628 – Brafitterka?! A na co mi to?!

Standardowy

Na swojej liście 101 w 1001 napisałam punkt: ‚Pójdę do brafitterki żeby dobrała mi biustonosz i kupię go bez względu na cenę’. Pamiętam, że pisałam go bez większego przekonania i mówiłam sobie, że mam na to tyle czasu, że w końcu na pewno się zbiorę w sobie i pójdę do salonu. Powinnam jeszcze zaznaczyć, że nie byłam przekonana do brafitterki, uważałam ją za naciągaczkę i oszustkę, a swoje biustonosze  uważałam za dobrze dobrane.

Do salonu trafiłam, jak to w życiu bywa, przypadkiem. Chodziłam z Mamą po Porcie szukając kostiumu kąpielowego. Oczywiście wyjazd zbliżał się wielkimi krokami, więc w sklepach nie było nic, co mogłoby nas zainteresować. W końcu doszło do tego, że wchodziłyśmy do każdego butiku, który miał w asortymencie bieliznę. I tak trafiłyśmy do Change. Masa biustonoszy, masa majtek w różnorakich krojach i trochę kostiumów kąpielowych. A  gratisie dziwne rozmiary na metkach, które nijak mają się do tych, które nosimy. Ja się poddałam, Mama coś wybrała i poszła do przymierzalni. Po drodze zaczepiła ją filigranowa ekspedientka z centymetrem na szyi i pytaniem, czy miała już kiedyś dobrany biustonosz. A potem zabrała się do roboty. Zmierzyła Mamę pod biustem, w biuście i okazało się, że jej rozmiar różni się znacznie od tego, który do tej pory nosiła. Co więcej nowy biustonosz lepiej leżał, był wygodniejszy i wyglądała w nim zdecydowanie korzystniej.

Zachęcona takimi efektami i wizją długich minut jakie Mama spędzi w przymierzalni sama poprosiłam o zmierzenie mnie. Na początku był szok. Pani zmierzyła mnie pod biustem tak ciasno, że ledwo mogłam złapać oddech. Z 75D zeszłam na 65G. Szok i niedowierzanie. Bo jakim cudem ja mam się zapiać w staniku o obwodzie 65 centymetrów?! Inna sprawa, że żaden z biustonoszy w sklepie nie był push-up’em, a do tej pory nosiłam tylko i jedynie takie. I byłam święcie przekonana, że tylko w takich mój biust może wyglądać korzystnie i ładnie.

Przymierzyłam pierwszy. Wrażenie było dziwne. Wręcz wydawało się, że zamiast większego, mam mniejszy biust! Na szczęście pani w sklepie była naprawdę wykwalifikowana i znała się na swojej robocie. Dostałam koszulkę na ramiączkach i dopiero po jej założeniu miałam oglądać efekty w lustrze. I faktycznie były! Moje piersi były wyżej, miały łady kształt, a biustonosz był jak przyklejony, mogłam skakać, wyginać się i nie przesunął się ani o milimetr. Cudowne i nieznane dotąd uczucie. Koniec końców stanik kupiłam i wyszłam ze sklepu zadowolona.

Różnicę między starym a nowym biustonoszem poczułam dopiero na wakacjach. Nowy był jasny, więc tylko pod jasne ubrania. Pod ciemne bluzki nosiłam czarny, który do tej pory bardzo sobie chwaliłam, a po brafittingu miałam ochotę wyrzucić go do Adriatyku przy pierwszej nadarzającej się okazji. Źle leżał, czułam że jest za duży w obwodzie, nie trzymał biustu, miałam wrażenie, że moje piersi żyją swoim życiem, a stanik jest tylko kiepskim dodatkiem do nich. Dlatego po powrocie z wakacji udałam się znów do Change, znów z Mamą, żeby skorzystać z promocji 2 w cenie 1. Obie kupiłyśmy ciemne biustonosze żeby mieć komplet i nie musieć cierpieć w starych.

