598

Standardowy

Grażynę Szapołowską podziwiam i uwielbiam chyba od czasu ‚Pana Tadeusza’. To dzięki niej sięgnęłam po książkę i przeczytałam ją ze zrozumieniem. A sam film obejrzałam niezliczoną ilość razy zachwycając się rolą Telimeny i wyzywając od najgorszych Alicję Bachledę – Curuś, która niczemu nie była winna, jedynie wyjątkowo nie podobał mi się jej gra.

To było chyba w czasach gimnazjum i tak mi już zostało do dzisiaj. Zachwycam się urodą Szapołowskiej, nadrabiam filmy, w których grała, potrafiłam nawet oglądać ‚Bitwę na Głosy’, bo Ona była w jury… Podoba mi się jej uroda. Mimo upływu czasu nadal wygląda świeżo i na mniej lat niż ma w rzeczywistości. Zachwycam się Jej stylem, który pasuje do każdej okazji. Zawsze wygląda nienagannie i idealnie pasuje do sytuacji.

Oczywistą oczywistością było, że muszę mieć i przeczytać Jej nowo wydaną książkę ‚Ścigając pamięć’. Polowanie na nią trochę trwało. Głównie dlatego, że nie chciałam wydać 60zł na nową książkę z Empiku. Sympatia sympatią, ale cena skutecznie mnie odrzucała i nigdy w życiu bym tyle pieniędzy nie wydała na książkę. W ogóle ceny książek to temat rzeka, o którym mogłabym pisać i pisać… W końcu trafiłam na aukcję na Allegro, którą udało mi się wygrać i ‚Ścigając pamięć’ trafiło do mnie połowę taniej niż w Empiku

Książkę skończyłam czytać w niedzielę nad ranem. Zapłakana. Roztrzęsiona. Poruszona. Wzruszona. Pełna emocji i refleksji. Wiedziałam o czym Szapołowska będzie pisać, ale nie wiedziałam, że aż tak to do mnie trafi. Czułam Jej ból, zmęczenie, zrezygnowanie, radość z tak zwanych małych szczęść, bezsilność, złość z powodu otaczających Ją lekarzy. Czułam to wszystko, ponieważ poniekąd przeżyłam to wszystko. Nie w takim stopniu jak Ona, ale uczestniczyłam w chorobie Dziadka na tyle, na ile mogłam…

Kiedy pisała o bólu w kręgosłupie, przypomniał mi się mój ból. Bolało jak nie wiem. Nie mogłam się schylać. Nie mogłam leżeć w łóżku. A mimo to nie mogłam narzekać. Musiałam zaciskać zęby i pomagać. Nie musiałam, chciałam. Też przez moją głowę przelatywały setki pytań bez odpowiedzi. Też siedziałam przy Dziadka łóżku i obserwowałam, czy oddycha i czy Jego oddech jest regularny. Też spotkałam się z dobrymi radami innych. Babci wiele osób mówiło, że robi głupotę biorąc Dziadka do domu. Powinien zostać w szpitalu, a potem iść do hospicjum, bo tam się nim porządnie zaopiekują. Gówno prawda! Moje spędzenie lipca i sierpnia w domu też zostało skomentowane. Bo ktoś wie lepiej co powinnam zrobić i jak się zachować. Miałam moment, że zastanawiałam się, czy na pewno dobrze zrobiłam? A teraz wiem, że bardzo dobrze zrobiłam. I gdybym mogła cofnąć czas to nie zmieniłabym prawie nic. Przyjeżdżałabym tylko co weekend do domu… I miała 3 lutego telefon przy sobie, a nie w sypialni…

Ta książka przywołała moje bolesne wspomnienia, ale też pomogła mi zrozumieć wiele moich decyzji. I utwierdzić mnie w ich słuszności. Zobaczyłam też Szapołowską w innym świetle. To nie jest rozkapryszona gwiazda, jak o niej piszą gazety. To kobieta, która wie czego od życia chce i którą życie nie oszczędziło. Kobieta, która przede wszystkim jest matką, babcią, córką, partnerką, a dopiero potem aktorką, którą można kochać lub nienawidzić. To wrażliwa osoba, taka jak każdy z nas. Ludzka, naturalna, z chwilami słabości i zwątpienia.

