602

Standardowy

Mnie więcej 24 godziny temu odjeżdżałam ze stacji Statoil z prawie pełnym bakiem. W kierunku Krakowa. Chciało mi się płakać całą drogę. Nie chciałam jeszcze wyjeżdżać. Nigdy nie chcę wyjeżdżać. Zdecydowałam, że wrócę do Tomka. Może będzie fajnie…

I było. Na początku. Kupił pięć czerwonych róż. Czerwone wino do kolacji. I dwa zestawy sushi. Nie byłam głodna. Przemogłam się żeby zrobić Mu przyjemność, bo widziałam, że się starał. Głowę rozsadzał mi potworny ból i marzyłam o tym żeby położyć się do łóżka i wypłakać… Obejrzeliśmy coś w telewizji, porozmawialiśmy i było naprawdę miło.

A potem przyszedł ranek i szara rzeczywistość, od której się odzwyczaiłam. Zaczęło się od niewypowiedzianych pretensji, że o 8:30 chcę jeszcze spać. Potem pytanie, czy pojadę na budowę. Po jaką cholerę?! Wezmę książkę i będę sobie czytać, a On będzie robił swoje. Po moim trupie. Obraził się, choć starał się tego nie okazywać.

I kolejna bomba, bo nie chciałam zjeść obiadu u Kruzera. Zwykłe powiedzenie ‚nie’, które dla Niego jest nie do przyjęcia urosło do niepotrzebnej dyskusji, zwalania winy na mnie i siedzenia w osobnych pokojach. Bo tak ciężko zrozumieć, że ja czegoś nie chcę. Ciągłe przekonywanie mnie, że tak świat funkcjonuje, a ja jestem ta zła i najgorsza, bo nie potrafię się do tego przystosować. Nie umiem zaakceptować tego, że ktoś mnie obraża bez powodu, ma do mnie nieuzasadnione pretensje i robi afery co kilka miesięcy bez powodu. A On siedzi i na to patrzy i nigdy nie stanie po mojej stronie. Później słyszę, że oczywiście rozmawiał z nią na drugi dzień. Nie wierzę… Nie byłam przy tym i w to nie wierzę.

W tym momencie mam ochotę zabrać walizkę i jechać z powrotem do domu. Zadzwonić do Kubicy i zapytać, czy ma wolny jakiś pokój. A potem wrócić po resztę rzeczy z Ojcem i nigdy więcej się z Tomkiem nie spotkać. Zmęczona jestem ciągłym zwalaniem winy na mnie. Wmawianiem mi, że to ja jestem zła i ta najgorsza, która nic nie rozumie. Że jestem mściwa i mam wszystko w dupie. Dość mam płakania po kątach z Jego powodu. Swoim zachowaniem robi wszystko żebym czuła się tutaj jak gość. Żebym nie chciała wracać wcześniej, ale wtedy kiedy już naprawdę muszę. Żebym czuła się sama ze sobą jeszcze gorzej…

Ostatnie tygodnie były spokojne. Miałam w miarę ułożony plan dnia. Wiedziałam, co chcę zrobić i udawało mi się to osiągnąć. I zaczynałam się czuć dobrze sama ze sobą. Wystarczyło przyjechać do Krakowa i wszystko zostało zburzone. Nic nie jest takie jak było jeszcze dwa dni temu. Czuję się tu obco i samotnie. Nie chcę tu być…

I coraz częściej mam w głowie myśli o rozstaniu. Nieważne, czy jest dobrze, czy źle zdarza mi się usiąść i zadać sobie pytanie ‚co dalej?’. I nie potrafię sobie na nie odpowiedzieć. Nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem. Nie chcę tkwić w związku, który stoi w miejscu. W którym coraz więcej dzieli, zamiast łączyć. I cholernie boję się samotności. Stawania na nogi. Zaczynania wszystkiego od początku. Uwierzenia, że może być dobrze. Innym potrafię doradzić, a sobie nie potrafię pomóc. Nie wiem co mam zrobić…

Chciałabym wrócić do domu, położyć się w pokoju i poczekać aż przyjdzie Frodo, położy się obok i samą swoją obecnością będzie próbował poprawić mi humor…

