636

7756
Standardowy

Czasem odnoszę wrażenie, że ludzie traktują mnie jak Wonder Woman, która nie ma uczuć, ma zawsze dobry humor, nie ma prawa mieć gorszych dni i nie warto przejmować się jej problemami. Albo nie traktują mnie poważnie, bo… I tutaj mogłabym wyliczać powody w nieskończoność, zależnie od tego, kogo mam na myśli. Nie jest to ani miłe, ani przyjemne. A najgorsze jest chyba to, że nawet jakbym o tym powiedziała głośno, to nie spotkałabym się ze zrozumieniem…

Sytuacja z przed kilku dni, która miała apogeum w sobotę i szczęście Wojtka, że nie było go w Krakowie, bo chyba nic by mnie nie powstrzymało przed rozerwaniem go na strzępy. Tak się złożyło, że po Wielkanocy wróciłam do Krakowa autem. Stoi teraz u Margoli w garażu, z różnych względów. W środę Wojtek miał jechać do Tarnowa i tutaj zaczyna się cała przygoda. Oczywiście nie może jechać pociągiem, bo jedzie za długo, nie o tej godzinie, w pociągu śmierdzi i powody można mnożyć. Margola nie pojedzie do pracy autobusem, bo korona jej z głowy spadnie i Kraków jest fatalnie skomunikowany. Do tego stopnia źle, że ma do Instytutu bezpośredni autobus, którym jedzie szybciej niż autem. Jednak do pewnych ludzi racjonalne argumenty nie trafiają, a auto to wyznacznik statusu społecznego.

Pierwsza rzecz to telefon do Tomka żeby dał jej swoje auto. Nie może, bo jedzie na korki. Więc to jest wspaniały pomysł żeby skorzystać z mojego samochodu, który przecież stoi pod nosem. I tutaj zaczyna się cały cyrk. Margola pyta Tomka, czy w ogóle jest taka możliwość. Nie mnie, tylko Jego, jakby to był Jego samochód! Stwierdziłam, że olewam, bo póki ja o niczym nie wiem, to nie ma problemu. We wtorek jest telefon od Margoli do Tomka i ja dostaję słuchawkę i co słyszę? Wojtka, który mówi: ‚jak mam jechać Avensisem to musisz mi dokumenty dać i powiedzieć co i jak’. Zamurowało mnie. I jak to bywa w takich sytuacjach wszelkie mądre riposty zniknęły z mojej głowy. Ani ‚czy mogę?’, ani ‚czy nie byłby to problem?’, ani ‚czy jest taka możliwość?’, tylko wręcz rozkaz i uznanie tego za najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem. Teraz bym go spytała: ‚a czy ja w ogóle powiedziałam, że pożyczę ci samochód, bo sobie nie przypominam?’ Powiedziałam mu najważniejsze rzeczy, Tomkowi dałam dokumenty i poszłam spać mając nadzieję, że nic się z autem nie stanie. Może jestem chytra, można to nazwać dowolnie, ale nie lubię pożyczać ludziom, do których nie mam zaufania moich rzeczy. Nieważne czy to samochód, czy ubranie, czy głupia książka. Nie lubię i już.

Po fakcie nie usłyszałam nawet dziękuję. Nie było głupiego telefonu czy smsa żebym wiedziała, że wrócił, dobrze się jechało i wszystko w porządku. Poczułam się dziwnie, ale z drugiej strony przywykłam do takiego traktowania mnie. Apogeum było w sobotę, kiedy to przypadkiem weszliśmy do garażu i okazało się, że w Avensisie pali się światło. Akumulator rozładowany do zera, bo Wojtek włączył lampkę i jej nie wyłączył. Powiedziałam Tomkowi żeby przekazał Margoli, że Wojtek rozładował akumulator. Chciałam mu napisać smsa, ale gotowałam się ze złości i wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł. Jakby zadzwonił usłyszałby z mojej strony długą listę przekleństw i nic więcej. Wieczór miałam spieprzony, bo nie mogłam się uspokoić. Co chwilę mnie szlag trafiał.

