły na jakiekolwiek dyskusje i żeby wszystko spływało po mnie jak po kaczce.

594

Standardowy

Wróciłam do regularnych ćwiczeń. Trochę mi to zajęło, ale w końcu zebrałam się w sobie i zaczęłam. Duża zasługa w tym Zuzki, która potrafiła przemówić mi do rozsądku kilkoma napisanymi zdaniami. Przestałam się oglądać na Tomka i na innych i zaczęłam walczyć o siebie ze sobą.

Nie jest łatwo. Przerwa zrobiła swoje, niestety. Zdarza mi się podczas ćwiczeń położyć na macie i płakać przez parę minut, a potem z takimi niezaschniętymi łzami kontynuować trening. Drażni mnie to, że czegoś nie mogę. Że bolą i palą mięśnie. Że nie mam siły. Że nie potrafię wyłączyć mózgu i iść dalej do przodu. W takich momentach robię pauzę, opłukuję twarz lodowatą wodą i wracam. Najważniejsze jest dla mnie, że robię od początku do końca, z małymi przerwami, ale daję z siebie ile tylko mogę.

Wróciłam do Skalpela. Po ponad miesięczne przerwie do jego wykonania potrzebna jest najmniejsza kondycja. I to po nim widziałam najlepsze efekty. Potem zaczęłam mieszać, przestałam się mierzyć i nie wiem jak było. Cudów nie oczekuję, bo mam świadomość, że w niecały miesiąc nie zyskam nowej figury. Na początek chcę wrócić do formy. Potem wyjeżdżam i liczę, że moczenie się w Adriatyku też zrobi swoje. A po powrocie będzie najgorsze, czyli dalsza mobilizacja do ćwiczeń. Muszę dać radę!

Zaplanowałam sobie Skalpel na okres wakacyjny, czyli do września, ewentualnie października. Potem chcę próbować ćwiczyć z Zuzką. Jest 70 darmowych ZWOWów, co daje dwa miesiące z małym kawałkiem ćwiczeń. Potem wezmę się za coś innego. Nie robię sobie nie wiadomo jakich planów i założeń, bo wiem, że to nie działa. Zgodnie z założeniem ze stycznia, teraz powinnam być w rozmiarze M i jechać za tydzień na trening z Ewą i nie wstydzić się tego jak wyglądam. Ale życie jest nieprzewidywalne i jest inaczej. Sporo niezależnych ode mnie wydarzeń złożyło się na to, że teraz jest inaczej.

W kwestii diety jem po swojemu i staram się walczyć z pokusami. Pomaga mi w tym fakt, że Margoli nie widziałam od chyba dwóch tygodni. A to ona ma w zwyczaju na obiad dawać zupę i drugie, a zaraz potem deser i koniecznie kawę. Jeszcze żeby na deser były owoce, to byłoby pół biedy. Nie, ona daje gotowe desery z Lidla, a jak zdarzą się owoce to musi na nie dać bitej śmietany, która na kilometr pachnie mi sztucznością i zabija smak truskawek. I nie dociera do niej, że dla mnie zjedzenie zupy i drugiego to już jest dużo. Bo przecież to wszystko jest zdrowe i lekkie…

Odkąd sama gotuję obiady, sama decyduję jaką ilość zjem i kiedy. A co najważniejsze robię to sama od początku do końca. Tomek często te obiady je ze mną. Nie narzekał, kiedy zdarzyło się nam jeść trzy dni pod rząd faszerowaną paprykę. Nie marudzi, że jak kurczak to ze szpinakiem i ryżem. Nie przeszkadza mu, że spaghetti robię bez sosu, z samą oliwą i pietruszką. Może zaczyna coś do Niego docierać? Na pewno ja nie będę Go do niczego zmuszać. Będzie chciał ćwiczyć, wie gdzie mnie znaleźć…

I na koniec moje dwa małe zwycięstwa. W zeszły weekend poszliśmy do Żabki po wodę mineralną. Tomek kupił sobie dwa piwa, ja walczyłam mocno ze sobą żeby nie wziąć z półki Desperadosa lub Radlera. I identyczną walkę stoczyłam w domu, gdy On na kanapie pił zimne piwo, a ja zapijałam głód wodą mineralną. Jednak nie złamałam się i nawet nie poprosiłam o małego łyka. A w ten weekend znów cierpiałam na brak wody. I mimo, że w lodówce leżał zimny sok, zdecydowałam się na szklankę wody z Brity. Można? Można! Mała rzecz a cieszy!

593

Standardowy

Naprawdę rzadko zdarza mi się żeby jakaś książka wciągnęła mnie tak absolutnie, totalnie, po całości. Tak, że nie mam czasu na nic poza czytaniem. A sama czynność robienia siku trwa minimum kwadrans, bo każdy kolejny rozdział jest tym ostatnim. I tym samym przyznałam się, że jestem osobą, która czyta książki siedząc na kiblu. Mam to po Mamie. Ona zawsze szła do ubikacji z papierosem w jednej ręce i książką w drugiej i znikała tam na długie minuty, przechodzące czasem w godziny. Jak mieszkaliśmy w blokach, na naszej zamykanej od góry pralce zawsze leżały książki. Zamknięta była moja, a otwarta Mamy. A potem przychodził Tata i z nudy czytał tą Mamy i nie fatygował się żeby wrócić do momentu, w którym Ona skończyła czytać. Przyznał się do tego dopiero po latach.