Brafitterka naprawdę czyni cuda. Ale żeby się o tym przekonać trzeba tam iść i porzucić stereotypowe myślenie. ’Mam mały biust, a po dobraniu stanika w ogóle go mieć nie będę’. ‚Mam ogromne cycki, a brafitterka sprawi, że będą wyglądać jak u krowy po całym dniu na pastwisku’. ‚Tylko push-up może zdziałać cuda i będę bronić tego poglądu jak niepodległości’. To nie są moje wymysły. To są prawdziwe słowa, które usłyszałam od koleżanek, które próbowałam namówić do wizyty u brafitterki. Od czasu dobrania biustonosza nie mogę patrzeć na podwójne biusty, zapięcia w okolicach karku, wałki pod pachami, luz w miseczkach, który ma służyć chyba za skrytkę na drobne. Nie mogę czytać, że brafitting to bujda na resorach, bo przecież w sklepach jest tyle biustonoszy w rozmiarze 75B, a brafitterek tak mało.

Tak naprawdę trzeba samemu iść do takiego salonu żeby poczuć różnicę. Zdjęcia, namowy czy zachwyty nie pomogą. To trzeba poczuć na własnej skórze. Efekt będzie gwarantowany. I mam szczerą nadzieję, że za kilka lat 80% kobiet będzie miało dobrze dobrany biustonosz, a nie odwrotnie jak jest dzisiaj.

A na koniec rozmowa z Mamą, mniej więcej miesiąc po dobraniu stanika:
 - Założyłam dzisiaj ten stary czarny, bo biały mi prześwitywał spod bluzki i nieładnie to wyglądało.
 - I jak?
 - Szybko musiałam go zdjąć, tak było niewygodnie.

627 – Seriale mojego życia part II

Standardowy

Zastanawiałam się wczoraj ile seriali w swoim życiu obejrzałam. Na pewno nie doszłam jeszcze do setki, ale kilkadziesiąt na pewno zaliczyłam. I faktem jest, że wiele z polskich traktowałam jako tło do malowania paznokci czy prasowania, bo akcja nie była zbyt zobowiązująca, nie musiałam czytać napisów i śledzić z zapartym tchem poszukiwania mordercy. I te same seriale oglądane dla przyjemności okazywały się nudne i o niczym.

Nigdy też nie dałam się porwać fali babskich seriali, jak ‚Seks w wielkim mieście’ czy ‚Desperate housewives’. Podejmowałam próby obejrzenia pierwszego odcinka, podczas których mało nie zaziewałam się na śmierć i odpuszczałam. Do dzisiaj zresztą uważam je za durne, o niczym i nie nadające się nawet do prasowania, bo powodowały moją irytację i rozdrażnienie.

A wracając do tematu głównego…

 

 

Nie pamiętam w jakich okolicznościach zaczęłam oglądać ‚NCIS’. Na pewno polecił mi go Tomek, który odkrył go w Kanadzie. Podał mi tytuł i powiedział, że powinno się spodobać. Miał rację.

Pierwsze dwa sezony nadrobiłam w ciągu tygodnia lub dwóch. Oglądałam po nocach, śmiałam się w głos, czym doprowadzałam do szału mieszkającą obok Sylwię. Parę tygodni później ona sama zapadła na tą chorobę i śmiała się po nocach, a w ciągu dnia analizowałyśmy odcinki i przerzucałyśmy się co lepszymi tekstami.

Moment załamania miałam, gdy zginęła Kate. Płakałam, zarzekałam się, że nie będę więcej oglądać i po cichu liczyłam na jakieś cudowne wskrzeszenie, co oczywiście byłoby cudem. Odwyk od ‚NCIS’ trwał całe dwa dni i wróciłam do oglądania, bo brakowało mi Abby, głupich tekstów DiNozzo i Gibbsa. Oczywiście nienawidziłam Zivy z całego serca i liczyłam, że szybko ją zabiją. Z czasem zaczęłam śmiać się z jej przekręcania angielskich słów, uwielbiałam słuchać słowa ‚shalom’ wychodzącego z jej ust i w końcu polubiłam ją. Polubiłam do tego stopnia, że znów płakałam, gdy odeszła z serialu. I też miałam moment, że nie oglądałam go dość długo, bo akcja się nie kleiła, brakowało Zivy i liczyłam, że przeczytam gdzieś, że wraca do obsady. Przełamałam się podczas dłuższego pobytu w domu. Pomogło, jak zawsze zresztą, obejrzenie kilku odcinków pod rząd.

