629 – Co mnie kręci, co mnie podnieca

Standardowy

Korzystając z tego, że nie ma Tomka i mam pełną dowolność w wyborze filmów zdecydowałam się na ‚Pożegnanie z Afryką’. Po raz kolejny. I po raz kolejny patrzyłam jak urzeczona w Roberta Redforda, powtarzając sobie w myślach, że ja przecież nie lubię blondynów. Wyjątkiem jest wspomniany wyżej pan. Później włączyłam sobie ‚Zaklinacza koni’ i na przemian zachwycałam się i płakałam. A potem zaczęłam rozmyślać, jaki to ja mam pokręcony gust, jeśli chodzi o mężczyzn. Dodajmy, że takich medialnych, bo mój prywatny Mężczyzna zupełnie nie wpisuje się w te kanony.

Magda M mówiła, że ideały są nudne, bo do ideałów nie można się przytulić. Dla mnie ideały nie istnieją. Tworzymy je w naszych głowach na podstawie cech zewnętrznych, które widzimy i wewnętrznych, które sobie sami dopowiadamy. W osobach medialnych wiadomo, że liczy się głownie wygląd, dopiero potem poszerzam wiedzę o konkretnej osobie poprzez wywiady. U mężczyzn najpierw zwracam uwagę na dłonie i oczy, reszta schodzi na dalszy plan.

Zauważyłam jeszcze, że ze znanych facetów podobają mi się głównie tacy, o których inni mówią ‚brzydki’. Dla mnie to jest najbardziej intrygujący typ urody pod słońcem. Nie roztkliwiam się nad Ryanem Gosslingiem. Nie działa na mnie Tom Cruise. Wrażenie robi na mnie tylko George Clooney. Ale to stara znajomość i więcej tam sentymentów niż faktycznego zachwytu urodą. Więc kto mnie rusza?

Ze świata muzyki to proste jak drut i oczywiste – Maciek Maleńczuk. Cytując Maję: kocham go od dwunastu lat miłością najbardziej platoniczną z możliwych. Wcale bym nie chciała, żeby zostawił dla mnie żonę i dzieci, wtedy już przestałabym go kochać, bo nie pasowałby do wizerunku, który sobie stworzyłam w głowie. Dla innych jest rozkładającym się zombie, a dla mnie jest jednym z przystojniejszych mężczyzn.

W świecie kina miejsce w moim sercu ma oczywiście wspomniany już Robert Redford i George Clooney. Do tego duetu mogę dodać jeszcze Hugh Laurie’go. Gość ma to coś w oczach i najbardziej ironiczny uśmiech jaki widziałam w swoim krótkim życiu. A do tego dystans do siebie. Do dzisiaj mam przed oczami zdjęcie koszulki z napisem ‚sign here if you think Hugh Laurie is sexy’ i oczywiście podpisującego się na niej Laurie’go. W tym towarzystwie brakuje jeszcze Josh’a Holloway’a. Jego dołeczki w policzkach, gdy się uśmiecha sprawiają, że ja też się uśmiecham. Oczywiście ma prawo bytu tylko w dłuższych włosach, w krótkich traci większość swojego uroku. I jeszcze ma śliczną żonę.

Jest też świat kuchni, który odkrywam każdego dnia i poznaję nowe nazwiska, które powinien znać każdy szanujący się fan gotowania. Tutaj mam dwa typy. Gordon Ramsay, który jest moim mistrzem odkąd pamiętam. Jest brzydki, pomarszczony, zdecydowanie za dużo przeklina, a ja uwielbiam patrzeć jak gotuje, słuchać jego rad, czerpać inspiracje z niego. A jak założy fartuch kuchenny to mógłby mnie kupić za jednego wielbłąda. Na polskim podwórka jest Wojciech Modest Amaro. Przypadek chciał, że zaczęłam oglądać Top Chefa i w Amaro znalazłam wszystko to, co cenię u innych. Ironię, specyficzne poczucie humoru i oczy, od których nie można oderwać wzroku. Pewnie z powodu tego, że są one różnokolorowe. Imponuje mi jego spokój, jego osiągnięcia w dziedzinie kuchni i fakt, że pozostaje sobą mimo, że ma pełne prawo, by uderzyła mu sodówka do głowy.

Jak widać idealny mężczyzna dla mnie powinien mieć coś z muzyka, aktora i kucharza. Mieć magnetyzujące oczy, piękne dłonie i jeszcze powinien mówić z idealnym brytyjskim akcentem, jak z BBC, z którym podobno prawdziwi Anglicy nie mówią, a jest to wierutnym kłamstwem. A z drugiej strony taki ideał byłby nudny, bo nie sprostałby moim oczekiwaniom i wyobrażeniom. Wystarczy mi popatrzeć chwilę na ekran telewizora, przeczytać wywiad, zainspirować się i odhaczać kolejne punkty z listy marzeń. Trochę tego jeszcze zostało i mam nadzieję, że u schyłku życia całość będzie wykonana.