611

Standardowy

Nie raz już wspominałam, że uwielbiam gotować. I gdyby tylko stan mojego portfela mnie tak ie ograniczał, z pewnością codziennie gotowałabym coś innego na obiad. Niestety, brutalna rzeczywistość pozwala mi na szaleństwo w kuchni góra dwa razy w tygodniu. Zaspokajam swoje pasje oglądaniem książek kucharskich i programów o gotowaniu. Tak na marginesie dodam, że w tym roku planuję poprosić Babcią o książkę Gordona Ramsay’a na Święta.

W wyborze programów jestem wybredna jak na zakupach. Ten nie taki, ten ma prowadzących nie takich, ten jest nudny, a w tym nic się nie dzieje. Na polskim podwórku oglądam tylko ‚Ugotowanych’ i ‚MasterChef’. O ile do tego pierwszego nie mam większych zastrzeżeń, bo w końcu to program dla totalnych amatorów i nie szukam w nim nic więcej poza ewentualną inspiracją, tak ten drugi jest klapą, porażką i tandetą, której chyba nie będę więcej oglądać. Oczywiście sama sobie zrobiłam krzywdę oglądając cztery sezony MasterChef US. Od tej pory ten program kojarzy mi się z Gordonem, Joe i Grahamem i uczestnikami, którzy tworzą na talerzu magię.

Do tej pory mam w głowie obraz niewidomej Christine, która swoimi potrawami wprawiała w zdumienie jurorów. Pamiętam jak przyszła na casting i pomyślałam sobie, że będzie brać ich na litość. Gdy zaczęła gotować i opowiadać o sobie włączyła mi się empatia. A gdy weszła do kuchni MasteChefa trzymałam za nią kciuki w każdym odcinku. Zdarzało się, że płakałam razem z nią, zbierałam szczękę z podłogi po prezentacji jej dania z kraba i cieszyłam się razem z jej mężem, że wygrała trzecią edycję. Zasłużyła sobie. I podniosła poprzeczkę bardzo wysoko.

W ostatniej edycji zachwycił mnie Luka, który na castingu do trzeciego sezonu usłyszał, że ma potencjał, ale musi jeszcze popracować i wrócić za rok. Wrócił, zachwycił i dostał się. Na początku nie zachwycał. Wręcz dbał o moje nerwy, bo zdarzało mu się być w najgorszej trójce. I nagle, nie wiadomo dokładnie kiedy, wyrosły mu skrzydła. Uwierzył w siebie, zaczął ryzykować, porzucił włoską kuchnię, która była mu tak bliska. Pamiętam jak w półfinale powiedział, że to nie czas na sprawdzone przepisy, to czas na ryzyko i eksperymenty w kuchni. Dzięki takiej filozofii wygrał. Poziom finału był naprawdę wysoki i nie potrafiłam ocenić, które z nich było lepsze. Do głosu dochodziła sympatia i osobiste preferencje.

Teraz czekam na piąty sezon i oglądam MasterChef’a z naszego rodzimego podwórka. Oglądam i zgrzytam zębami… Ostatni odcinek pozostawił u mnie tak duży niesmak, że nie wiem, czy skuszę się na kolejny… Gotowanie na krakowskim Rynku dla tabunu dzieci. Nic nowego, bo w Stanach już to przerabiali. Pół godziny pokazywali, co gotują, jak gotują, jak jedzą dzieci, jak glosują. Wynudziłam się jak dawno nie… Zaoferowanie dzieciom nuggetów z kurczaka i naleśników nie uważam za szczyt możliwości. O wiele lepsza była pizza i ciasto czekoladowe. Nie od dziś wiadomo, że czekolada to jest to i nic nie ma prawa z nią konkurować. Przegrana drużyna ma test eliminację, a w nim nazwać jak najwięcej owoców i warzyw świata. Powinnam przemilczeć fakt, że najlepsza osoba miała chyba dziewięć trafię, a najgorsza zero i to ona odpadła z programu. Zero gotowania, zero nowych potraw i zero wyjaśnienia, co to za owoce i warzywa były. Chyba wymienienie ich nazw ku potomności nie zajmuje aż tak wiele czasu?! Szczególnie, że to program o gotowaniu?!

