633

różowy
Standardowy

Pewnego dnia doszłam do wniosku, że muszę zrobić porządek ze spamem, którego codziennie przybywa w mojej skrzynce. Normalnie opróżniałam folder raz na jakiś czas i nie za bardzo się interesowałam jego zawartością. Z czasem jednak zaczęło mnie drażnić, że wiecznie coś tam jest, a ja ciągle dostaję wiadomości, które mnie nie interesują lub oferty z newsletterów, do których nigdy się nie zapisywałam. Zaczęłam więc otwierać każdego meila z osobna i pracowicie wypisywać się z newsletterów. Efekty mojej walki są widoczne, w spamie znajdują się góra dwie wiadomości dziennie, a są dni, kiedy nie ma absolutnie nic.

Druga rzecz, za którą się wzięłam to Facebook. Długo do tego dojrzewałam, długo o tym myślałam i w końcu przeszłam od myśli do czynów i wyłączyłam obserwowanie absolutnie wszystkich znajomych. Nie oszczędziłam nawet Tomka. Potem zrobiłam porządek w stronach, które lubię. To jednak poszło mi szybko, ponieważ w większości lajkowałam strony nic nie wnoszące do mojego życia lub takie, na których nie dzieje się absolutnie nic. Zostawiłam tylko fan page blogów, które czytam, Multikino, z którego pobieram vauchery na wtorki i parę sklepów, które czasem dają kupony rabatowe na zakupy.

Na początku, gdy przeglądałam Facebook’a na komórce, było dziwnie. Pusto, cicho, surowo i nie było co robić. Z czasem zaczęłam to doceniać i się przyzwyczajać. Nie potrzebuję wiedzieć kto z mim był na spacerze, co robi mój znajomy z podstawówki, z którym widziałam się ostatnio dobrych parę lat temu, nie widzę wpisów, które działają mi na nerwy. Widzę tylko to co chcę i co mnie interesuje. Czy kiedyś skasuję konto na Facebook’u? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy nie, bo mimo wszystko coś przydatnego z niego wyciągam. A czy w przyszłości też tak będzie to nie wiem…

A po co to wszystko robię? Żeby ograniczyć czas spędzany w Internecie. Żeby nie siedzieć przed ekranem laptopa i nie klikać bezmyślnie w kolejne strony, z których nie wyciągam nic wartościowego. Żeby samemu wybierać, co i kiedy chcę zobaczyć czy przeczytać. Żeby zyskać więcej czasu dla siebie, w którym mogę spokojnie poczytać, wyjść biegać czy iść na spacer. Beze mnie Internet też będzie istniał, nie przestaną się pojawiać nowe treści, a hejterzy będą pluć jadem na wszystkie strony. 

632

Standardowy

Jednym z moich nieformalnych postanowień noworocznych było odcięcie się od toksycznych osób, nawet kosztem bycia samemu jak palec w sytuacji kryzysowej. Jednak mój komfort psychiczny postawiłam na pierwszym miejscu, a na drugie spadło intensywne życie towarzyskie. Wolę być sama jak palec, siedzieć pod kocem i gapić się bezmyślnie w telewizor czekając na powrót Tomka z wyjazdu niż spotykać się z kimś, kto mnie obgada przy najbliższej nadarzającej się okazji i będzie próbował udowodnić, że wszystko co robię ja jest złe i powinnam się jak najszybciej zmienić.

Od stycznie nie piję piwa i nie widziałam się ze Szmatą i jej mężem. Wystarczy, że oni spotkali się z Tomkiem i znów jej największym problemem był fakt, czemuż to ja śmiałam wyjechać do domu na weekend. Nie wymieniałam ich imienia, udawałam, że nie istnieją. Poskutkowało. Do czasu, niestety. Musiałam ich zobaczyć w piątek. Tak naprawdę niewiele mnie obchodziło, że siedzą przy stoliku, do którego miałam podejść. Po pięciu godzinach w teatrze miałam dość, byłam zmęczona i wypicie jednego drinka mogłoby okazać się śmiertelne, ale tego właśnie potrzebowałam. Musiałam niestety znosić fochy księżniczki, wykręcanie się w drugą stronę, byle tylko na mnie nie patrzeć. Stwierdziłam, że to jej problem. Poza tym starszym trzeba ustępować, więc nie będę się narzucać swoją osobą. Na szczęście wyszli w momencie, kiedy poszliśmy z Tomkiem po następnego drinka. Nawet się nie odwróciłam, udałam, że nie słyszę jak mówi, że wychodzą. Rozdział zamknięty.

Kompletne zamknięcie tego etapu w moim życiu następuje w momencie, gdy osoby uważające się za dojrzałe i dorosłe wywalają mnie ze znajomych na Facebook’u. Tylko mnie to mało ostatnio interesuje, ponieważ w ramach ograniczania czasu spędzonego na beznadziejnym przeglądaniu Internetu wyłączyłam obserwowanie absolutnie wszystkich znajomych.

