623

Standardowy

Ulubionym słowem Margoli jest słowo ‚biedny’. Używa go zdecydowanie za dużo i głównie do opisania sytuacji Adama i Andrzeja. Te dwa imiona nie występują bez towarzyszącego im przymiotnika biedny. Prawie jak symbioza. Chociaż w ich wypadku to lepiej pasuje pasożytnictwo.

Adaś jest permanentnie biedny. Przyjechał autem i nie może napić się niczego – jest biedny. Zabrakło mu jednego punktu do zaliczenia – jest biedny. Rzuciła go dziewczyna – jest biedny. Ukradli mu telefon – jest biedny. Dostał przypadkowo kuflem w pubie – jest biedny. Dostał zapalenia płuc – jest biedny. Szkoda tylko, że w trzech ostatnich przypadkach sam zapracował na to, co dostał. Ale tego się nie widzi. Bo i po co? Umarła mu matka – jest biedny. Nie przyjechał zaraz po tej wiadomości – jest biedny i dodatkowo ma inne priorytety, bo ważniejsza wybita szyba w aucie, którą trzeba wstawić i tym autem przyjechać w noc przed pogrzebem. Pojechał zaraz po pogrzebie – jest biedny. 

I ostatnio doszła druga maskotka, która też jest biedna. To Andrzej. Nikt inny. Siedział w więzieniu – jest biedny. Na pogrzeb przyjechał w eskorcie trzech klawiszy – jest biedny. A do tego uciśniony i zastanawiam się, kiedy Margola wpadnie na pomysł żeby napisać do Strasburga, że łamią jego prawa obywatelskie. W krwi wyszło mu, że zażywa narkotyki – jest biedny i dodatkowo klawisze mu je podrzucili, bo on przecież nigdy by nie wziął, w ogóle nie wie co to jest.

W obu przypadkach nauczyłam się nie reagować. Fakt, zajęło mi to bardzo długo. Za dużo razy odezwałam się i głośno wyraziłam swoje zdanie, co potem obróciło się przeciwko mnie. Jednak z czasem dotarło do mnie, że oni zawsze będą biedni i jej klapki z oczu nie spadną. I teraz zamiast się denerwować odpowiadam sobie w myślach i kieruję rozmową w sposób mi odpowiadający. Bez nerwów. Bez stresów. Jednego tylko nie potrafię zrozumieć. Jak można tak ślepo patrzeć na innych, wybielać ich na wszystkich życiowych płaszczyznach, a rodzonego syna mieć za coś najgorszego na świecie?! Chyba nigdy tego nie zrozumiem, bo to wykracza poza wszelkie ramy normalności. I zauważam to nie tylko ja. Może i Tomek udaje silnego i pokazuje, że Go to nie rusza, ale wiem, że jest inaczej. Mało kogo by nie ruszyło, jakby własna matka widziała w nim same wady, a u innych same zalety i jeszcze nazywała biednym na każdym kroku. Raz tylko Tomek pozwolił sobie na wybuch i wykrzyczał jej w telefon, że to On jest biedny i On ma specyficzną sytuację. Pomogło o tyle, że przez tydzień była obrażona i się nie odzywała, a po tym czasie absolutnie wszystko wróciło do normy. Łącznie z biedą.

Spytałam kiedyś Ewy za co wsadzają do Wiśnicza. Najlżejsza rzecz to kradzież z rozbojem. Daleko temu do urwania kasownika w autobusie i napisania sprayem na kamienicy. Narkotyki w więzieniu? A co to za problem. Jest dokładnie tak jak na filmach. Wszystko da się załatwić. Wszystko. I zastanawiałyśmy się obie, czy Margola wybiela osobę Andrzeja, czy jego rodzice wierzą w kity, jakie on im wciska? Skłaniamy się ku temu pierwszemu. W końcu jak biedny to biedny pełną gębą. I nawet jakby przystawił jej pistolet do głowy i zaprowadził do banku żeby opróżniła konto, dalej uważałaby, że to jakiś żart i na pewno jemu zagrozili koledzy. Ona widzi w nim ofiarę, a ja osobę, której nie pomoże żadna resocjalizacja. A w jego młodszym bracie cwaniaka, który korzysta z tego, że rodzice go nauczyli, że nie należy się niczym przejmować i wręcz trzeba mieć wszystko w dupie.

Czemu w ogóle o tym piszę, skoro się nie przejmuję? Bo w niedzielę po raz kolejny otworzył mi się nóż w kieszeni. Ewa zaczęła temat, a Margola popłynęła… Andrzej biedny i biedny i biedny. I narkotyki mu podrzucili. I go upokorzyli, bo jak mu został tydzień do odsiadki to na pewno, by nie próbował uciec, bo tylko głupi by to zrobił. I jak można na tyle wsadzać do więzienia za urwanie kasownika w autobusie. Nie wiem, co o tym Ewa myśli, bo nie miałyśmy okazji spokojnie porozmawiać. Dowiem się na pewno przy najbliższym spotkaniu. A tymczasem czekam aż biedny Andrzej znów urwie kasownik, bo woli oglądać świat w kratkę i znudziło mu się udawanie grzecznego i zresocjalizowanego. 