Parę innych dziwnych sytuacji, w moim odczuciu. Temat zadania: danie z ziemniaka. W amerykańskiej edycji może jeden placek ziemniaczany by się trafił. W polskiej były same placki ziemniaczane, które nie były plackami. Powrzucali do nich cukinię, marchewkę, kiełki i inne bajery tylko po to żeby zaimponować jury. Jakbym już porwała się na placek ziemniaczany to zrobiłabym prosty placek ziemniaczany z cukrem. Bez zbędnych dodatków. Ale to jest MasterChef i takie danie jest według mnie nieco za proste… Tak samo, gdy mam do dyspozycji całego kurczaka i wybieram z niego pierś albo nóżkę, a obok kładę sałatę. Z drugiej strony, czemu wymagać od uczestników za dużo skoro w poprzedniej edycji, gdy gościem specjalnym był Joe Bastianich, dostali gotowy makaron. Tak, program z Włochem i korzystamy z gotowego makaronu! Ja bym się chyba ze wstydu spaliła i sama oddała fartuch żeby się nie kompromitować bardziej…

Zastanawiam się czemu u nas wszystko musi być gorsze, byle jakie, nie inspirujące nikogo i bazujące na historii, która ma wzruszać, a zupełnie nie pasuje do formuły programu? Nie uwierzę, że ktoś się zapytał mamy, jak zrobić ciasto na pierogi tuż przed eliminacjami i miał takie niesamowite szczęście, że jego pierogi były idealne. Nie rozumiem, czemu polski MasterChef musi być o ludziach, którzy opowiadają swoje życiowe historie, a nie pokazują na talerzu co potrafią… Czemu danie z jajka to musi być jajecznica lub jajko na twardo, a największym szaleństwem jest naleśnik. Czy my naprawdę nie umiemy gotować i musimy być traktowani jak analfabeci kulinarni? I korzystać z gotowych półproduktów, które w amerykańskiej edycji uczestnicy robią sami w dokładne tym samym czasie?

Nie chcę nawet zaczynać tematu jurorów, bo to też temat rzeka. Z całej trójki słyszałam tylko o Magdzie Gessler, która coraz bardziej chce pokazać, że może wszystko i jest polskim Gordonem Ramsay’em. Tylko im bardziej się stara, tym bardziej jest sztuczna i nadęta. Ania Starmach ma wieczny szczękościsk i wsławiła się tym, że ukończyła szkołę kucharzy. A zaraz po pierwszej edycji MasterChef’a szybciutko dostała swój program w TVN, żeby nikt nie powiedział, że została wzięta z ulicy. A Michel Moran? Chyba miał być brzydszą wersją Dżoany, bo też nie wiedziałam o nim nic i podejrzewam, że reszta oglądającego społeczeństwa również. Szkoda tylko, że program, który mógłby być bombą i powiewem świeżości, zrobił się połączeniem ‚Urzekła mnie twoja historia’ i ‚Trudnych spraw’…

610

Standardowy

Przed chwilą wyszedł ode mnie Kamil. Wpadł na chwilę oddać wypasiony miernik Tomka i wypadł. W międzyczasie wypił Colę i pochwalił się, że będzie tatusiem. Już w marcu lub kwietniu. Bo Karolinka z epoki Jane Austen jest w 13 tygodniu ciąży.

Byłam w szoku, nie będę tego ukrywać. Jeszcze dzisiaj rozmawialiśmy z Tomkiem na temat ich małżeństwa i sypialni, która zamiast koloru czerwonego ma zielony. A tu taka niespodzianka! Starali się tylko dwa cykle i udało się. Nie chciałam wypytywać o szczegóły, choć wiem, że pewnie bym się ich dowiedziała. W moim wyobrażeniu wyglądało to tak, że udostępniła mu swoje ciało żeby mógł złożyć w nim swój materiał genetyczny. Tak, jestem złośliwa. I nie zamierzam tego zmieniać. Po prostu nie wierzę w tą ich wielką miłość i małżeństwo idealne. I nie chce mi się po raz kolejny powtarzać, że prędzej czy później skończy się to rozwodem…

Na chwilę stanęłam i zastanowiłam się, czy im zazdroszczę? Mogę z ręką na sercu odpowiedzieć, że nie. Mam swoje lata, może i mój zegar biologiczny tyka i co z tego? Nie spieszę się. Dla mnie ważne jest zarówno to, co dzieje się teraz, jak i ślub jak z bajki i potem staranie się o te wymarzone przeze mnie bliźniaki. Może czasem poczuję się staro, bo nie mam obrączki na placu i za rękę nie trzyma mnie rozwrzeszczany bachor. Ale to tylko chwile… Kiedyś chciałam mieć dziecko przed 25 rokiem życia. Teraz nie planuję, nie daję sobie czasu, nie zakładam górnych granic. Na wszystko jest czas…