Prawda jest taka, że ‚NCIS’ nie potrafię nie oglądać. Prędzej czy później wracam do niego, nadrabiam zaległe odcinki i nerwowo odliczam dni do premiery kolejnego. A w wakacje nudzę się jak mops i czekam na ogłoszenie dnia, w którym rusza kolejna seria. I liczę gorąco, że będą dalsze!

 

House’a kocha każdy, a jak mówi inaczej to znaczy, że kłamie. W końcu ‚everybody lies’. A najlepszym dowodem na prawdę powyższych słów jest moja Babcia, która seriali o lekarzach nie ogląda, nienawidzi i przełącza kanał szybciej niż zdąży się powiedzieć ‚zostaw na moment’.

Ja i ‚Dr House’ poznaliśmy się dzięki Jackowi. Tomek siedział w Kanadzie, dysponował szybkim Internetem, więc spełniał życzenia każdego. A że miał dwa laptopy i dwa dyski przenośne, więc mógł spełnić tych pragnień naprawdę wiele. Tym sposobem ja dostałam wszystkie sezony ‚Ostrego dyżuru’, a Jacek ‚House’a’.

House jest specyficzny. Przyznam z ręką na sercu, że pierwszy odcinek oglądałam na raty i robiłam do niego kilka podejść. Nie rozumiałam idei serialu, House mnie drażnił, a kolejne chybione diagnozy kazały wątpić w ich profesjonalizm jako lekarzy. Trudno się dziwić. House to tak naprawdę antybohater, którego trzeba się nauczyć i poznać lepiej żeby zrozumieć jego geniusz, poczucie humoru i sposób bycia. Traktuje wszystkich z góry, potrzebuje 100% uwagi, nie liczy się z niczyim zdaniem, a w tym wszystkim jest genialnym lekarzem i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że może pozwolić sobie na wszystko, bo w najgorszym razie czekają go dodatkowe godziny w klinice, które traktuje jak rozrywkę, a nie karę.

Rozczarował mnie jedynie ostatni sezon. Brakowało Cuddy, Wilson się wypiął na House, akcja była nudna i nic nie zapowiadało zmiany. A jednak… House odzyskuje swój gabinet, część starego zespołu, przyjaźń Wilsona i znowu jest tym najważniejszym w Princeton Plainsboro. Tylko cholernie brakowało mi Cuddy i tego scenarzystom nie wybaczę. A samo zakończenie? Bajka! Kwintesencja House’a. Swoiste postawienie kropki nad i. W życiu bym nie wymyśliła takiego zakończenia. I też nie było żal, ze to koniec. Żal by był jakby chcieli to ciągnąć dalej.

 

Zupełny przypadek. Obejrzałam ‚Piękne istoty’ i wpadła mi w oko Emmy Rossum. Od znajomej dowiedziałam się, że gra w super serialu. Ściągnęłam pierwszą serię i przepadłam. I cieszyłam się, że dowiedziałam się o ‚Shameless’, bo pewnie gdyby nie przypadek nigdy bym na ten serial nie trafiła.

Na pierwszy rzut oka nie jest to serial w moim guście. Nie jest o lekarzach, nie ma żadnych morderstw. Jest rodzina Gallagherów, którą można spokojnie nazwać marginesem społecznym. W realnym świecie nie chciałabym mieć z nimi nic wspólnego i unikałabym jak ognia, a jako serialową rodzinę uwielbiam i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki!

W tym serialu nie ma żadnych granic, wszystko jest dozwolone. Dlatego nie polecam go każdemu. Ilość wulgaryzmów, scen ociekających seksem, kombinowania, krętactwa i kłamstwa jest tyle, że co wrażliwsi powinni sobie darować oglądanie ‚Shemeless’. Mnie nie ruszają gołe penisy, nagie cycki i przekleństwa. Ja się cieszę, że jest serial obdarty z cenzury, w którym można pokazać wszystko i nawet wiele więcej. Nie ma tematów tabu, nie ma wstydu, nie ma zamiatania pod dywan.

