616

Standardowy

Jakiś czas temu przeglądając różnorakie blogi natknęłam się na informację o ANTYfanpage’u Ewy Chodakowskiej. Weszłam z ciekawości. Od progu informacja, że tylko obiektywne informacje. Czy aby na pewno?

Wchodząc na taką stronę spodziewałam się pokazania palcem błędów i skorygowania ich. Rzetelnych informacji, wymiany doświadczeń, ciekawych przepisów. Jednym słowem wszystkiego, czego nie ma na stronie Ewki, a tak brakuje osobom lubiącym jej anty fan page. Znajdujemy głównie linki do artykułów, które krytykują Ewę i jej metody treningowe, jej sposób myślenia i prowadzenia strony, a w komentarzach wylewanie na siebie jadu i żółci.

Od razu zaznaczę, że oddaną fanką Ewy nie jestem i pewnie nigdy nie będę. Wkurza mnie sposób w jaki prowadzi swoją stronę. Te tony serduszek, te mordki, za które mam ochotę komuś dać po gębie, endorfiny, które wylewają się uszami i zalewają nas swoim potokiem i dzięki nim się uśmiechamy. Tylko, że nie po to zaczęłam się nią interesować. Chciałam zacząć ćwiczyć, chciałam schudnąć, chciałam poprawić wygląd swojego ciała. Korzystałam z porad treningowych, z przepisów, które sporadycznie się pojawiały i może ze dwa razy napisałam coś na jej ścianie. Oczywiście w odpowiedzi dostałam wsparcie miliarda ‚endorfinek’, ale nie potrzebowałam tego, więc nawet nie kłopotałam się śledzeniem tej dyskusji. Nie biegałam do kiosku po najnowszy numer Shape z jej płytą, bo i tak nie mam w domu odtwarzacza DVD. Programów szukałam w Internecie i zapisywałam na swoim dysku, a potem ćwiczyłam przed telewizorem. Przychodziły dni, że Ewa mnie nudziła, chciałam czegoś innego albo po prostu nie ćwiczyłam nic, bo nie znalazłam niczego odpowiedniego na dany moment…

Jednak z ręką na sercu muszę przyznać, że Ewa mi pomogła. Ruszyła mnie z kanapy. Zgubiłam parę centymetrów w talii i brzuchu, które trzymają się do dzisiaj, wysmukliłam łydki. Nie pomogła na biodra i uda i nad tym muszę jeszcze popracować. Na dzień dzisiejszy przestałam z nią ćwiczyć, bo zaczęła mnie nudzić. W kółko te same ćwiczenia, modyfikacje modyfikacji, brak rozgrzewki przed treningiem i porządnego rozciągania po… I jeszcze fakt, że po skończonych ćwiczeniach Ewa wygląda tak samo idealnie, jak przed. Ze mnie pot ścieka strumieniami, buzię mam czerwoną jak burak, włosy w kompletnym nieładzie, a Ewa mogłaby iść na imprezę koktajlową. Przez to stała się dla mnie mało wiarygodna…

Zauważyłam, że zrobiła się nagonka na Ewę. Udziela wywiadów w kolorowych gazetach – źle. Otworzyła fundację – źle. Wydaje książki – źle. Przychodzi do telewizji śniadaniowej – źle. Chodzi na co dzień w dresie – źle. Wszystko co tylko zrobi jest złe i niedobre. Powinna być wolontariuszką i swoje programy rozdawać za darmo w centrach miast. Powinna prowadzić warsztaty za darmo. Powinna codziennie zamieszczać na swojej stronie nowy trening i jadłospis. Nie powinna pokazywać się w mediach. Czy to nie paranoja? Normalne jest dla mnie, że korzysta ze sławy i swoich pięciu minut. Za rok czy dwa ludzie o niej zapomną i choćby stawała na głowie nie przebije się do mediów. Czy to źle, że wydaje książki i robi własne programy treningowe i na nich zarabia? Trzeba z czegoś żyć, mieć co położyć na chleb, mieć na czynsz i miesięczne opłaty… Nie zauważyłam żeby w Stanach ludzie bojkotowali Zuzkę, bo założyła płatną siłownię internetową, czy wydaje kolejne płyty ze swoimi programami treningowymi…

Podsumowując… Nie uważam, że Ewa jest idealna i każdy powinien ją kochać. Ma swoje wady i zalety, ale trzeba jej oddać jedno, dzięki niej bardzo dużo kobiet ruszyło tyłki z kanap i zaczęło ćwiczyć w domu. Zarabia na swoich programach, ale jest to normalna kolej rzeczy. Każdy by tak zrobił, nawet jak czytając to bije się w piersi i zarzeka, że on nigdy w życiu by tak nie zrobił. Pojawia się mediach i kolorowych gazetach, ale to też część jej autopromocji i korzystania ze swoich pięciu minut. Prowadzi w specyficzny sposób swój fan page, jednak można się od tego odciąć i nie być kolejną ‚endorfinką’ czy ‚mordką’. Nie musimy myśleć jak Ewa, być jak Ewa i ćwiczyć jak Ewa. Wystarczy żeby docenić to, co zrobiła dla innych. Zacząć z nią ćwiczyć, odkleić się od kanapy, a z czasem kontynuować treningi czy to na siłowni, czy we własnym zakresie w domu. I przestać krytykować i wylewać jad, bo od tego nie będzie Ewy mniej w mediach…