Nawet na ten ślub jak z bajki… Chciałabym przekornie w grudniu. Bo wszyscy biorą w miesiącach letnich. Żeby świeciło słońce. Ptaszki ćwierkały. A goście rzygali tęczą. A ja chcę w grudniu. Zaraz po Świętach. A jeszcze przed Sylwestrem. Żeby na Sylwestra móc wyjechać już razem. Choćby do innego miasta, nie musi być inne państwo. Chcę mieć biały śnieg, który będzie skrzypiał pod butami. Chociaż jestem świadoma, że to mogę sobie włożyć między bajki. Chcę kościół pełen gości. Chcę żeby każda ważna dla mnie osoba z mojej licznej rodziny była. Żeby przyjechali z Gdańska, Wrocławia, Wałbrzycha, Sieradza, Warty i nawet Irlandii. Chcę żeby moja Świadkowa była równie szczęśliwa jak ja. Chcę mieć kolorowe paznokcie i buty w tym samym kolorze. Chcę mieć idealną suknię ślubną, w której będę wyglądać zjawiskowo. Też mam świadomość, że takiej jeszcze nie uszyto i że proces jej szukania będzie wyzwaniem, które spokojnie można będzie porównać do wyprawy po Złote Runo. Chcę też Mieszka, który wygłosi w końcu porządne kazanie. Chcę Mielca, który Nam tego ślubu udzieli. Chcę idealnego pierwszego tańca. I zabawy do białego rana. I poprawin na drugi dzień.

609

Standardowy

Margola wróciła i to niestety już bardziej na stałe. Oczywiście będą się zdarzać wyjazdy na konferencje, czy inne pierdoły, ale niestety już nie na dwa tygodnie, ale na góra dwa dni. Póki co nie jest inwazyjna, nie robi awantur, nie wtrąca się i nie czepia. Pewnie dlatego, że obok jest Wojtek i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie obok praktycznie w każdy weekend. Jego osoba oczywiście nie gwarantuje świętego spokoju, ale zawsze lepsze to niż nic. Ja ze swojej strony staram się unikać jej ile mogę. Nie odzywać się za dużo, bo nie znam dnia, ani godziny, kiedy to moje słowa zostaną wykorzystane przeciwko mnie. Siedzę, obserwuję, przepuszczam przez głowę lub układam sobie dialogi różnorakiej maści.

Niestety nie zawsze potrafię trzymać język za zębami. Jak zaczyna się temat biednej Zosi i biednego Adasia krew we mnie wrze i mam ochotę gryźć, kopać, drapać, pluć! Zapomniałam dodać, że Margola jest mistrzynią psucia każdej miłej chwili, których i tak jest mało. Wczoraj siedzieliśmy w Europejskiej, piliśmy swoje drinki i rozmawialiśmy o niczym. Prawie jak normalna rodzina. I musiała zacząć o Zosi, która na własne życzenie doprowadziła się do stanu wegetującego warzywa i wszyscy w koło powinni się nad nią trząść i jej współczuć. Dla jej osoby pokłady mojej empatii są całkowicie wyczerpane. Zero współczucia. Zero troski. Zero chęci pomocy. Najchętniej bym o niej nie słyszała nigdy, bo mam autentycznie odruch wymiotny! Mało tego. Adaś też jest biedny, bo musi pomagać przy chorej matce i to dla niego straszna trauma i nie wiadomo jak on sobie z tym radzi. Nie wytrzymałam. Powiedziałam, że ma być lekarzem i powinien wyrabiać sobie empatię na własnej matce żeby potem mógł pomagać innym pacjentom, a nie zasilać grono tępych konowałów. Cisza, a potem lawina usprawiedliwień pod jego adresem. Wyłączyłam się. A w mojej głowie widziałam obrazek siebie siedzącej, z potokiem łez na policzkach.