622

Standardowy

Staram się być bardziej asertywna i nie przejmować się za bardzo sprawami, które mnie nie dotyczą i na które nie mam żadnego wpływu. Szkoda moich nerwów na to. Jak rozmowa schodzi na temat mnie nieinteresujący wyłączam się i myślę o czymś innym. Jak nie mam na coś ochoty to tego nie robię i nie tłumaczę się gęsto przez kwadrans w nadziei, że ktoś zrozumie moje intencje.

I tym sposobem skończyło się zjadanie do końca obiadu, bo miseczki będą w lodówce. Trudno. Nie moja lodówka. Nie moje miseczki. A ja nie jestem odkurzaczem do jedzenia. Koniec z jedzeniem deserów niewiadomego pochodzenia. Koniec z piciem wina do obiadu i tłumaczeniem czemu nie piję. Chociaż niewykluczone, że kiedyś wybuchnę i powiem, że nie po to ćwiczę i staram się jeść zdrowo żeby uzupełnić kalorie winem. Dodatkowo super się patrzy na trzy osoby, które z każdą kolejną lampką starają się mówić wyraźnie, a zupełnie im to nie wychodzi.

Zaczyna się temat budowy, którego mam po kokardy, a ja układam listę książek do przeczytania, wybieram kolejny trening lub pozwalam myślą płynąć w dowolnym kierunku. Zaczyna się temat wyjazdu na narty i pytanie po raz setny, kiedy Tomek ma wolne, ja idę do toalety. Ostatnio przejrzałam wszystkie nowości na FB i wróciłam, gdy temat został zmieniony co najmniej dwa razy.

Słyszę, że mam przyjść na kolędy i nie mówię nic. Robię tylko minę, która ma sugerować, że przyjęłam do wiadomości ten znamienny fakt. Nie będę tłumaczyć, że jadę na Dzień Babci do domu. Nie będę tłumaczyć, że moja Babcia jeszcze żyje i ważniejsza jest dla mnie ona niż kolędy w gronie mafii geriatrycznej z Adoptowanym Ideałem przy stole. Przychodzi Łopata na obiad w niedzielę, a ja powtarzam tą samą minę. Nie ekscytuję się, bo i tak mnie nie będzie. A przy okazji zaoszczędzę sobie słuchania po raz sama nie wiem już który, że jestem dziewczyną Tomka.

A jako bonus odcinam się od ludzi, z którymi nic mnie nie łączy. Spróbowałam raz na zasadzie  trzymania przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej i spasowałam. Ktoś kto ma rodziców za zło konieczne, a rodzinę traktuje jak gówno nie jest dla mnie partnerem do rozmowy, ani kandydatem na bliskiego znajomego. Od miesiąca już prawie nie muszę się z takimi osobami spotykać i naprawdę czuję się z tym fenomenalnie. Nawet nie wypowiadam głośno ich imion żeby sobie nie psuć humoru.

Póki co jest naprawdę dobrze i jestem z siebie dumna. Zobaczymy jak to będzie wyglądać w ciągu najbliższych miesięcy. W chwilach kryzysu będę sobie powtarzać, że ja nic nie muszę, co najwyżej mogę. Pomaga!

621 – „Wyścig”

Standardowy

Fanką Formuły 1 nie byłam, nie jestem i na pewno nie będę. Mimo, że obejrzałam ‚Wyścig’ i naprawdę zachwyciłam się tym filmem, tak nadal wyścigi bolidami uważam za nudne, a kierowców tych pojazdów za idiotów bez wyobraźni. Nie imponuje mi facet w fajnym kombinezonie jadący siedemdziesiąt razy w koło toru z zawrotną prędkością. Bardziej interesują mnie panowie z serwisu, którzy są w stanie w ciągu ośmiu sekund zmienić cztery koła i zatankować do pełna auto.

‚Wyścig’ obejrzałam przez całkowity przypadek. Przeczytałam u Klapserki recenzję i doszłam do wniosku, że skoro jej ten film się podobał, obejrzała go nad ranem z gorączką w pakiecie i nie zasnęła, to i ja mogę spróbować. Początek może i nie powalił na kolana, wręcz momentami troszkę nudził i przyczynił się do tego, że obejrzeliśmy go na raty. Po pierwszej części nie miałam za bardzo ochoty wracać do oglądania. Jednak wróciłam. Czemu? Podczas drogi powrotnej do domu Tomek mnie zaintrygował dalszą częścią filmu mimochodem wspominając o liniach lotniczych Lauda Air. I tak do słowa od słowa doszło do tego, że Lauda jakoś tragicznie zginął, ale mam nie dociekać, bo zepsuję sobie oglądanie. No to nie drążyłam wątku dalej, tylko czekałam z niecierpliwością aż będziemy kontynuować oglądanie.