Spodziewałam się w niedzielę telefonu z przeprosinami. Albo chociaż smsa. O ja naiwna… Nawet Margola odebrana z dworca nie powiedziała ani słowa w tej sprawie, zupełnie jakby nic się nie stało. Na przemian chciało mi się płakać i krzyczeć. I jedyny pozytyw w tym wszystkim, że zauważyliśmy to w sobotę, a nie w piątek przed wyjazdem. Bo wtedy na pewno bym go zabiła, jakby tylko był. I wykrzyczała wszystko, łącznie z tym, że nawet nie spytał czy może i nie podziękował za przysługę.

Poczułam się jak gówno, z którym absolutnie nikt się nie liczy. Przywykłam do tego, że dla Wojtka jestem kimś gorszym i nie na jego poziomie. Przywykłam do tego, że jak zostaję z nim sama w pokoju, to zapada cisza, bo przestałam się silić na jakąkolwiek rozmowę. Przywykłam do wielu rzeczy i wiele rzeczy przełykałam z łzami goryczy płynącymi mi po policzkach. Nauczyłam się uśmiechać na siłę, wyłączać z rozmowy i jednocześnie robić pozory, że słucham z uwagą, nie przejmować się tym, że moje imieniny i urodziny są notorycznie zapominane. To wszystko to nic. Nie przywyknę jednak do traktowania mnie jak niewolnika, któremu wydaje się rozkazy i którego można traktować jak bezdomnego spod Almy, któremu się powie ‚spierdalaj’ na odczepnego. Wbrew pozorom ja też mam uczucia. Też jest mi czasem smutno, też potrzebuję wsparcia i zrozumienia. I też zasługuję na szacunek.

Może dla wielu osób to by było tylko auto. Dla mnie to było coś, co przelało czarę goryczy. Skończą się moje uprzejmości, bycie miłym, wymyślanie prezentów, robienie imieninowych kolacji niespodzianek. Jeśli ktoś mnie nie szanuje, czemu ja mam stawać na głowie i pokazywać się z jak najlepszej strony? Ja daję od siebie wiele, a w zamian nie dostaję nic. Nie jestem zabawką, nie jestem czyimś ozdobnikiem. Jestem żywą istotą, która czuje, myśli i rozumie. Ja nie dostaję nic, ktoś w zamian dostanie tyle samo. Kończy się moje wychodzenie przed szereg. Będę robić tyle ile muszę i nic poza tym.

Wojtka oceniłam początkowo jako sztywnego i bez poczucia humoru i dystansu do siebie. Nie pomyliłam się jak widać. Historia zatoczyła koło i wróciliśmy do punktu wyjścia. Z tym, że teraz jestem mądrzejsza o pewne doświadczenia i drugi raz nie dam się zwieść pozorom.

635

Standardowy

Mieszkając w Dortmundzie nie można być obojętnym na piłkę nożną i nie można nie kibicować BVB. Mieliśmy to szczęście, że w sobotę był mecz ligowy Borussii. To co dzieje się wtedy na ulicach można nazwać świętem narodowym. Absolutnie każdy ubrany jest w żółto-czarną koszulkę, nieważne czy młody, czy stary. Widzieliśmy nawet małe dzieci w wózkach, w śpioszkach z napisem BVB 1909. Jeśli nie ma koszulki to jest szalik, albo opaska do włosów przypominająca pszczółkę, którą chciałam bardzo kupić, ale niestety nigdzie nie znalazłam. Inna sprawa, że jest to miłe uczucie, gdy mijali nas Niemcy z napisem Lewandowski lub Błaszczykowski na plecach. Można poczuć coś na kształt dumy, mimo że fanką piłki nożnej nie jestem.