Czemu nie potrafię odpuścić? Bo mam dość słuchania o tym jaki to Adaś biedny! Ja też byłam biedna i potrzebowałam pomocy. Chociaż jednego ciepłego słowa, czy durnego przytulenia. Dostałam gówno na patyku. Może nie uczestniczyłam we wszystkim w takim stopniu, jak Adam, bo nie mieszkałam z Babcią. Ale dawałam ile mogłam i kiedy tylko mogłam… Nie lubię do tego wracać. Rozdrapywać na nowo ran, które chyba zaczynają się goić. Nadal noszę w sobie niektóre lęki. Boję się leżeć w łóżku i gapić w sufit, jak nie mogę zasnąć. Wstaję, skaczę po Internecie, czasem czytam książkę. Wszystko, byle tylko nie leżeć i nie myśleć.

Gdy zasypiam muszę czuć Tomka. Nie jestem typem, który zasypia przytulony całym ciałem do drugiej osoby i koniecznie pod jedną kołdrą. Cenię sobie osobne kołdry, ciepło, możliwość zamknięcia się w swoim świecie. Ale muszę Go czuć. Trzymać za rękę, czy choćby położyć rękę na Jego plecach. Żeby nie czuć samotności… W lutym, gdy miałam problemy ze snem, uspokajałam się tylko wtedy, gdy trzymałam Tomka za rękę. Nie wiem czy był tego świadomy, bo nigdy Mu o tym nie mówiłam, ale nie puszczał mnie całą noc. Dawał poczucie bezpieczeństwa.

Panikuję, gdy na wyświetlaczu telefonu widzę nieodebrane połączenie w połączeniu z smsem. Od razu przenoszę się w czasie do początku lutego… Na chwilę tylko, ale czasem to wystarcza. Jestem wytrącona z równowagi i potrzebuję paru chwil żeby wrócić na stare tory.

Myślę, że jeszcze nie wróciłam do całkowitej równowagi. Uczę się… Na sporo rzeczy patrzę inaczej… Ewa była pierwszą osobą, której powiedziałam wszystko, co trzymałam w sobie przez te pół roku. Nie chciałam niczego więcej, niż tylko wysłuchania… Nadal mam ogromny żal i do Tomka i do Margoli. Za brak zrozumienia i pomocy wtedy. Nie zapomnę jej nigdy, jak wydzwaniała po pogrzebie do Tomka żeby wracał jak najszybciej do domu. A ja wtedy najbardziej potrzebowałam żeby ktoś przy mnie posiedział i poczekał aż może zasnę… Pamiętam, że wróciliśmy do domu, przebrał się i pojechał do domu. Ja zostałam sama. Założyłam dres, włączyłam telewizor, zapaliłam świeczkę i położyłam się na kanapie w salonie licząc, że uda mi się zasnąć… Byłam wtedy sama, bo ona musiała pokazać, że jej musi być na wierzchu! Nigdy nie zapytała, jak się czuję, jak radzi sobie Babcia. I to bolało… A boli jeszcze bardziej jak słucham o Adasiu, który jest taki biedny. Każdy w swoim życiu jest w którymś momencie biedny i potrzebuje wsparcia. Ja swojego nie dostałam… Ja dostaję tylko kopa w dupę, bo nie spełniam wymagań i ktoś ma do mnie wiele zastrzeżeń. Nie zasłużyłam na bycie biedą choćby przez minutę w swoim życiu.

608

Standardowy

Udało mi się wygrać podwójne wejściówki na Enemefa i w rezultacie obejrzeliśmy wczoraj z Tomkiem kawał dobrego, polskiego kina. Jedynym zgrzytem był fakt, że przy wpuszczaniu na salę bileterka powiedziała, że mamy picie zakupione poza Multikinem oddać w depozyt w kawiarni. Naiwnie wierzyła, że pójdę i to zrobię. Poszłam, schowałam napój do torebki i wróciłam do kolejki. To nie koniec niespodzianek. Obok bileterki stał stary dziad udający ochroniarza i grzebiący w torebkach każdego. Udało mi się przejść obok, wykorzystując fakt, że był zajęty trzepaniem jakiegoś kolesia. Gwarantuję, że jakby doszedł do mnie nie pokazałabym mu zawartości torebki. A jakby mnie nie chciał wpuścić na salę poprosiłabym o rozmowę z kierownikiem. Nie będę oddawać do depozytu kanapek, które zrobiłam w domu i wody mineralnej, bo muszę kupić zleżały i śmierdzący popcorn i wygazowaną Colę za wygórowaną cenę, ale za to z logiem Multikina. A jakby mnie nie chcieli wpuścić odwróciłabym się na pięcie i poszła do domu.