Każda postać, czy to pierwszoplanowa czy epizodyczna, jest jakaś. Nie ma mdłych charakterów, które przemykają po ekranie i zapomina się o nich w momencie, gdy przestają mówić. Albo kogoś się lubi, albo nienawidzi, albo podziwia. Fiona jest dziewczyną, który każdy chciałby mieć za przyjaciółkę. William H. Macy jest tak dobry w swojej roli, że ani razu nie pomyślałam o nim jak o statecznym i wyważonym dr Morgernsternie. Cała rodzina Gallagherów jest mieszanką wybuchową. Z nimi nie można się nudzić ani sekundy. A z drugiej strony nie wiem, czy chciałabym mieć ich za sąsiadów.

Jedyny zarzut jaki mam to długie przerwy między kolejnymi seriami. Skończyłam pierwsze trzy i w oczekiwaniu na czwartą czułam pustkę. Nawet myślałam o tym żeby zacząć oglądać od nowa.

626 – Seriale mojego życia part I

Standardowy

Czas wolny spędzam głównie na oglądaniu filmów i seriali, czytaniu książek, spacerach, czasem odwiedzę teatr, czasem wejdę do jakiegoś pubu na drinka, bo piwa nie piję od jakiegoś czasu. Zastanawiałam się ostatnio ile seriali obejrzałam do tej pory? Masę. A ile z nich było na tyle wartościowych, że chciałabym je kupić na DVD i postawić na półce w salonie? Niewiele. I dzisiaj chciałam napisać właśnie o tych serialach. Tych, które są dla mnie w jakiś sposób ważne, które poprawiają mi humor, które odcisnęły widoczny ślad w mojej pamięci. Chciałam je posegregować od najważniejszego lub najbardziej przeze mnie lubianego, ale nie potrafię.Każdy jest inny, każdy lubię za coś innego, każdy pojawił się w innym etapie mojego życia.

Wpis podzielę na dwie części, ponieważ nie umiem opisać w dwóch zdaniach ulubionego serialu, a nie chcę stworzyć tasiemca, którego po czasie sama nie będę miała ochoty czytać.

 

Przygodę z serialem rozpoczęłam przypadkiem i pewnie gdyby nie ten przypadek usłyszałabym o nim dużo, dużo, dużo później. Prawda jest taka, że nie można nie orientować się co to za serial, nie znać choćby paru głównych postaci i nie wiedzieć co to Oceanic Airlines. Najpierw chorobą o nazwie ‚Lost’ zaraził się Tata i przekazał ją Mamie. Ja byłam bardzo oporna. Do czasu…

To była sobota, popołudniu miałam jechać do Wiednia do Tomka. Mama spędzała drugi dzień w łóżku, bo na AXN był maraton z Lostami. Ja miałam jeszcze przed wyjazdem pokroić kurczaka dla Froda, rozlać rosół do kubków jednorazowych i zapakować to mięso w woreczki. I wtedy Mama zaprosiła mnie do salonu żebym tam kroiła to mięso, a nie sama w kuchni. Początkowo całą swoją uwagę poświęcałam kurczakowi, a z czasem coraz częściej mój wzrok kierował się w kierunku ekranu telewizora. I przepadłam…! Co z tego, ze to była trzecia seria? Co z tego, że połowy rzeczy nie rozumiałam? Najważniejsze, że znałam głównych bohaterów, pokochałam Sawyera, znienawidziłam Jacka i wiedziałam, że muszę to obejrzeć od pierwszego odcinka pierwszej serii!