Chciałabym bardzo, aby takie kibicowanie było w Polsce. Nie ganianie z maczetami, nie wyzywanie kibiców przeciwnej drużyny od Żydów, nie ozdabianie miasta poezją uliczną w stylu ‚JŻS’. Chciałabym żeby można było iść na byle jaki mecz i nie drżeć o własne życie lub zastanawiać się, kiedy spadnie na nas krzesełko wyrwane przez kibola, bo że spadnie jest pewne. U nas mecz to powód do obicia komuś mordy. W Dortmundzie to jest święto, prawie jak religia. Do tego stopnia jest to wynoszone na piedestał, że w każdej galerii handlowe ludzie oglądają mecz na żywo lub słuchają relacji w radio, bo na czas trwania meczu w radiu nie posłucha się żadnej muzyki. Weszliśmy do małej galerii handlowej w poszukiwaniu toalety i zastaliśmy nieczynne windy, puste sklepy i masę żółto-czarnych kibiców wpatrzonych w ekran telewizora i przeżywających każdy strzał na bramkę. Jestem więcej niż pewna, że gdybym tam została na dłużej też uległabym tej modzie. Też biegałabym po mieście w barwach BVB i ekscytowała się każdym zdobytym golem. Bo to kibicowanie bardzo silnie przypomina mi moje czasy gry w koszykówkę i chodzenia na mecze…

I jeszcze sklepy BVB, na które można natknąć się absolutnie wszędzie. I można w nich kupić absolutnie wszystko. Nie tylko szaliki, koszulki czy bluzy. Jest całe stanowisko dla dzieci. Smoczki, śpioszki, bodziaki, śliniaczki, kubki niekapki. Można sobie wyposażyć mieszkanie. Pościel, ręczniki, szlafroki, kubki (sami posiadamy jeden, bo naprawdę trudno się oprzeć), toster, który na kanapce robi znak BVB 09, szczotka do kibla, grill ogrodowy, formy do muffinek. I oczywiście moda codzienna, czyli skarpetki, spodenki, bluzy, koszulki. Są też akcesoria typu krasnale ogrodowe, breloczki, świnka skarbonka śpiewając hymn Borussii. Jednym słowem wszystko czego tylko się zapragnie i jeszcze więcej. Twórców tych rzeczy ogranicza chyba tylko ich własna fantazja.

Mnie szał na BVB udzielił się do tego stopnia, że byłam bliska kupna koszulki, żółtej dla siebie i czarnej dla Tomka. Niestety głos rozsądku, pod postacią Tomasza, mi na to nie pozwolił. Założyłam sobie specjalny fundusz i zbieram na koszulkę i bilety na mecz. Przy następnej wizycie na pewno zaliczymy zwiedzanie stadionu, mecz, a jak mecz to i koszulki kupimy żeby za bardzo nie odróżniać się od reszty.

634

Standardowy

Na swojej liście umieściłam wyjazd do Amsterdamu. Wtedy wydawało mi się to dość optymistycznym założeniem, którego pewnie nie zdołam wykonać. A rzeczywistość zaskakuje, czasem nawet pozytywnie i w Amsterdamie byłam! Wyjazd był spontaniczny i nie do końca zaplanowany, ale jak najbardziej udany i wiemy, że musimy tam wrócić przy najbliższej nadarzającej się okazji.

Amsterdam w planach wyjazdowych był, jednak myśleliśmy, że nie od razu na następny dzień po naszym przylocie. Niestety zmusiło nas do tego Święto Pracy, w które w Dortmundzie jest zamknięte absolutnie wszystko, łącznie z kawiarniami i pubami, więc można umrzeć z nudy. Albo zapakować się w samochód i jechać na wycieczkę, jak uczyniliśmy my.

