618 – „Hotel Marigold”

Standardowy

Odkąd w naszym domu zagościł tablet często zdarza mi się zamieniać bezsenne noce na noce z filmem. I to takim, którego bym nie obejrzała z Tomkiem żeby uniknąć Jego marszczenia się, wiercenia, kręcenia i głupich min. Tak, mamy odmienny gust filmowy. Lubię czasem obejrzeć komedie romantyczne albo filmy, które ściągam pod wpływem chwili, bo zaciekawił mnie plakat lub ktoś w obsadzie przykuł moją uwagę.

I tak chyba było z ‚The best exotic Marigold Hotel’. Nie wiem, co mnie skłoniło do zainteresowania się tym filmem. Najprawdopodobniej obsada. Judi Dench, której nie da się nie lubić, a która mówi z tak perfekcyjnym brytyjskim akcentem, że mogłabym jej słuchać i słuchać. Bill Nighy, który skradł moje serce wcielając się w postać Billy Macka w ‚Love actually’. I oczywiście Profesor McGonagall, bo takie mam pierwsze skojarzenie z Maggie Smith, a której akcent jest tylko odrobinę gorszy niż Dench. I jeszcze parę aktorów z brytyjskiej elity, których nazwiska nie mówią mi za wiele, więc nie zwróciłam na nie aż takiej uwagi.

Film ściągnęłam, odleżał swoje na dysku i włączyłam dopiero w piątek, a skończyłam wczoraj w nocy. Naprawdę było mi żal, że to już koniec. Na szczęście mój smutek osłodził fakt, że film powstał na podstawie książki. I nie przeszkadza mi, że jest ona dostępna tylko w języku angielskim, jakoś dam sobie radę.

A sam film jest cudowny! Taki spokojny, refleksyjny, pozornie o niczym, a jednak dzieje się w nim dużo. Początek pachniał mi ‚Love actually’, ale ja tak mam z filmami, które na starcie skupiają się na szybkim przedstawieniu głównych bohaterów. Grupa emerytów, nieznających się wcześniej, postanawia spędzić jesień swojego życia w Indiach w cudownym hotelu. Po przybyciu na miejsce, oczywiście z przygodami i przeszkodami, okazuje się, że hotel luksusowy jest, ale na zdjęciach. W rzeczywistości trzeba mocno wysilić wyobraźnię żeby zobaczyć to, co widzi w nim jego właściciel. Jednak nasi bohaterowie postanawiają zostać i spróbować oswoić jakoś tą nową rzeczywistość. I tutaj poznajemy dalsze ich losy.

Evelyn zakłada bloga, szuka pierwszej pracy w swoim życiu i nieoczekiwanie zakochuje się. Douglas i Jane dalej grają udane małżeństwo, które w rzeczywistości nic nie łączy. Jane w ramach buntu nie opuszcza hotelu i liczy, że nagle zdarzy się cud, a Douglas postanawia chłonąć Indie jak najbardziej się da. Graham, który w Indiach mieszkał i Indie zna, codziennie chodzi w to samo miejsce i codziennie wraca z niego niezadowolony. Dopiero później dowiadujemy się, że próbuje znaleźć miłość swojego życia, która przez niego doznała wielu upokorzeń i była zmuszona do zaczynania wszystkiego od nowa. Norman i Madge przyjechali do Indii w tym samym celu, znaleźć bogatą miłość swojego życia. Początkowo nie mogą na siebie patrzeć, a z czasem zawiązuje się między nimi nić przyjaźni. I jest jeszcze Muriel, która dosłownie nienawidzi całego świata, ma do niego pretensje, a pobyt w Indiach traktuje jako coś tymczasowego i absolutnie nie wiąże z tym miejscem żadnej przyszłości.