601

Standardowy

Czy ja kiedyś wspominałam, że uwielbiam buty? To jest jedna z moich słabości. Jak upatrzę sobie jakąś parę, to chodzę w koło niej aż jej nie przecenią lub miłość wyparuje. Tak było z butami sygnowanymi nazwiskiem Natalii Vodianovej. Zwykłe szpilki w kolorze butelkowej zieleni z koroną z dżetów z tyłu. Chodziłam koło nich chyba z rok. Aż wczoraj w końcu przymierzyłam, bo były na promocji. I skończyła się miłość. Dawno nie mierzyłam tak niewygodnych butów. Źle wyprofilowane, chodzić się w nich nie dało, stać można było, ale krótko. Takie do siedzenia i wyglądania. Może jakby były w moim rozmiarze te zielone, to bym dłużej nad nimi myślała. Niestety zostały tylko brązowe, czarne i nieokreślony kolor niebieskiego. A czarnych butów mam trochę za dużo.

Wizyta w Centro prócz odczarowania butów Vodianovej zaowocowała pojawieniem się w mojej szafie dwóch nowych par. Ku swojemu zdziwieniu kupiłam lordsy! Wcześniej od samego patrzenia na te buty zbierało mi się na mdłości. I zastanawiałam się, jak mało trzeba mieć gustu żeby wyjść w czymś takim na ulicę. Zdanie zmieniłam jak je przymierzyłam. Dawno nie miałam nic tak wygodnego na nogach. Zupełnie jak łapcie, które de facto trochę te buty przypominają.A druga para to w końcu nude, na które chorowałam od dwóch lat.

I przestałam się przejmować, że mają obcas wysoki na dwanaście centymetrów. Cały okres dojrzewania miałam kompleksy z powodu swojego wzrostu. Nie chciałam chodzić w obcasach żeby nie wystawać z tłumu. Aż w końcu się przełamałam i założyłam buty na obcasie. Spodobało mi się i przestałam się przejmować innymi. Najważniejsze jest dla mnie to, że Tomkowi nie przeszkadza, że w szpilkach jestem od niego wyższa.

Z pewnością zaletą domu jest posiadanie basenu, w którym mogę siedzieć w tak upalne dni, jak dziś. I robić moje ćwiczenia z nadzieją, że przyniosą efekty…

600

Standardowy

Wczorajszy dzień był katastrofą. W każdym calu i na każdej płaszczyźnie. Najchętniej chciałabym cofnąć czas i zmienić wszystko, co miało miejsce wczoraj… Ukoronowaniem tego chusteczkowego dni był upadek telefonu. Wysunął mi się z futerału i spadł na kostkę koło domu. Podniosłam go i miałam ochotę się rozpłakać… Cały ekran jest potłuczony… I nie pociesza mnie to, że reaguje na dotyk, bo naprawa i tak kosztuje tyle samo. Za dużo… Póki co, najtańszą ofertę dostałam z jakiegoś serwisu nie wiem skąd za 330zł… Czeka mnie jeszcze wizyta w salonie Orange, ale nie spodziewam się tam cudów… W akcie skrajnej desperacji zaczęłam przeglądać ogłoszenia na Tablicy i znalazłam sporo w konkurencyjnych cenach. Niestety wiąże się to z utratą gwarancji i tutaj już pojawia się dylemat, co zrobić…?

Dzisiaj obiecałam sobie, że wstanę i będzie nowy, lepszy dzień. Był, dopóki nie zobaczyłam potłuczonego ekranu telefonu. Znów chciało mi się płakać… Wiem, że z boku to może wyglądać infantylnie, bo to tylko telefon… Dla mnie to aż telefon. Przyzwyczaiłam się do niego, polubiłam go i naprawdę nie chcę zmieniać go na stary, który chciałabym sprzedać jak najszybciej… Oczywiście w takich sytuacjach nikt telefonem nie jest zainteresowany i ogłoszenie wisi i czeka na potencjalnego klienta…