Nadrobiłam bardzo szybko. Ostatnie dwie seria oglądałam na bieżąco obiecując sobie przy każdym kolejnym odcinku, że poczekam aż będę mieć co najmniej połowę sezonu i zrobię sobie maraton, bo przez tydzień zapominam połowę ważnych faktów. Oczywiście nie mogłam spać spokojnie, gdy na dysku miałam najnowszy odcinek. Samo zakończenie Lostów było według mnie idealne. Płakałam na ostatnim odcinku jak bóbr. Zużyłam dosłownie paczkę chusteczek, co naprawdę rzadko mi się zdarza. Czasem, gdy mam gorszy dzień włączam sobie ostatni odcinek Lostów i płaczę i uśmiecham się równocześnie. I mimo, ze czułam pustkę i żal, że to już koniec czułam, że zakończyli w odpowiednim momencie. Nie było niepotrzebnych wątków, ciągnięcia akcji na siłę i wymyślania niestworzony historii.

Próbowałam zarazić Tomka Lostami, niestety nie udało się. Skończyło się tak, że sama oglądałam od początku serial, a potem dołączył do mnie Tata, który nie widział dwóch ostatnich sezonów. Chodził do pracy niewyspany, bo zarywał noce na zasadzie ‚jeszcze jeden odcinek i koniec’. Do dzisiaj jedną z metod wywołania uśmiechu na mojej twarzy jest oglądanie uśmiechającego się Sawyera albo słuchanie oglądanie filmu na YouTubie z jego nicknames.

 

Tak naprawdę nie wiem, w którym momencie zaczęłam oglądać ‚Ostry dyżur’. Seriale o lekarzach zawsze znajdą miejsce w moim sercu z wiadomych względów. Jednak wiem, że pierwsze moje spotkanie z ‚Ostrym dyżurem’ zakończyło się niesmakiem, skrzywioną miną i postanowieniem, że na pewno nigdy tego nie obejrzę. Pewnie spowodowane było to faktem, że wtedy oglądałam ‚Na dobre i na złe’, którego akcja była o wiele mniej dynamiczna; jeden pacjent na odcinek, a tutaj nagle w jednej scenie poruszamy się pomiędzy trzeba salami.

Drugie podejście było w klasie maturalnej i wtedy coś zaskoczyło. Nie pamiętam jak to dokładnie się stało, ale zobaczyłam, że TVN emituje ‚Ostry dyżur’ i to od pierwszego odcinka. Dałam mu szansę. Potem okazało się, że Anka i Aśka też to oglądają, więc był temat do rozmowy na nudnych lekcjach. W jeden dzień w tygodniu nie mogłam oglądać, bo kończyłam później lekcje, więc nagrywałam ten odcinek. A potem zaczęłam nagrywać każdy odcinek. Do dzisiaj mam w szufladzie parę kaset z ‚Ostrym dyżurem’. W pewnym momencie skończyły mi się czyste VHSy i zdecydowałam się poświęcić jedną z meczami. W tamtym okresie to naprawdę było wyrzeczenie porównywalne z pójściem na odwyk nałogowego alkoholika!

Nie obejrzałam całej serii ani razu. Im dalej, tym mniej mi się podoba. Zaczyna brakować Douga Rossa, Marka Greena, Susan Lewis, Carol Hathaway… Pojawiają się nowe, sympatyczne postacie jak Elizabeth Corday czy Robert Romano, ale brakuje tych starych… Płakałam, gdy Mark Green umierał. Płakałam, gdy Doug Ross pojechał do Seattle. Płakałam, gdy Susan Lewis wyjeżdżała do Phoenix i płakałam, gdy wróciła do Chicago. Niesamowicie zżyłam się z tymi postaciami, każdy z nich był dla mnie w jakiś sposób ważny i długo nie mogłam się przyzwyczaić, że dana postać znika z obsady na stałe.

A o moim uwielbieniu do tego serialu może świadczyć choćby fakt, że gdy podczas oglądania ‚NCIS’ zobaczyłam w dole ekranu zdjęcie Anthony’ego Edwardsa od razu wcisnęłam pauzę i pobiegłam do komputera sprawdzić w jakim serialu on gra. Cała historia skończyła się obejrzeniem ‚Zero Hour’, który okazał się naprawdę dobry serialem, i nazywaniem głównego bohatera dr Green’em.

 

To chyba jeden z nielicznych polskich seriali, który śledziłam z wypiekami na twarzy. Jak miałam gorszy dzień włączałam sobie ‚Magdę M.’, bo ona zawsze miała gorzej ode mnie. Do momentu, kiedy to pocałowała się po raz pierwszy z Piotrem. Wtedy to ja miałam najgorzej ze wszystkich.