Teraz czuję ulgę. Czuję, że nic nie muszę, a na pewno zmuszać się do uśmiechu przez zaciśnięte zęby i przytakiwania tym równiejszym. Może Tomek kiedyś to zobaczy. A jak nie to trudno. To On marnuje swój czas na znajomości bez przyszłości. I myślę, że stojąc na rozdrożu zawsze wybierze osiem lat razem niż znajomość, która raz jest, a raz nie. Chyba, że się pomylę i kiedyś wybierze to drugie…

Ja po raz kolejny przekonałam się, że moja intuicja nie myli się.

EDIT:

Przez czas Świąt mogłam spokojnie pomyśleć, nabrać dystansu do pewnych spraw i spojrzeć na wszystko świeżym okiem. Pod wpływem impulsu, złości, poczucia niemocy założyłam hasło na bloga. A potem zadałam sobie pytanie, czemu to ja mam się ukrywać i rezygnować z czegoś, co trwa ponad dziesięć lat? Czemu to ja mam się uginać pod groźbami człowieka, który jeszcze nie spadł z poziomu swojego ego na poziom swojego IQ?

To jest moje miejsce, mimo że Internet jest publiczny i ogólnodostępny. Czytasz, super. Tylko miej odwagę przyznać, że czerpiesz informacje stąd, a nie wykręcać się osobami trzecimi. A jak nie umiesz inteligentnie skorzystać z tego, co tutaj znalazłeś to skorzystaj z czerwonego iksa w prawym górnym rogu i zajmij się czymś innym.

Ja już mam za sobą historię z kimś, kto twierdził, że absolutnie każdy wpis jest o niej. Wystarczy! Drugi raz tego samego błędu nie popełnię i mądrzejsza o pewne doświadczenia zamilknę. Nie reaguję na obelgi, groźby i ataki, bo najlepszą formą obrony jest cisza i brak reakcji. Ekscytujcie się moimi wpisami w swoim gronie, podniecajcie się, krzyczcie, analizujcie tak jak lubicie najbardziej, ale mnie w to nie mieszajcie. Bo i tak nie dam się w to zaangażować. Dla mnie jesteście niczym więcej jak zamkniętą kartą w historii, do której na pewno nie wrócę.

A hasła nie będzie. Jak ktoś chce to niech czyta. Niech mi grozi ile wlezie. Jak od tego poczuje się lepiej i urosną mu jaja to super, cieszę się razem z nim.

631

Standardowy

Cała historia zaczęła się od tego, że nie miałam pomysłu, co kupić Tomkowi na urodziny. Miałam jedną rzecz na oku, ale długi czas dostawy sprawił, że musiałam postawić na opcję numer dwa, czyli bilety na koncert Kazik i El Dópy. Fanką Kazika nie jestem i nie byłam. Kojarzył mi się z piosenką o Gołocie i średnio wyględnym panem, który mógłby spokojnie robić za żula na dworcu Kraków Główny albo Warszawa Centralna. Pomyślałam sobie, że Tomek męczy się ze mną na Maleńczuku i był na Korze, więc ja też mogę zejść z piedestału i zrobić coś dla Niego.

Jak było? Zacznę od słabych stron. Support… To był mój pierwszy koncert z supportem i zostanie w pamięci jako bardzo, bardzo słaby. Był do tego stopnia zły, że w pewnym momencie wyciągnęłam komórkę i sprawdziłam, czy jest otwarta sieć wi-fi i przeglądałam Facebook’a dla zabicie nudy. Dr. Hackenbush był czymś, czego mój umysł nie był w stanie ogarnąć. Teksty, które opierały się na wulgaryzmach, muzyka, do której nogi nawet nie drgnęły i do tego dwa wyliniałe staruchy za mikrofonem. Jedynym wytłumaczeniem ich żenującej muzyki może być tylko fakt, że są z Gdyni. Koniec tematu.

Poza tym była masa metali (?), których głównym celem było wypicie jak największej ilości piwa i zataczanie się pod sceną. Na szczęście zespół szybko reagował i wyprowadzali takich delikwentów, dla których idealnym partnerem był kibel. I druga część metali, która pod sceną uprawiała jakieś dziwne tańce, polegające na obijaniu się o siebie i dziesięć przypadkowych osób, które niekoniecznie o tym marzyły. I to był dla mnie minus, bo nie mogliśmy iść pod scenę poskakać, bo ważniejsze były dla mnie moje zęby i komfort psychiczny.

A co było na plus? Sam Kazik, który mnie naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczył. Przed samym koncertem przesłuchałam na szybko dwie ostatnie płyty, o pierwszej kompletnie zapomniałam, więc coś mi w ucho wpadło i wiedziałam czego się spodziewać. Inna sprawa, że po tak chujowym supporcie wszystko by mi się podobało. Kazik jest naprawdę sympatycznym starszym panem, który umie śpiewać, świetnie gra na saksofonie i łapie kontakt z publicznością. Zachwyciło mnie parę nowych piosenek do tego stopnia, że po wejściu do domu od razu włączyłam ‚Natalię w Bruklinie’. A dzisiaj planuję bieganie z Kazikiem w słuchawkach, bo naprawdę mi się podobało i chętnie kiedyś to powtórzę.