A wracając do tematu. Co mnie ostatnio tak zaciekawiło? Kroniki Obdarzonych. Jak to u mnie często bywa najpierw był film. Gdzieś tam przed moimi oczami pojawiły się kiedyś ‚Piękne Istoty’, ale nie zaciekawiły mnie do tego stopnia, by przeczytać o czym są. Wróciłam do nich w pewien weekend, kiedy to nie mieliśmy nic nowego do oglądania i przeglądaliśmy różne strony w poszukiwaniu inspiracji. Tak naprawdę skusił mnie Jeremy Irons. Uwielbiam jego głos i szczerze podziwiam warsztat aktorski. To mi wystarczyło żeby być na tak i w tym wypadku Tomek miał niewiele do gadania. To jedna z jego fantastycznych zalet, że widzi jak ja się nakręcam na jakiś film i nawet jak nie ma ochoty go oglądać daje mu szansę.

Oczywiście mnie film kupił w stu procentach! Po skończeniu sagi o Harrym Potterze brakowało mi takiego magicznego klimatu, trochę adresowanego w stronę młodzieży. ‚Piękne Istoty’ wypełniły tą lukę. Jeremy Irons mnie nie zawiódł, a nawet dokonał niemożliwego, czyli zatarł niesmak po jego fenomenalnej roli w ‚Lolicie’, która w moich oczach była obrzydliwa i do dzisiaj nie jestem w stanie obejrzeć tego filmu, ani przeczytać książki. I do tego fabuła, która była inna niż wszystkie magiczne książki, z którymi miałam do tej pory do czynienia.

Z ciekawości sprawdziłam szybko, czy aby to nie jest ekranizacja jakiejś powieści. Była! Oczywistym było, że muszę mieć zaraz te książki, bo inaczej umrę. Mam te książki. Są już przeczytane. Teraz czekam na czwartą część, która nie ukazała się jeszcze w Polsce. Przeczytałam je chyba w dwa tygodnie, co jak na mnie jest naprawdę dobrym wynikiem. Zarywałam noce, czytałam w autobusie i w drodze na przystanek, w kolejce na poczcie. Dosłownie wszędzie!

Pierwsza część mnie nieco zawiodła. Widziałam film i wiedziałam jak to się skończy. Okazało się, że film był momentami bardzo luźną adaptacją książki. Niektóre postacie mijały się z prawdą, a sam wątek główny był mocno zmieniony. Wszystko to razem daje pytanie, czy będą kręcone kolejne części? ‚Istoty Ciemności’ już zachwyciły, zaintrygowały, a nawet wzruszyły. Płakałam ze szczęścia, że Macon jednak żyje. Płakałam ze wzruszenia czytając opisy jego miłości do Jane. Zachwycałam się Ridley, mimo że była syreną i nie do końca jej ufałam. ‚Istoty Chaosu’ skończyłam niestety wczoraj. Pozostawiły wiele pytań bez odpowiedzi, wiele niewyjaśnionych wątków i wielkie nadzieje związane z ostatnią częścią. Mogę śmiało przyznać, że Macon i Ridley to moje ulubione postacie. Nie pociąga mnie zupełnie John Breed. To pewnie dlatego, że z natury wolę starszych mężczyzn.

Tomek oczywiście kręcił nosem, że ciągle czytam tą książkę i nie mogę się od niej oderwać. Nie chciało mi się podejmować dyskusji i tłumaczyć, że jak mnie coś zainteresuje to muszę znać zakończenie. On też czyta, ale nie w takich ilościach jak ja. Nie ma nawyku przyjścia do domu i dokończenia rozdziału, czy przeczytania paru stron przed snem. Musi się przyzwyczaić, że dla mnie książka jest na pierwszym miejscu, a potem dopiero film w telewizji.

Po drodze usłyszałam też, że Saga Obdarzonych to taka lektura jak ‚Zmierzch’, trochę dla emo nastolatków. Ugryzłam się w język żeby nie odpowiedzieć, że ja przecież jestem emo nastolatką i zatrzymałam się w rozwoju emocjonalnym na niższym szczeblu niż autorka wypowiedzi. Chciałam jeszcze dodać, że ja nie wnikam w to, co kto czyta. Dla mnie ważne jest żeby ludzie w ogóle czytali, a nie sięgali po zamienniki jak telewizja czy Internet. Też ugryzłam się w język, ponieważ przypomniała mi się dyskusja sprzed paru miesięcy. Jak to ona oburzała się, że dla mnie ludzie nie czytający czegokolwiek to analfabeci wtórni. Chyba wtedy trafiła w czuły punkt… To wspomnienie wystarczyło i nie musiałam nic mówić.