Naprawdę nie wiem, co mnie tak urzekło w tym serialu. Może Małaszyński? Może cała ta historia bajkowej miłości, o której marzy podświadomie każda kobieta, a nie każda się do tego głośno przyznaje? Wiadomo, że wszystko było cukierkowe, czasem nierealne, czasem zbyt mocno przerysowane, ale mimo to zanurzałam się w tej bajce i marzyłam o takim życiu. Chciałam mieć takiego Sebastiana, który byłby moim bratem z wyboru i któremu mogłabym wszystko powiedzieć i który zawsze stałby po mojej stronie. Chciałam mieć takiego Piotra, który zabiegałby o moje względy tak długo i nie zrażał się kolejnymi koszami. Chciałam mieć takie przyjaciółki, z którymi mogłabym chodzić na siłownię i spotykać się na plotkach przy winie.

To ten głupawy serial sprawił, że pokochałam schronisko na Ornaku i jest to miejsce, do którego chcę wracać każdego roku. To ten głupawy serial nauczył mnie sprawdzać czy mam ciepłe światełko w oczach i dbania o nie. To ten głupawy serial nauczył mnie myślenia ‚do zobaczenia po słonecznej stronie ulicy’. Ten głupawy serial miał masę dobrych piosenek w każdym odcinku i często, gdy je słyszę od razu moje myśli biegną w stronę ‚Madgy M.’ i często mam łzy w oczach. I przez ten głupawy serial marzę do dzisiaj żeby mieć czarne szpilki w białe grochy, zupełnie jak Magda M.

625

Standardowy

Cześć Dziadku…!

Dokładnie rok temu zabierałam się do oglądania ‚Poradnika pozytywnego myślenia’. Pewnie o tej porze czekaliśmy aż się film ściągnie albo oglądaliśmy jakiś zaległy program. I piliśmy czerwone wino. A ja planowałam kolejną wizytę w przyszły weekend. Wszystko wzięło w łeb. Zepsułeś wszystkie nasze plany… Nie zdążyłam się nawet z Tobą pożegnać… Nie dopuszczałam nawet do głosu myśli, że to może stać się tak szybko…

I nagle mija rok. Podobno pierwszy rok jest najgorszy i jak on minie to potem jest już z górki. Czy ja wiem? Było różnie. Na pewno nie było płaczu po kątach. Nauczyliśmy się mówić głośno o naszym bólu i cierpieniu. Nie bałam się powiedzieć Babci, że chcę dostać tą koszulkę z facetem z brodą w czapce, którą dostałeś od nas na imieniny. Tata ma Twoją maszynkę do golenia, bo jego była w opłakanym stanie, jak sam dobrze wiesz. Dostał też reklamówkę skarpetek, majtek, podkoszulek. Tylko koszule nadal leżą, bo na wszystkich są za duże. I krawaty też zostały. Tak na pamiątkę. A czapka strażacka leży w szafie w sypialni u Rodziców. Prawie tak jakbyś był w pokoju i patrzył na nich, czasem na mnie i zawsze na Froda, bo w końcu on tam najczęściej przebywa.

Wielkanoc była nieco refleksyjna. Czuć było Twój brak, bo zostały faszerowane jajka Gośki i nikt nie miał siły ich zjeść. A Ty zawsze znalazłeś miejsce w swoim brzuchu. Wigilia była po raz pierwszy u nas w domu. I mimo, że przyjechali z Warty to brakowało mi Ciebie. Nie miałam z kim jechać po prezenty tuż przed Wigilią. Nie było komu kupić Old Spice Whitewater, jedyny słuszny zapach z tej linii. Nikt nie brał dokładki karpia i nie zjadał wszystkich pierogów.