Płakałam czytając tą książkę. Ale wiem, że kiedyś do niej wrócę na pewno… Zastanawiam się tylko, czy dać ją Babci do przeczytania. U mnie wywołała ogromne emocje, u Niej może być podobnie. A w obecnej sytuacji Babcia nie potrzebuje takich huśtawek. Potrzebuje spokoju i ciszy… Z drugiej strony to tylko książką…

597

Standardowy

Każdy kto musiał nosić okulary od czasów podstawówki wie, że to nie jest nic przyjemnego, ani chlubnego. Wiadomo, że dzisiejsza moda próbuje wcisnąć światu, że ludzie noszący okulary są inteligentniejsi, robią lepsze wrażenie i są traktowani poważniej. A ja uważam, że widok dziewczyny w okularach zerówkach typu kujonki jest czymś śmiesznym i niepoważnym. Mało, do szewskiej pasji doprowadza mnie widok ludzi bez wady wzroku noszących zerówki, bo taka jest moda. O tym kiedyś pisałam i nie chcę się powtarzać.

Na okulary jestem skazana od czwartej klasy podstawówki i wcale nie jestem z tego powodu zadowolona. Miałam okres, że myślałam o laserowej korekcie wzroku, jednak zgłębienie tematu sprawiło, że zaprzestałam nawet o tym marzyć. Okulary i sama wada wzroku są jednym z moich kompleksów. Wiem, że jest to niezależne ode mnie, ale mimo tego czuję się źle, bo czegoś dobrze nie widzę. Na wizytach kontrolnych jest mi wstyd, kiedy to dowiaduję się, że mój wzrok zamiast się poprawiać, jeszcze się pogorszył.

Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi się myśl o zrobieniu soczewek kontaktowych, ale nigdy nie doszło do realizacji. Zawsze miałam jakąś wymówkę, którą zwykle był brak pieniędzy. A mimo to czytałam o soczewkach, zasypywałam Tomka pytaniami, jak to jest i planowałam, że kiedyś wyjdę z domu z okularami słonecznymi na nosie i będę wszystko dobrze widzieć.

I w końcu przyszedł dzień, w którym przestałam marzyć i po prostu poszliśmy do Fielmanna zrobić soczewki. W poniedziałek odeszliśmy z kwitkiem, ponieważ przyszliśmy za późno i była szansa, że nie zdążą nas zbadać. Wróciliśmy we wtorek odrobinę wcześniej i praktycznie z marszu zajęły się nami równocześnie dwie sympatyczne Panie. Oczywiście stresowałam się jak dawno nie. Głównie z tego względu, że mam astygmatyzm i wiedziałam, że mogę mieć problem z soczewkami… Na szczęście trafiłam na naprawdę kompetentną Panią, która mimo, że nie była okulistą potrafiła mi pomoc i odpowiedzieć na każde pytanie. A przy okazji wbić do głowy, że nie powinnam się przejmować, że mam wadę wzroku i to nie jest moja wina, że się powiększa. Po badaniu pozytywną wiadomością było to, że w prawym oku astygmatyzm mi się zmniejszył i to znacznie, co wiązało się z tym, że mogę mieć normalną soczewkę, a do lewego toryczną.

I tutaj przyszedł czas na najważniejszy punkt programu, czyli naukę zakładania i zdejmowania soczewek. Oczywiście wcześniej zrobiłam wywiad z Tomkiem, który nastraszył mnie, że na początku zakładanie będzie drogą przez mękę. Będę cały czas trzeć oko. Będzie mi niewygodnie. I być może będę gubić soczewki na potęgę. W praktyce zakładanie nie okazało się aż tak straszne. Pani wytłumaczyła mi wszystko krok po kroku i udało mi się założyć obie soczewki samodzielnie. I jak prawej nie czułam w ogóle, tak ta toryczna była dla mnie niewygodna i bałam się, że przy mruganiu mi wypadnie. Dostałam lewą normalną i leżała jak ulał i na szczęście widziałam w niej równie dobrze. Tym sposobem stałam się dumną właścicielką dziesięciu par soczewek próbnych i dalszy ich los stał pod znakiem zapytania, a wszystko miało się wyjaśnić na kontroli w sobotę.