Super było też przybijanie piątek z publicznością. I to nie wybiórczo, ale z absolutnie każdym! Coś czego brakuje mi u Maleńczuka, który mógłby zrobić coś dla tego stada piszczących lasek i podać im rękę, nie ubyłoby mu nic… I jeszcze to, że grali prawie trzy godziny! Dwie godziny regularnego koncertu, z mocnym graniem i darciem ryja i bez chrypy po drugim kawałku. A potem bis przez prawie godzinę. Jeden cover, ponowie Natalia i parę nowości, które się nie pojawiły. Była moc…!

I na koniec, fajne było to, że byliśmy razem i świetnie się bawiliśmy. Nie potrzebowaliśmy innych osób, bo dobrze nam było w naszym towarzystwie. Wypiliśmy parę drinków, pobujaliśmy się, poskakaliśmy, byliśmy razem i świetnie się bawiliśmy. A ja chyba się starzeję, bo Kazik naprawdę mi się podobał i teraz słychać go w moich głośnikach. I naprawdę na żywo brzmi miliard razy lepiej, ale to żadne odkrycie. Dobry wokal obroni się zawsze.

P.S. Mimo tych wszystkich zachwytów Pan Maleńczuk i tak jest tym jedynym i zawsze będzie na pierwszym miejscu. Choćby nie wiem co!

630

Standardowy

Przestałam pisać. Dlaczego? Chyba z głupoty. I z nawału profesjonalnych blogów, jakie ostatnio mnie bombardują na każdym kroku. Poczułam, że ja do tego towarzystwa nie pasuję i nie powinno mnie tu w ogóle być. A potem zaczęłam myśleć i myśleć i myśleć… I doszłam do naprawdę mądrych wniosków.

Po pierwsze piszę dla siebie. Od momentu założenia tego bloga nie liczyłam na ogromną liczbę komentarzy, nie zabiegałam o nie, nie żebrałam o nie. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że z pisaniem jest jak ze zmywaniem – nikt nie lubi, a zrobić trzeba. Nie trzeba. A przynajmniej ja nie muszę. I tak samo nie muszę pisać tak, by zaciekawić odbiorców. To jest wolny kraj. Jak się komuś nie podoba, to wyłącza i nie katuje się dalej. Mi nic do tego. A jak się podoba i nie zostawi komentarza, to żył sobie otwierać nie będę. Nie po to tutaj jestem. Mam swoje małe marzenia, które być może kiedyś będę próbowała spełnić. Tyle…

Druga sprawa. Zawsze ceniłam sobie anonimowość. Cieszyłam się, że mało kto wie, że piszę bloga i jeszcze mniej osób go czyta. A obecnie mamy zalew blogów, na których autorzy przedstawiają się z imienia i nazwiska, dają swoje zdjęcie i jeszcze piszą co robią w życiu. Ekshibicjonizm pełną gębą. Jestem w stanie zrozumieć pokazywanie się na blogach modowych czy fit blogach. W końcu prezentowanie ubrań na podłodze wygląda mało profesjonalnie i nie zainteresuje się tym absolutnie nikt. Tak samo, jak bardziej wiarygodnie wygląda zdjęcie wysportowanej dziewczyny z twarzą, a nie odcięte w okolicach szyi. Ale czy blogi lifestylowe, teraz tak modne, muszą być tak odarte z prywatności? Inna sprawa, że trafić na bloga, który traktuje po prostu o życiu, własnych przemyśleniach i problemach jest tak trudno, jak znaleźć kwiat paproci w Noc Świętojańską.

O zdjęciach dzieci wspominać nawet nie będę, bo mam na ten temat swoje zdanie i blogi parentingowe omijam szerokim łukiem z wielu powodów.

I trzecia sprawa. Dzisiaj blog musi być postawiony na serwerze. Nie żadna końcówka blog.pl czy blogspot.com. To wygląda amatorsko, na tym się nie zarobi. To musi być pl lub com. Wtedy wygląda zawodowo i pełną gębą, a reklamodawcy walą drzwiami i oknami, aż się chcą pozabijać. Teraz blogów nie pisze się dla przyjemności. Teraz się na nich zarabia i obnosi swoim bogactwem. Słowo przyjemność i pisanie dla siebie nie istnieje. Każdy ma bloga, by na nim zarabiać. A jak twierdzi, że jest inaczej to kłamie.

I dlatego nie pisałam. Bo się w tym wszystkim pogubiłam. Czytając codziennie takie profesjonalne strony zaczęłam wątpić we wszystko. Nie pojawiły się o dziwo myśli o skasowaniu. Aż tak odważna nie jestem jeszcze. A teraz, po przemyśleniu kilku spraw, mam wszystko w dupie. Jestem sobą i robię to dla siebie. I będę to robić, nawet gdy nikt nie będzie tu zaglądał. I nawet gdy będę ostatnim blogiem, na którym nie ma mojego zdjęcia, imienia i nazwiska i piszę o tym, co chcę.