615

Standardowy

Parę lat temu, kiedy byłam piękna i młoda, oddałam swoje serce koszykówce. Zaczęło się od przypadku, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, a skończyło na fascynacji graniczącej z obsesją. Chodziłam na mecze w Pabianicach, jeździłam do Łodzi, byłam we Wrocławiu i ten wyjazd do dzisiaj wspominam z największym sentymentem i łezką w oku. W tym okresie mojego życia poznałam masę fantastycznych ludzi, z którymi w większości niestety urwał się kontakt. Potem przyplątała się kontuzja kolana i treningi też się skończyły. A później i drużyna się rozpadła całkowicie i nawet jakbym chciała, to nie było do czego wracać. Jednak dalej chodziłam na mecze. Z nadzieją w sercu, że w końcu Mistrz Polski wróci do Pabianic…

A w końcu wyjechałam do Krakowa i moja przygoda z koszykówka się skończyła. Obiecywałam sobie, że pójdę na mecz, jak nasze dziewczyny przyjadą, ale jakoś nigdy to nie dochodziło do skutku. Nie miałam z kimś iść, sama nie chciałam, no i ta Wisła jakoś nie do końca mi pasowała i nie była po drodze. Starałam się śledzić w miarę regularnie wyniki meczów i aktualny stan w tabeli, orientowałam się kto jest Mistrzem Polski. A z czasem coraz bardziej się od tego oddalałam. Pabianice spadły do pierwszej ligi, sponsor tytularny się wycofał i koszykówka w tym mieście stała pod dużym znakiem zapytania. Niestety, sytuacja utrzymuje się do dzisiaj. Mało kogo interesuje, że w tym mieście drużyna powstała od zera, awansowała do ekstraklasy i cztery razy pod rząd zdobyła złoty medal. A z czasem same Pabianice stały się rozpoznawalne właśnie dzięki naszym koszykarkom, mimo że tradycji sportowych w tej dyscyplinie nie mieliśmy żadnych. Ważniejsza jest piłka nożna i piłkarze, których największym osiągnięciem jest utrzymanie się w czwartej lidze. Nie o tym jednak chciałam…

Po dziewięciu latach dojrzałam do tego, by chcieć iść na mecz. Namówiłam Tomka i idziemy razem. Jak się czuję? Nie potrafię tego opisać jednym słowem. Mieszają się ze sobą euforia i strach, zniecierpliwienie i radość, podniecenie i obawa. A przez głowę przetaczają się miliony pytań. Czy będzie tak jak dawniej? Czy mi się spodoba? Czy będę w stanie kibicować Wiśle i cieszyć się z jej zwycięstwa? Czy udzielą mi się emocje? Czy wyrwie się z moich ust ‚sędzia chuj’? Czy popłaczę się na widok parkietu, na którym będą rozgrzewać się Wiślaczki? Czy wyjdę z meczu rozemocjonowana i będę chciała wrócić na Reymonta jak najszybciej?

Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Chciałabym żeby było jak dawniej. Bolące ręce, zdarte gardło, taniec szczęścia i niekończące się pomeczowe rozmowy, byle tylko nie wychodzić z hali. Tego ostatniego może nie być, ponieważ nie będzie obok mnie masy ludzi, którzy podzielają moją pasję. Nie będzie Fikora, który pożyczy mi swoją legitymację dziennikarską żebym mogła wejść na konferencję. Nie będzie Madzi w czerwonym swetrze, która z wypiekami na twarzy będzie czekała na Monikę Krawiec. Nie będzie Juve, która w najbardziej poważnym momencie potrafiła powiedzieć coś głupiego i doprowadzić do śmiechu absolutnie każdego.

Jednak piszę to i po policzkach płyną mi łzy szczęścia. Nie mogę się doczekać! Mam świadomość, że nie będzie tak jak kiedyś. Będzie inaczej. Ale to inaczej wcale nie musi oznaczać gorzej… Tylko ode mnie zależy jak będzie. Czy oswoję sobie tą krakowską halę? Czy będę chodzić regularnie i czekać cierpliwie aż Pabianice znów będą mocnym punktem na koszykarskiej mapie?

Martin Luther King powiedział I still have a dream… Mogę powiedzieć to samo. W moim marzeniu koszykarki z Pabianic wracają do czołówki ekstraklasy, razem ze swoją sławną, specyficzną halą. I awansuje też Ślęza Wrocław, bo w tym mieście są najfantastyczniejsi kibice w całej Polsce. A ja ponownie mogę założyć na szyję szalik z jednym słusznym napisem, jaki może być i z dumą zasiadam na hali i zdzieram gardło marząc o tytule Mistrza Polski.