Druga część o wiele ciekawsza od pierwszej, czyli po około trzydziestu minutach akcja zaczęła nabierać tempa, a film dostał rumieńców. Mało samego wyścigu, więcej emocji mu towarzyszących. Decyzje podejmowane w ostatniej chwili, taktyka, podchody, robienie na złość. Wszystko czego nie widać, gdy ogląda się Formułę 1 na Polsacie. I tragiczny wypadek Laudy… A potem powrót na tor w tak krótkim czasie. Naprawdę podziwiałam go wtedy. Za odwagę. Za głupotę. Za upór. Za konsekwencję. I widać było, że ten wypadek dużo zmienił w jego podejściu do tego sportu. Na pierwszym miejscu było bezpieczeństwo, a na drugie spadła wygrana i punkty do zdobycia.

A po drugiej stronie mamy Jamesa Hunta, który jest typowym bawidamkiem, dla którego sport jest miejscem, w którym może pokazać, że jest najlepszy. Pokazał raz i na tym jego kariera się skończyła. Ważniejsze były kobiety, alkohol, narkotyki, dobra zabawa. Był lubiany, wręcz kochany przez tłumy. W przeciwieństwie do Laudy. A jednak to życie Hunta zostało przerwane nagle zawałem serca. W testamencie napisał, że życzy sobie, by jego przyjaciele uczcili jego pogrzeb huczną imprezą. Takie postawienie kropki na i. Całe jego życie to była jedna, wielka, niekończąca się impreza, więc czemu śmierć ma to przerwać?

Film naprawdę mi się podobał i z pewnością kiedyś do niego wrócę. Przemilczę może fakt, że całą drugą cześć oglądałam z posępną miną, bo miałam gdzieś z tyłu głowy, że Lauda zginie na torze, a zdążyłam go polubić. W filmie nic nie pokazali, więc poradziłam się Wikipedii i okazało się, że Lauda żyje, ma się dobrze i wygrał kilka Formuł 1 w swoim życiu, a teraz jest ekspertem dla RTL 1. To nic. Drobny szczegół. Tomkowi pomylił się Lauda z jakimś Włochem, który faktycznie zginął na torze i było o tym głośno.

I jeszcze jeden plus. Dla reżysera za dobranie aktorów tak bardzo podobnych do Laudy i Hunta! Wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że byli identyczni!

A po samym ‚Wyścigu’ zachciało mi się jechać na tor Nürburgring, zapłacić 26€ i zrobić jedno okrążenie i poczuć chociaż namiastkę tego, jak to jest jechać po takim torze z normalną prędkością i bez emocji i bez walki o punkty.

620

Standardowy

Zwykle nienawidzę, gdy rano budzi mnie dźwięk smsa i to jeszcze na długo przed moim budzikiem. Sprawdzam, która jest godzina, liczę ile mam jeszcze minut do spania, zaczynam myśleć, za dużo myśleć i nie zasypiam drugi raz. Dzień zaczynam w nie najlepszym nastroju, bo z natury jestem śpiochem i mogłabym spać całą dobę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Dzisiaj było inaczej. Dzisiaj powitałam dźwięk wibracji, oznaczających przyjście smsa, jak wybawienie. A wszystko z powodu koszmarnego snu…

Moje sny dzielę na takie, które wiem, że są snami i takie, które śnię ze świadomością, że dzieją się w rzeczywistości. Często budzę się przerażona, zlana zimnym potem i zdezorientowana i potrzebuję chwili, by zorientować się gdzie jestem.Uwielbiam za to sny, które są przyjemne, dotyczące bezpośrednio mnie, nawet jeśli mam świadomość, że to tylko sen. Po przebudzeniu najchętniej przyłożyłabym głowę do poduszki i wróciła z powrotem w to samo miejsce. Niestety, prawie nigdy się to nie udaje.

Dzisiaj śnił mi się koszmar. I to taki, który był cholernie rzeczywisty, a z każdą chwilą robił się coraz bardziej przygnębiający. Zaczęło się od tego, że byliśmy z Tomkiem w kościele i Mama powiedziała, że skoro już tu jesteśmy to jest to świetna okazja byśmy wzięli ślub. I nagle stałam w białej sukience, która była nie w moim guście i czułam się w niej okropnie. Znaleźliśmy się przed ołtarzem i ksiądz kazał nam złożyć przysięgę. Wszystko było nie tak. Nigdy nie chciałam mówić do mikrofonu, a tu musiałam. Ksiądz był obcy, zamiast Mieszka i Mielca. Obrączki były jakieś dziwne, co zauważyłam dopiero po wyjściu z kościoła. Niby takie, które się Nam podobają, a jednak inne. Grawer był na zewnątrz i odciskał się na dwóch sąsiednich palcach i psuł cały urok obrączki. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że w środku był dokładnie taki napis jak chcemy.

