613

Standardowy

Moje mieszkanie to mój azyl. Mimo, że nie do końca jest moje i pewnie nigdy nie będzie. Ważne jest to, że czuję się w nim swobodnie, nie muszę chodzić na palcach, nie muszę myśleć zanim powiem, nie muszę być ubrana estetycznie dla oka. Wielu rzeczy nie muszę, a wiele mogę. Dlatego też nigdy nie zostaję u kogoś na noc po imprezie i unikam jak ognia dawania noclegu moim gościom. Po całonocnym czy też kilkugodzinnym siedzeniu nad butelką wina lub wódki potrzebuję rano snu i świętego spokoju. Potrzebuję leżeć w łóżku, aż nie poczuję się lepiej. Potrzebuję chodzić po mieszkaniu jak zombie i mieć świadomość, że nikt na mnie nie patrzy i nikogo nie mam na głowie.

Czemu o tym w ogóle piszę? Żeby przy okazji, która mam nadzieję się prędko nie zdarzy, przeczytać to, dać sobie w pysk i podjąć właściwą decyzję.

Nienawidzę gdy ktoś u mnie nocuje i nadużywa mojej gościnności. Pościelić łóżko i udostępnić osobny pokój do spania to mało, trzeba jeszcze podać piżamę. Rano zrobić śniadanie, bo jak nie to goście sami się obsłużą i gospodarzom nie dadzą nic. O zmywaniu i sprzątaniu po sobie nie słyszeli, więc chlew w kuchni zostaje. Usiąść w cywilizowany sposób przy stole też nie można, bo lepiej jest uwalić dupę na blacie, a jak chce się coś wyjąć z szuflady to podnieść do góry nogi i czekać na zachwyty nad umięśnionymi nogami. A na koniec strzelić focha, bo gospodarz musi wyjść z domu i kończy się siedzenie na krzywego ryja w ciepłym mieszkaniu. Oczywiście na odchodnym trzeba jeszcze raz pokazać, że kultura osobista to drugie imię gościa i skorzystać z nie swojego ręcznika, oczywiście bez pytania, a potem mokry rzucić w kąt łazienki i nie przejmować się niczym.

Na równi z traktowaniem mojego mieszkania jak hotelu pięciogwiazdkowego drażni mnie przychodzenie na imprezę z pustymi rękoma. Nienawidzę! Nie sram pieniędzmi, ani też pieniądze nie rosną mi w szafkach. Płacę ze swojej kieszeni za alkohol i jedzenie i oczekuję dorzucenia się do interesu. Ewentualnie może być zaproszenie zwrotne na imprezę tym razem w miejscu zamieszkania gościa. Ani z jednym, ani z drugim ostatnio się nie spotkałam. Było za to picie i jedzeni na krzywego ryja, zero pomocy przy nakrywaniu do stołu, zero pomocy przy zabieraniu rzeczy z samochodu i oglądanie sufitu na przemian z podłogą w chwili płacenia przy kasie.

Tym samym cykl imprez dla pewnego grona został zamknięty. Teraz w grę wchodzą tylko spotkania na mieście, a i tak jest to ostateczność. Bo znając pewnych ludzi i ich zachowanie (nie wiem czy jest to bezczelność czy tupet) nie zapłacą za swoje drinki, nie postawią reszcie drinka, a jeszcze się obrażą, bo nie dostały nic za samo to, że są i umilają swoją osobą wieczór.

P.S. Równie mocno jak cwaniaki wkurzają mnie kurierzy, którzy dzwonią o 7:41, że między 11:00 a 12:00 będą z paczką i są o każdej innej porze, tylko nie tej, którą zapowiedzieli.

612

Standardowy

Przyszedł październik, a ja doszłam do wniosku, że wszelkiej maści planowania, robienia listy rzeczy do zrobienia, wybieganie w przyszłość nie mają sensu. Nie stanę się przez to lepsza, bardziej uporządkowana, zorganizowana i idealna. Bardziej liczy się tu i teraz, chwila obecna, która mija zdecydowanie za szybko. Wstaję rano i z przerażeniem wyglądam za okno. Liści coraz mniej na drzewach, coraz więcej z jest już żółta.

Słońce świeci krótko. Zdarza się, że wychodzę w okularach słonecznych na nosie, a wracam z nimi leżącymi gdzieś na dnie torebki. I robi się coraz chłodniej. Już nie mogę założyć pierwszej lepszej z brzegu bluzki, włożyć na wierzch żakietu i wyjść. Teraz muszę starannie przemyśleć mój strój. Żeby rano za bardzo nie zmarznąć, w ciągu dnia nie narzekać, że mi za ciepło i nie marudzić wieczorem na wdzierający się pod kurtkę wiatr. Wczoraj poddałam się i wyciągnęłam rękawiczki. Wszystko zniosę, ale nie skostniałe ręce, które potem są nieprzyjemne w dotyku i potrzebują całonocnej reanimacji kremem.

A z drugiej strony bronię się przed tą jesienią rękami i nogami. Zakładam na nos okulary słoneczne. Chodzę w baletkach, lordach i odwlekam moment wyciągnięcia z szafy kozaków i innych jesiennych butów. Nie zakładam jeszcze grubych swetrów, bo coś musi zostać na zimę. Tak samo, jak nie oddałam jeszcze zimowej kurtki do naprawy. I jeśli się nie pospieszę mogę mieć kolejną zimę pod znakiem walki z ekspresem przed każdym wyjściem, a w konsekwencji biegi na czas na autobus lub tramwaj.

Jedyne co jest stałe to moja walka o nową, lepszą wersję mnie. Też bez planowania. Bez zakładania minimum czy maksimum. Cel jest nadal ten sam. Droga nadal długa, kręta i wyboista. Nie potrzebuję kibiców, motywatorów ani bata nad dupą. Sama do tego dojdę. Kiedyś… Cierpliwie czekam na to kiedyś…