Nie potrafię sobie wyobrazić co czują bohaterowie. Daleko mi do ich wieku, nie mam aż takiego bagażu doświadczeń. Reżyser próbuje pokazać widzom, że starość to nie jest wyrok, że można marzyć, można mieć plany i patrzeć na przyszłość optymistycznie. To, że jesteśmy starzy nie znaczy, że nic nas w życiu nie czeka i jedyne co powinniśmy zrobić to leżeć w łóżku i czekać aż śmierć zapuka do naszych drzwi. Ten film daje nadzieję. Nadzieję, że może być lepiej, że zawsze można zacząć od początku, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje nastawienie do otaczającego nas świata. Najlepszym podsumowaniem filmu jest zdanie, które pojawia się w nim: ‚W Indiach mamy powiedzenie: wszystko dobre co się dobrze kończy, więc jeśli nie jest dobrze to jeszcze nie koniec’.

To jest film z gatunku tych, do których mam ochotę wrócić zaraz jak tylko skończą się napisy końcowe. Jest ciepły, kolorowy, pokrzepiający, dający nadzieję… A do tego można w nim zobaczyć aktorską ekstraklasę Wielkiej Brytanii, jak ładnie napisał jeden z krytyków filmowych.

617

Standardowy

Jakiś ten grudzień smutny się robi i chyba bym chciała żeby się już skończył. Najpierw pogrzeb Wafla, teraz szykuje się Agnieszki… I o ile śmierć tej pierwszej nie była dla mnie aż takim zaskoczeniem, bo niestety, ale pracowała na nią bardzo mocno i może kiedyś jak będę mieć wenę opiszę tą historię szczegółowo, tak ku przestrodze, tak odejście Agnieszki było nawet dla mnie szokiem. A mnie trudno zszokować, zasmucić, wprawić w stan osłupienia.

Agnieszka miała 38 lat, nie chorowała, leczyła się z depresji od dobrych paru lat. Pracowała, wychowywała dwójkę dzieci i była najsympatyczniejszą osobą z całej Rodzinki Adamsów. Jedyną, do której mogłam iść i się nie męczyć jak na torturach w piekle. Miała duży dom, urządzony ze smakiem i gustem. Dwójkę dzieci, które były wychowane tak, jakby nie urodziły się w erze komputerów, tabletów i traktowania rodziców jak służących. Była normalną polską matką i żoną, taką jakiej teraz ze świecą szukać. Z tradycjami i zasadami.

Nie znałam jej dobrze. Widziałam parę razy przelotnie na mszach za Wacka i byłam w ich domu dwa razy. A wiadomość o jej śmierci siedzi mi w głowie do teraz… Szkoda mi jej dzieci, które są jeszcze zbyt małe żeby sobie z tym jakoś poradzić. Oczywiście żaden wiek nie jest dobry na radzenie sobie z takimi rzeczami, ale chyba im się jest starszym i dojrzalszym, tym odrobinę łatwiej przestawić się na inne tory i zacząć uczyć żyć od nowa w innym świecie. Szkoda mi jej rodziców, bo to chyba najgorsze co może spotkać rodzica, iść na pogrzeb własnego dziecka. Szkoda mi jej męża, bo zostaje całkowicie sam z dwójką dzieci i wielkim domem do utrzymania.

Najchętniej bym nie wyszła z domu i odpuściła ten pogrzeb. Niestety nie mogę. Znałam ją, znam jej rodziców i jakoś tak nie wypada mi nie iść. A mam świadomość, że ten pogrzeb będzie tragiczny… Jak tylko będę mogła założę ciemne okulary żeby nie musieć patrzeć w oczy najbliższej rodziny i nie widzieć ich bólu i cierpienia. I mam nadzieję, że ominie nas zaproszenie na konsolację, która będzie na pewno jeszcze gorsza niż sam pogrzeb… I liczę gorąco, że jednak cała ta impreza będzie miała miejsce w piątek żeby była z nami Margola, bo naprawdę nie chcę iść tam tylko z Tomkiem i Kruzerem, którym musimy się opiekować, a który na takich wydarzeniach staje się nieznośny i nie da się nad nią zapanować.