Potem zaczęłam się martwić, że na tym cholernym ślubie była tylko Mama. Nie było Babci, Taty i masy innych, ważnych dla mnie osób. Nie było przyjęcia weselnego. Nie było nic. Stałam w tej okropnej sukience i kombinowałam jak można anulować ten ślub i zrobić go drugi raz porządnie, tak jak sobie zaplanowałam. Im dłużej myślałam i planowałam, tym bardziej docierała do mnie beznadziejność całej sytuacji i fakt, że nie mogę absolutnie nic zrobić, by coś zmienić.

I nagle znalazłam się u Babci w domu. I tutaj zaczął się prawdziwy koszmar. Szłam na górę, nadal w tej głupiej sukience. Szukałam Gośki albo Babci żeby im powiedzieć co się stało i w końcu móc się rozpłakać. Drzwi od sypialni Babci były otwarte. Pościeli na łóżku nie było. W ogóle cały pokój był pusty. Zniknęły książki, rami ze zdjęciami, perfumy z komody… I znikąd pojawiła się Gośka i powiedziała, że musi zacząć sprzątać rzeczy Babci… Prawda docierała do mnie w zwolnionym tempie. Czułam się jak w jakimś kiepskim filmie… Chciałam wybiec stamtąd i krzyczeć, że to nieprawda. A nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam nawet usiąść, bo ta cholerna i durna sukienka by się pogniotła, a starałam się tego uniknąć z całych sił, z niewiadomych mi przyczyn. I wtedy obudziły mnie wibracje telefonu… Poczułam ulgę i wmawiałam sobie, że muszę zapamiętać jak najwięcej z tego snu… Tylko nie wiem po co…?

Drugi raz miałam podobny sen. Że Babci nie było, a ja o tym nie wiedziałam. Nie wiem i nie chcę wiedzieć co to oznacza… Nie chcę mieć też więcej takich snów…

Dziadek, opiekuj się nami…!

619

Standardowy

Mamy Nowy Rok i w związku z tym absolutnie wszędzie są podsumowania starego roku, noworoczne postanowienia, obietnice i przemyślenia. Nuda…

Sylwestra spędziliśmy kameralnie we dwoje, ku wielkiemu przerażeniu wielu osób. W tym roku olałam. Nie ma z kim iść, a na siłę nie będę szła, bo muszę, bo Sylwester, bo jak to można zostać w domu. Można. Zjedliśmy kolację, wcześniej zrobiłam trening z Zuzką, popatrzyliśmy na gdyńskiego Sylwestra, pojechaliśmy na Rynek walczyć o życie i posłuchać Lady Pank i Perfect, obejrzeliśmy dwa dobre filmy, a w Nowy Rok obudziliśmy się bez kaca i w dobrych humorach.

Przy okazji postanowiliśmy, że idziemy na koncert Lady Pank, oczywiście jak kupimy bilety w pierwszy rzędzie, bo gdzie indziej to ja siedzieć nie będę. A koncert jest w Kijowie, co trochę nie do końca mi pasuje, ale nie będę narzekać i kręcić nosem, bo trochę się naczekałam na to wydarzenie. W kolejce mam jeszcze Perfect i obiecałam sobie, że nie będę się krzywić na narkotyczne podrygiwania Markowskiego, bo jego głos rekompensuje wszystko. Maciej nadal mnie rozczarowuje, bo niestety nic w Krakowie się nie zapowiada…

Niespodzianki też były. Stojąc na płycie Rynku i podskakując w rytm ‚Chciałbym być sobą’ Perfectu odkryłam, że dostałam smsa od Waldemara. Szczerze, nie spodziewałam się życzeń na Nowy Rok. Myślałam żeby mu coś wysłać, ale w natłoku różnorakich czynności dnia codziennego zapomniałam. Odpisałam coś spontanicznie, jak tylko wydostałam się z Rynku. Z grzeczności i żeby nie wyjść na buraka. Nie spodziewałam się odpowiedzi, którą dostałam. I tak od słowa do słowa, wymieniliśmy kilka smsów, które dały mi nadzieję, że może jednak kontakt między nami będzie. Czas pokaże… Zadowolona jestem z tego co było i mam świadomość, że jak się kiedyś spotkamy to będzie tak jak dawniej. A na tym najbardziej mi zależało.