Pierwsze wrażenie? Radość. Taka ogromna, szczera i wielka radość. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że cały dzień chodziłam uśmiechnięta. Zachwycałam się absolutnie wszystkim. I nawet zastanawiałam się, czy słońce mocniej świeci, czy ja inaczej widzę, bo nie mam okularów? Na drugi dzień udało mi się je założyć samemu, w czasie trzech minut, co uważam za powód do dumy, szczególnie, że to był mój pierwszy raz. A potem były już tylko małe szczęścia. Mogłam wytuszować rzęsy nie stojąc centymetr od lustra. Mogłam iść na rower w okularach słonecznych. Nie załzawiły mi oczy, bo jakąś mądra głowa paliła śmieci w ogródku i pełno było dymu. Mogłam oglądać telewizję przytulona do Tomka i nie musiałam kombinować jak się położyć żeby było mi wygodnie, widzieć dobrze i nie gnieść oprawek. Jedyne do czego nie mogę do tej pory przywyknąć to moje odbicie w lustrze. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że mam aż tak duże oczy i aż tak długie rzęsy, co widać wyraźnie, gdy mam soczewki. Pierwszy szok minął, ale nadal przechodząc koło lustra, czy witryny sklepowej patrzę z lekkim niedowierzaniem w oku.

W sobotę byliśmy na kontroli i usłyszałam, że jak najbardziej mogę nosić dalej soczewki! Radość ogromna. Od razu kupiliśmy sobie zapas na miesiąc, płyn i opakowanie na nie dla mnie. Jeszcze tylko muszę się przemóc i spróbować w nich pływać w domowym basenie. Jednodniówki mają tą zaletę, że można w robić praktycznie wszystko i nie wypadną. W ogóle zgubienie ich graniczy z cudem. Mimo to mam gdzieś z tyłu głowy obawy, że jak zanurkuję to soczewka podryfuje na dno Atlantyku i tyle będę ją widzieć…

Jedyne rozczarowanie to fakt, że Margola nie zauważyła, że nie mamy okularów. Albo stwierdziła, że jest to tak mało ważna sprawa, że nie ma o czym mówić. Trudno… Mam nadzieję, że Rodzice zauważą, że nie noszę okularów, a Babcia się szczerze ucieszy. W końcu to Ona najbardziej rozpaczała, że muszę moje ładne oczy zakryć szkłami okularów.

596

Standardowy

Chciałam napisać o tylu pozytywnych rzeczach i niestety, ale nie da się… Tak samo jak chciałam jechać do Futury i kupić kostium kąpielowy, ale nie da się…

Margola musiałam przypomnieć o tym, że istnieje i jak to ona ma w zwyczaju, z wielkim przytupem.Spierdoliła mi dzień i jestem więcej niż pewna, że do wieczora nie będę miała ochoty wyjść z domu. W pewnym momencie chciałam to wszystko olać i nie pisać o tym. Po namyśle doszłam do wniosku, że to nie jest dobry pomysł. Nie chcę tego zapominać. I nie powinnam…

Jej humory zaczęły się już w piątek, a apogeum było dzisiaj. Od progu mina srającego kota na puszczy. Pytanie, czy Tomek był w Radwanowicach i pretensje, bo nie był. Powiedział jej, moim zdaniem bardzo słusznie, że jak tak bardzo się interesuje budową to mogła sama jechać. I zaczęło się… Pretensje i wyrzuty, połączone ze wzbudzaniem w Nim winy. A jak skończyły się jej argumenty, to rzuciła swoje słynne ‚koniec tematu’. Tym razem Tomek nie dał się tak łatwo zbyć i próbował jej cokolwiek wytłumaczyć. Tutaj muszę napisać, że przetłumaczenie jej czegokolwiek jest praktycznie niemożliwe, bo tylko i jedynie ona ma we wszystkim rację i na wszystkim się zna. Skończyło się na tym, że śmiertelnie obrażona usiadła do obiadu, na który nie miałam najmniejszej ochoty. Mało było awantur, więc wyciągnęła swój sztandarowy temat, czy Tomek był w kościele.