Często jak przychodzę do Babci łapię się na tym, że mam ochotę powiedzieć ‚to ja na chwilę zajrzę do Dziadka’. W ostatniej chwili gryzę się w język i uświadamiam sobie, że tam Ciebie już nie ma. Mimo to zaglądam czasem do Twojego pokoju. Przytulam łosia, który siedzi na łóżku. Biorę w rękę kubek z reniferem. Patrzę na zdjęcia w ramkach stojące na pianinie. Nie dociera do mnie, że Ciebie już nie ma. Ten pokój jest pełny Ciebie. Gdy zamknę oczy czuję nawet Twój zapach…

Rzadko przychodzę na cmentarz. Nie wiem czemu… Może jeszcze do końca nie oswoiłam się z tym, że teraz tam jesteś? Może to jakiś mój wyraz wewnętrznego buntu? Próba zamanifestowania, że nie akceptuję tego co się stało? Mimo, że tam nie chodzę pamiętam o Tobie. Często zastanawiam się, czy jest Ci tam dobrze? Czy tam nie czujesz bólu? Czy tam możesz sam się poruszać, bez niczyjej pomocy? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Jednak głęboko wierzę, że kiedyś przyjdziesz i mi powiesz jak tam jest. Wiem, że nie masz czasu. Wiem, bo odwiedziłeś mnie jakiś czas temu i powiedziałeś, że masz mnóstwo obowiązków. I opiekujesz się nami. To jest najważniejsze!

Przestałam się bać samotności. Siedzenia samemu w pustym domu. Wiem, że nie jestem sama. Przestałam się bać zmarłych. Wiem, że zawsze będziesz obok i nie pozwolisz, by stała mi się jakakolwiek krzywda. Żałuję tylko tych straconych lat. Żałuję, że nie da się ich nadrobić. A może można? Może jak spotkamy się razem po tej drugiej stronie? Nie wiem… Nie myślę o tym, bo wiem, że nie czas na takie refleksje.

Tyle chciałabym Ci powiedzieć. A jak przychodzi co do czego to mam pustkę w głowie i nie mówię nic. Z drugiej strony przecież wiesz o wszystkim. Patrzysz na wszystko. Słuchasz wszystkiego. Więc wiesz, że brakuje tutaj Ciebie… Bardzo… Może nie mówimy o tym za często głośno, ale swoje czujemy…

Odwiedź mnie czasem, jak będziesz miał chwilę. Opowiedz jak tam jest. Żebym chociaż trochę przestała się martwić. Żebym była spokojna i miała świadomość, że tam jest dobrze, a na Twojej twarzy gości uśmiech…

624

Standardowy

Dobrych parę lat temu byłam na obozie, na których pojechałam nie znając absolutnie nikogo. Miało być kameralnie, mieli być sami studenci z krakowskich uczelni, mieliśmy zawierać nowe znajomości w oparach dymu papierosowego i hektolitrach wypitego piwa. Jechałam tam pełna obaw, mieszanych uczuć i pytań bez odpowiedzi. Na miejscu okazało się, że jednak nie było tak źle, jak sobie wyobrażałam. Wracając po tygodniu do domu byłam pewna, że zyskałam trzy bliskie przyjaciółki, takie na lata. Oczywiście życie wszystko weryfikuje i tak samo było z tą znajomością.

Marta wykruszyła się pierwsza. Nie miała czasu lub też może nie chciała się spotykać? Nie wiem. Parę razy ratowałam jej tyłek w sytuacji podbramkowej i jak sama mówiła jestem dla niej takim pewniakiem w sytuacjach bez wyjścia. Zawsze pomogę w miarę możliwości, zawsze wysłucham, zawsze będę. Ostatnio spotkałyśmy się jeszcze na czasów mojego mieszkania na Olszy. Nawet nie chce mi się liczyć, ile to lat temu było. Od tej pory kontaktu nie ma. Chyba nawet nie mam jej telefonu…

Justyna pojawiała się i znikała. Z czasem przestałam ją traktować jako przyjaciółkę, była tylko znajomą, z którą łączyło mnie parę fajnych wspomnień. Spotkałyśmy się jakiś czas temu i rozmowa wyraźnie się nie kleiła, więc dałam spokój. Nie lubię robić niczego na siłę i wbrew sobie.