Nienawidzę wchodzenia w moją prywatność głębiej niż pozwalają na to granice. Pamiętam sytuację z przed paru lat. Poszłam z Byłą Przyjaciółką i jej koleżankami z roku na dyskotekę. Przy wejściu oczywiście dwóch ochroniarzy. Dziewczyny obmacali z góry na dół. Kiedy doszedł do mnie powiedziałam mu, że jak mnie dotknie oskarżę go o molestowanie seksualne. Podziałało. Zrobił się czerwony i powiedział, że do torebki musi zajrzeć. Od tej pory w tym miejscu obok ochroniarza jest też kobieta i to ona zajmuje się przeszukiwaniem swojej płci. Nie wiem, czy to moja zasługa i nie obchodzi mnie. Ja po prostu nie pozwalam na przekraczanie pewnych granic.

A wracając do maratonu. Nie liczyłam, że uda się nam dotrwać do końca. Wyszliśmy przed ostatnim filmem. Powodem nie było zmęczenie i senność. Zaczynało mi być niewygodnie w absolutnie każdej pozycji. Bolał mnie kręgosłup, nogi, wszystko! Z drugiej strony trzy na cztery filmy to naprawdę dobry wynik.

Zaczęło się od ‚W imię…’, które oboje chcieliśmy zobaczyć. Ja jestem fanką Szumowskiej od zawsze i wiem, że jej filmy są specyficzne i nie każdemu przypadną do gustu. Porusza trudne tematy. Jest odbierana jako kontrowersyjna osoba. A z drugiej strony rok w rok z Berlinale wraca z nagrodami. ‚W imię…’ już ma dobrą reklamę, bo porusza kontrowersyjną tematykę. Według mnie nie ma w tym nic szokującego. Problem jaki może dotyczyć każdego, nie tylko faceta w sutannie. Pokazuje jakim jesteśmy nietolerancyjnym społeczeństwem. Jak hermetyczną instytucją jest kościół. Jak jesteś inny, myślisz inaczej i nie mówisz jednym głosem z resztą, to wypierdalaj na prowincję, gdzie zostaniesz zapomniany i szybciej wpadniesz w depresję, niż zdecydujesz się poddać presji i zmienić siebie. Pokazuje też samotność księży. Niby otoczeni masą wiernych, którym pomagają. A gdy przychodzi wieczór są sami. To samo rano. Budzą się i mają koło siebie nikogo. I dlatego są bardziej narażeni na uzależnienie od alkoholu niż reszta społeczeństwa.

Poza tym ten film jest naprawdę dobrze nakręcony. Inaczej. Widać, że Szumowska patrzy na świat inaczej. Inaczej go kręci. Ma inną wrażliwość. Scena w kukurydzy mnie urzekła. Tak samo z procesją idącą przez wieś. Tutaj dobrze zagrała muzyka w tle. Rzadko się zdarza, że wychodzę z kina i szukam piosenki, którą usłyszałam w filmie, a potem słucham jej w kółko…

Potem było ‚Imagine’, co do którego miałam spore obawy. I pierwsze minuty to potwierdziły. Nie działo się nic, a ja miałam ochotę wstać i wyjść. Zagryzłam zęby, zjadłam pół paczki krakersów i wytrzymałam. I film się niespodziewanie rozkręcił. Coś się zaczęło dziać. I było naprawdę interesująco. Nigdy bym sama z siebie nie sięgnęła po takie kino. Bo jestem uprzedzona. Bo lubię filmy łatwe, lekkie i przyjemne. Bo film musi mnie czymś zaciekawić. Choćby zwiastunem. W ‚Imagine’ nie ciekawiło mnie nic, a po napisach końcowych byłam oczarowana. I nawet przez myśl mi przeszło, że to byłby dobry kandydat do Oscara. Coś innego niż Wajda i jego wielkie kino, poparte jeszcze większym nazwiskiem…

Ostatnie co obejrzeliśmy to była ‚Dziewczyna z szafy’. Chciałam to zobaczyć po rekomendacji Mamy, która powiedziała, że to film, z którego nie można wyjść obojętnym. Każdy go odbiera inaczej, ale zawsze jakoś. Zachwyca Mecwaldowski. Zachwyca Różańska. Zachwyca wątek główny. Bo można z kimś chcieć zostać, bo po prostu jest fajny. I nawet poleciała mi łza. Sama z siebie. Gdy Magda zabrała Tomka na dach żeby pokazać miasto nocą…

To był długi wieczór z naprawdę dobrym, polskim kinem. Wyszliśmy zaskoczeni, że w polskim kinie może dziać się tyle ciekawych rzeczy, które przechodzą często bez echa, bo są polskie. A odkąd wstałam zasłuchuję się w Band of Horses. Tak na odmianę. Tak jeszcze pod wpływem.