614

Standardowy

Dżem śpiewał swojego czasu, że dzisiaj miałem piękny sen, naprawdę piękny sen. Ja też miałam piękny sen…

Byłam w mojej podstawówce, w klasie, w której miałam biologię. Siedzieliśmy w tych potrójnych ławkach, ja oczywiście w pierwszej. Obok mnie było puste miejsce. Zamiast tablicy był rzutnik, a na nim wyświetlony tekst jakiejś piosenki, której mieliśmy się uczyć. I nagle obok mnie, nie wiem zupełnie skąd, pojawił się Maciej Maleńczuk. Ubrany dokładnie tak samo, jak na starym zdjęciu z Gazety Wyborczej, jeszcze z czasów Püdelsów. Kowbojki, ciemne dżinsy, niebieska koszula, nonszalancko rozpięta i długie włosy, które nosił bardzo długo, a których nadal mi u niego brakuje. Trzymał kartkę z tekstem piosenki i krzywił się nad nią. I nagle pochyla się w moim kierunku i pyta czemu ten tekst jest wybrakowany. A mnie dosłownie stanęło serce! Chciałam powiedzieć coś błyskotliwego i inteligentnego, ale jak zwykle w takich sytuacjach średnio się to udało… Mimo to Maciek popatrzył na mnie z uśmiechem na ustach i powiedział, że w takim razie skorzysta z mojej kartki. I tak staliśmy razem, trzymałam go pod rękę i jestem więcej niż pewna, że promieniałam jak Gwiazda z ‚Gwiezdnego pyłu’. A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że nie miałam świadomości, że to był sen. Dla mnie to działo się naprawdę! Czułam pod swoimi dłońmi jego ramię, zapach perfum… Był taki realny i namacalny, jak jeszcze nigdy… Nawet snułam w głowie plany, że po skończonych zajęciach zrobię sobie z nim zdjęcie i dopiero go puszczę…

Tak, po raz kolejny udowadniam sobie i innym, że jestem psychofanką. Dobrze mi z tym. Przestałam się przejmować, jak ktoś patrzy na mnie z politowaniem w oczach. Potrafię godzinami przeglądać jego zdjęcia żeby wybrać to jedno idealne na zdjęcie w tle, czy na koszulkę, której jeszcze nie zrobiłam. Potrafię całymi dniami przeszukiwać YouTube i słuchać piosenek w wersji live. Ktoś się mnie kiedyś spytał, czemu Maleńczuk występuje w okularach słonecznych? Popatrzyłam się na tą osobę ze zdziwieniem, jakby odpowiedź na to pytanie była oczywistą oczywistością i powiedziałam, że zakłada okulary, bo go reflektory rażą, a i tak zawsze śpiewa z zamkniętymi oczami. I naprawdę nie wiem, po co to piszę, bo chyba już każdy to wie.

A wracających do pięknych snów. Rzadko pamiętam, co mi się śniło. Często są to takie głupoty, że nawet dobrze, że rano mam w głowie pustkę. Czasem pamiętam tylko wątek główny snu, że śnił mi się Gibbs, że byłam płatnym mordercą, że szukałam skarbów z piratami i niestety nie był to Jack Sparrow.

Jakiś czas temu też miałam piękny sen. Rodzice, Maćki, Wróble i ja z Tomkiem byliśmy na jachcie. Wiedziałam, że mamy tą łódkę na własność i tylko jeden weekend wolny. Płynęliśmy przed siebie, bez konkretnego celu. I nagle ja doznałam olśnienia i pewnie pojawiła się nad moją głową żaróweczka. Poszłam do Maćka i spytałam, kto na tej łajbie decyduje o kierunku naszego rejsu. Zabrał mnie do reszty i kazał mówić. Usiadłam przed nimi i z pasją w głosie i na jednym wdechu powiedziałam, że skoro mamy tylko jeden weekend to płyńmy do Chorwacji. Zacumujemy w Srimie i odwiedzimy Mariję i Nikolę, zjemy kalmary, wykąpiemy się w morzu, wypijemy piwo na cyplu… Bałam się, że się nie zgodzą… Pamiętam to doskonale. Siedziałam ze wzrokiem wlepionym w podłogę przede mną i liczyłam klepki. I wtedy Maciek powiedział: no to kierunek Chorwacja! I popłynęliśmy… Stałam na dziobie, wiatr rozwiewał mi włosy, a na mojej twarzy był prawdziwy i szczery uśmiech, który za nic nie chciał zniknąć. Dopłynęliśmy do Chorwacji, było miejsce na naszą łódkę w Srimie, spuściliśmy kotwicę i poszliśmy w górę drogi do Mariji. Co było potem, nie wiem. Sen się skończył. Obudziłam się z uśmiechem na ustach. Było mi dobrze, czułam się całkowicie szczęśliwa, co rzadko mi się zdarza. A mój dzień był udany i nic nie mogło zmazać uśmiechu z mojej twarzy.