I została ostatnia, Paula. Z nią najwięcej mnie łączyło, choć na obozie nie byłyśmy sobie bliskie. Wszystko wyszło po, w tak zwanym praniu. To ona jest matką chrzestną mojego obecnego związku. To do niej jechałam pół miast przed ważnym egzaminem, bo śnił się jej były chłopak. To z nią mogłam porozmawiać absolutnie o wszystkim i nie istniały tematy tabu. Przeżyłyśmy razem niezliczoną ilość domówek w różnych mieszkaniach, upojeń alkoholowych, głupawek w trakcie nich. Mamy setki kompromitujących zdjęć z imprez, które nigdy nie zobaczą światła dziennego, bo należą tylko do nas. To była pierwsza osoba, o której powiedziałam w moim dorosłym życiu przyjaciółka. Z pełną świadomością i pełnym przekonaniem.

Przetrwałyśmy razem wiele burz. Nie raz się pokłóciłyśmy tak, że tygodniami była między nami cisza. A potem spotykałyśmy się i rozmawiałyśmy, jakby nigdy nic się nie stało. Wiedziałam, że mogę na nią liczyć zawsze i wszędzie. Nawet jak wyjechała do rodzinnego miasta, bo tam odnalazła faceta na resztę życia.

Patrząc na to teraz z dystansem widzę, że od momentu jej wyjazdu z Krakowa nasze relacje zaczęły się psuć. Kontakt był coraz rzadszy i wymuszony. Odpisywanie na smsy na zasadzie, bo tak trzeba. Jednak byłam naiwna i wierzyłam, że ta przyjaźń tyle przeszła, że i to przetrwa.

Potem przyszedł wieczór panieński. Czułam się beznadziejnie, było to zupełnie nie w moim stylu i odbębniłam część dla zasady. Przy okazji wyciągnęłam naukę na przyszłość, wieczory panieńskie to nie jest typ imprezy, na którym chcę być obecna. Na ślub jechałam pełna obaw i mieszanych uczuć. I oczywiście bez przekonania. Było jednak dobrze. Bawiłam się świetnie i wychodząc z imprezy cieszyłam się, że jednak przyjechałam.

Bomba wybuchła parę miesięcy po ślubie. Dowiedziałam się, że włożyłam za mało pieniędzy do koperty. Że spaliła się ze wstydu przed swoim mężem, jak zobaczyła ile tam jest. Do tego doszły pretensje, że nie zostaliśmy na poprawinach. Powiedziałam sobie głośno koniec i zakończyłam tą znajomość. Ucięłam nożem. Oczywiście zdarzało mi się wracać do tego pamiętnego dnia i rozpamiętywać całą sytuację od nowa i tak w kółko. Jednak czas zrobił swoje…

Teraz po półtora roku od tego zajścia niczego nie żałuję. Przeszłam nad tym do porządku dziennego. Nie myślę, nie wspominam, nie rozważam, nie płaczę. To jest dla mnie jak książka, którą przeczytałam parę lat temu, odłożyłam na półkę i wiem, że więcej do niej nie wrócę, bo aż tak dobra nie była. Na pytania od znajomych o Paulę reaguję krótkim nie wiem. Bo nie wiem i tak naprawdę wiedzieć nie chcę. To już nie moja bajka. To już mnie nie dotyczy. To dzieje się poza mną i nie chcę być już tego częścią. Nawet mogę przyznać, że nie traktuję tych lat wspólnej przyjaźni jako czasu straconego. Spaliłam most za sobą, ale wspomnienia zostały. Czemu mam się ich pozbywać, skoro było naprawdę fajnie i czasem mówienie o pewnych rzeczach sprawia, że się uśmiecham?

A czemu o tym piszę? Tak ku pamięci. Głównie swojej. Żeby nie popełnić drugi raz tych samych błędów i słuchać intuicji, która mnie bardzo rzadko zawodzi. Żeby pamiętać, że trzeba być odrobinę hedonistą i stawiać swój komfort i swoje dobre samopoczucie na pierwszym miejscu, a potem dbać o innych. I żeby nic mnie nie podkusiło żeby drugi raz wejść do tej samej rzeki.