Zmieniając temat, bo pisanie i myślenie w kółko o tym samym nijak mi nie pomoże… Czytałam ostatnio sporo dobrego o olejku arganowym. Wygładza, regeneruje, nawilża. Jednym słowem kosmetyk idealny. Zwykle jak czytam takie rewelacja patrzę na nie z przymrużeniem oka. Przestałam wierzyć w kremy ujędrniające, likwidujące rozstępy i skórkę pomarańczową. Olejek arganowy zaintrygował mnie, ponieważ widziałam efekty jego działania! Ewa stosuje go od około trzech tygodni i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jest WOW! Dlatego, gdy zobaczyłam go na półce w Rossmannie nie wahałam się i od razu wylądował w moim koszyku. Stosuję go dopiero dwa dni, więc za dużo powiedzieć jeszcze nie mogę. Wieczorem smaruję nim twarz, uda i pośladki. Daję mu miesiąc i porównam efekty, które mam nadzieję będą. Póki co mogę powiedzieć, że moja skóra jest gładsza i zdecydowanie lepiej nawilżona. Taki efekt uzyskiwałam tylko przy stosowaniu Neutrogeny w zimie.

599

Standardowy

Im dalej jestem od Krakowa, tym lepiej się czuję. Naprawdę odpoczywam i relaksuję się! Nie myślę o problemach, bo przestały dla mnie tymczasowo istnieć. Mam w dupie Margolę, Szmatę i całą resztę krakowskiego towarzystwa. Dobrze mi tutaj i chciałabym żeby sierpień nigdy się nie skończył i żebym nie musiała wracać do Krakowa. Idealnie by było zmienić otoczenie na stałe. Wynieść się z Krakowa i zacząć w innym mieście. Tak zupełnie od zera. Z czystą kartką. Z nadzieją na lepsze jutro. Z uśmiechem na twarzy. Niestety, nie jest to możliwe. A przynajmniej nie z Tomkiem u boku…

A skoro jestem w temacie Tomka. Mam wątpliwości… Czy na pewno dobrze robię? Czy jestem na właściwej ścieżce? Czy mam do niego pełne zaufanie? Czy jakbyśmy się rozstali umiałabym zorganizować sobie życie? Dziwne to wszystko się zrobiło… Czasem patrzę na Nas i widzę, że Nasze drogi są zupełnie różne i w żadnym miejscu się nie spotykają. Ani teraz, ani w przyszłości. Źle mi z tym wszystkim… Może nie powinnam o tym myśleć? Może wątpliwości to dobry i zdrowy objaw? Nie wiem… Nic nie wiem. Chciałabym móc spojrzeć w szklaną kulę i zobaczyć swoją przyszłość. Jak potoczy się moje życie i czy będę szczęśliwa?

Coraz częściej mam myśli, że nic w życiu nie osiągnęłam. Zaczynam patrzeć na innych i się do nich porównywać. Że inni są po ślubie, mają pracę, dziecko w drodze lub już niedługo będzie szło do żłobka. A ja co mam? Nic. I nawet nie wiem, czy chcę to mieć i czy z Tomkiem…Miewam dni, kiedy jestem tego wszystkiego pewna. Wiem, że ten ślub kiedyś będzie, dziecko też będzie i wszystko będzie dobrze. A potem przychodzą dni, że mam same czarne myśli i nic nie jest takie, jak być powinno. Może powinnam się cieszyć z tego co mam i nie szukać dziury w całym?

Zmieniając temat na bardziej optymistyczny. Po przeczytaniu ‚Ścigając pamięć’ zebrałam się w sobie i napisałam do Szapołowskiej. Bardzo osobiście, bardzo szczerze i bez uników. Głównie chyba dla siebie, żeby móc powiedzieć komuś, co czułam i co czuję nadal. Po cichutku liczyłam na odpowiedź, a z drugiej strony byłam świadoma, że może nie odpisać z powodu masy wiadomości. Po chyba dwóch dniach dostałam odpowiedź! Popłakałam się ze szczęścia! Czytałam Jej wiadomość przez łzy szczęścia i nie dowierzałam. A jednak… Mimo, że Gwiazda, zajęta, zapracowana, to znalazła czas żeby przeczytać i napisać coś od serca w odpowiedzi. W pewien sposób spełniło się moje małe marzenie… Czasem warto zaryzykować i zrobić coś głupiego…

Zdecydowałam, że po powrocie do Krakowa znajdę sobie jakieś hobby. W ramach zabijania czasu i wychodzenia do ludzi. Nie wiem jeszcze co to będzie, ale na pewno coś będzie.