Siedziałam przy tym stole i dużo mnie kosztowało nie mówienie nic i ugaszenie chęci wyjścia i trzaśnięcia za sobą drzwiami. Przetrwałam zupę, drugie danie i lody, przy których zaczęła robić wycieczki w stosunku do mnie. Zaczęło się od pytania czemu to nie chodzimy do kościoła. I jak zawsze w takich sytuacjach bywa, mądra odpowiedź przyszła mi do głowy po czasie. Zamiast powiedzieć, że to moja osobista sprawa i nie muszę się jej tłumaczyć, powiedziałam że nie czuję potrzeby chodzenia do kościoła co niedzielę. W odpowiedzi usłyszałam, że ma do mnie wiele zarzutów, ale najbardziej boli ją, że odciągnęłam Tomka od kościoła. Ręce mi opadły. I wszystko inne, co może opaść też. Bo ja co niedzielę przykuwam go do kaloryfera i zabraniam iść do kościoła! To jest wolny kraj, Tomek jest dorosłym człowiekiem i sam o sobie decyduje. Tak samo, jak ja! To moja prywatna sprawa co robię w niedzielę i nic nikomu do tego!

A na koniec oczywiście w dyskusję musiał wciąć się Kruzer i swoim pierdoleniem doprowadzić mnie do szewskiej pasji. Stała nad głową i jęczała, a czemu to Tomuś nie chodzi do kościoła. A zobaczysz, że pożałujesz i będziesz płakał. I oczywiście wszystko przeze mnie…

Tym zachowaniem Margola pokazała po raz kolejny, że jest fałszywa, dwulicowa i ma absolutnie każdego za nic nie warte gówno. Przysięgam, że to jest ostatni raz, kiedy to moja noga stanęła w jej domu. Tym razem nie zapomnę i nie będę udawać, że nic się nie stało. Pierdolę ją! Pierdolę Kruzera! I pierdolę wszystko co z nią związane! Na usta cisną mi się same inwektywy, a wypowiadanie ich w myślach nie przynosi ulgi.

Po przyjściu do domu spakowałam wszystkie rzeczy, które od niej dostałam w ostatnim czasie do worka na śmieci. Powiedziałam Tomkowi żeby jej to oddał i mnie nie interesuje, co dalej z tym zrobi. Może i jest to infantylne, ale nie potrafię inaczej. Niech sama siedzi sobie w tym gównianym sosie i tapla się w fałszu i obłudzie. Co więcej, jeśli powie, że mam się wyprowadzić z jej mieszkania, zrobię to. Nie mam siły na walczenie, na kłócenie się, przepychanki słowne i udowadnianie, że jestem wartościową osobą. Dla niej byłam, jestem i będę gównem leżącym na ziemi. I idź pani w chuj…! Zatrzymam dla siebie, co ja myślę o niej…

Coś się skończyło. Przynajmniej dla mnie. Bo wiem, że Tomek za jakiś czas będzie do niej chodził i spełniała każdą jej zachciankę, żeby czasem się nie obraziła. Ale ja nie muszę. Ja zaczynam nowy rozdział w życiu, który będzie wolny od toksycznych ludzi, zakłamania, fałszu, udawania, robienia czegokolwiek wbrew sobie. Wbrew pozorom ja też mam uczucia, ja też czuję i też zasługuję na szacunek, mimo że nie jestem tak utytułowana jak niektórzy.

Czasem mam ochotę zapytać jej, czy byłaby szczęśliwsza jakbym przestała chodzić po tej ziemi? A może wystarczyłoby żeby Tomek się ze mną rozstał? Ale wiem, że nie ma jaj żeby powiedzieć mi prosto w oczy tak na oba pytania.