607

Standardowy

Mamy w Krakowie Tydzień Zrównoważonego Transportu i jak co roku Dzień Bez Samochodu. Wszystko po to, by zachęcić ludzi do odstawienia aut do garażu i skorzystania z komunikacji miejskiej. Według mnie jak ktoś nie chce, to nic go nie przekona. Nawet jak podsunie mu się pod nos kalkulacje ile kosztuje benzyna i bilet miesięczny i po jakim czasie się on zwraca. Nie i już! Bo samochód to wyznacznik statusu społecznego i tylko plebs jeździ autobusami i tramwajami. I metrem. To się tyczy tylko warszawskiego plebsu, który stoi wyżej niż reszta.

Mnie przekonywać nie trzeba. Dla mnie o niebo lepszym wyjściem jest komunikacja miejska niż stanie w korku w samochodzie i dłubanie w nosie z nudy, bo nic innego robić nie można. Nie znaczy to, że nie korzystam z samochodu. Korzystam. Jak muszę. Czyli na zakupy, do kina wieczorową porą i na trasie Kraków – Pabianice. Czasem diabeł mnie podkusi i decyduję się jechać na drugi koniec miasta autem. Kończy się to zawsze tak samo: przeklinaniem, toną straconych nerwów, złością wypływającą z każdej części mego ciała i powtarzaniem, że nigdy więcej nie wsiądę w samochód. Aż do następnego takiego mądrego pomysłu oczywiście.

Na co dzień korzystam z komunikacji miejskiej. Czemu? Bo jest taniej. Wygodniej. Nie tracę czasu stojąc w korku. Bo wtedy czytam książkę. I słucham muzyki, którą sama wybieram, a nie tej, którą wybiera za mnie stacja radiowa. Czasem zdarza mi się zasnąć i w ekstremalnych przypadkach przejechać kilka przystanków za daleko. Mogę obserwować ciekawe ludzkie zachowania, których nigdy bym nie zobaczyła tkwiąc w samochodzie. Mogę posłuchać narzekania innych na cały świat. Gdyby nie autobusy i tramwaje przeczytałabym połowę mniej książek w roku. Naprawdę! Najwięcej czytam w komunikacji miejskiej. Często nawet na stojąco, jak nie ma wolnego miejsca, albo jest za dużo krewetek. Nie mówiąc już o tym, że korzystanie z autobusu pozwala na spontaniczne wypicie piwa na mieście czy grzańca podczas Jarmarku Bożonarodzeniowego.

I naprawdę nie mogę zrozumieć czemu tyle ludzi woli jazdę samochodem?! I niestety coraz więcej moich rówieśników rezygnuje z komunikacji miejskiej. Patrzę na nich i widzę takich starych – malutkich. Jesteśmy dorośli, bo jeździmy autem i stać nas na benzynę. A ty nadal jesteś gówniarą, bo kupujesz kartę i tłuczesz się autobusami. Mogę jeszcze zrozumieć sytuację, gdy ktoś mieszka pod miastem i ma kiepski dojazd. Ale nie, gdy mieszka się koło przystanku autobusowego i tramwajowego i można dowolnie przebierać w środkach transportu!

Na swoim koncie mogę zapisać jeden sukces. Odkleiłam jakiś czas temu Tomka od samochodu. Teraz jeździ głównie komunikacją miejską. Oczywiście sam się nie przyzna, że to z mojego powodu. Będzie tłumaczył, że ceny benzyny poszły w górę. Że mamy fantastyczne połączenia spod bloku. Doskonale pamiętam czasy, gdy potrafił jechać cztery przystanki autem, w sytuacji gdy miał autobus spod domu pod samą uczelnię. I tłumaczył się, że autobus stoi w korku. W tym samy, co samochód. Tylko o tym zapominał.

I jakby tak co roku choć jedna osoba rezygnowała z auta na rzecz komunikacji miejskiej korki byłyby mniejsze… Pomarzyć dobra rzecz…