Niestety, na miejscu byliśmy dopiero koło 14:00. Na autostradzie był wypadek i jechaliśmy objazdem. Dodatkowo w samej Holandii nie można za bardzo szaleć i trzeba pilnować się dozwolonej prędkości. Po dotarciu do Amsterdamu zobaczyliśmy masę rowerów, które pojawiały się z absolutnie każdej strony i skutecznie przeszkadzały w szukaniu parkingu, ponieważ trzeba było obserwować znaki i uważać żeby rower nie znalazł się nam na masce. Miejsc parkingowych było sporo, ale nie na duże auto, więc skazani byliśmy na parking, który też nie tak łatwo było znaleźć. W końcu się udało i pierwsze kroki skierowaliśmy na kawę, która skończyła się obiadem. A potem wybraliśmy się na spacer po Amsterdamie…

Niestety nie udało się nam wejść do żadnego muzeum, mimo że w planach mieliśmy Rijksmuseum i muzeum Van Gogha. Brak porządnej organizacji i późny przyjazd zrobiły swoje. Za to poznaliśmy Amsterdam od strony spacerowej, taki na który zwykle nie ma czasu albo nie jest w ogóle planowany, bo poświęca się czas na muzea. Spacerowaliśmy wzdłuż kanałów chcąc dostać się do centrum. Później okazało się, że idziemy w przeciwnym kierunku i bez mapy nie dojdziemy nigdzie. Za to mogliśmy pozachwycać się architekturą tego miasta. Przepiękne kamienice, podobne do siebie, a jednak inne. I w idealnym stanie. Bez graffiti i napisów, czyste i zadbane. Unikalne i niespotykane. Absolutnie każda ulica była ładna. Nieważne czy była to jakaś ślepo kończąca się uliczka, czy wielkie skrzyżowanie czterech ulic. Każda miała swój urok, każdą chciało się sfotografować i zapamiętać.

Sam Amsterdam urzekł mnie też otwartością. Wiedziałam, że w dzielnicy Czerwonych Latarni jest pełno sex shopów, sklepów z marihuaną i pań na wystawach. To mnie nie dziwiło. Bardziej zaskoczyła mnie otwartość tych ludzi i ich brak skrępowania. A do tego świadomość, że można się tu czuć bezpiecznie. Policja jest po to, by dbać żeby upity i ujarany klient nocnego klubu nie wpadł do kanału lub nie nabił sobie guza potykając się o krawężnik. Wejście do sex shopu jest czymś najnormalniejszym na świecie i nikt nie patrzy na człowieka jak na potencjalnego zboczeńca. Wręcz przeciwnie. Uśmiech na twarzy, brak nachalności, chęć pomocy. A do tego te wszystkie gadżety są naprawdę małymi dziełami sztuki, za które nie trzeba płacić wygórowanej ceny. W Polsce chyba się nie doczekamy aż takiej tolerancji, dlatego jak na zakupy to tylko do Amsterdamu. I wieczór panieński i kawalerski też w  Amsterdamie. Ze względu na to poczucie bezpieczeństwa właśnie, otwartość i tolerancję.

No i rowery! Są wszędzie. Wyzwaniem jest znaleźć ulicę bez roweru i jest to chyba niemożliwe. Tak samo jak wyzwaniem jest wsiąść na rower w Amsterdamie bez uprzedniego zapoznania się z topologią dzielnicy. Nie odważyłabym się za szybko. Jednak bardzo podoba mi się ta obecność rowerów wszędzie. Samochody i piesi są spychani na dalszy plan. Przed oczami mam scenę, gdy auta mają zielone światło, a i tak z przeciwnej strony przejeżdża sznur rowerów, a kierowcy grzecznie czekają, aż minie ich ostatni rowerzysta. Kolejna rzecz, która w Polsce długo się nie zdarzy. Tutaj nawet na ścieżce rowerowej można poczuć się niechcianym i nie na swoim miejscu, bo pieszy i kierowca samochodu są najważniejsi.

Do Amsterdamu na pewno wrócę. Bardziej zorganizowana, z planem działania i na minimum dwa dni. Bo tyle chcę zobaczyć! I Rijksmuseum i muzeum Van Gogha i muzeum Bolsa i muzeum Heinekena. I iść do Ice Baru. I napić się Jagerbomb. I pochodzić po Czerwonych Latarniach po 22 i wybrać najładniejszą panią z wystawy. Po prostu być i chłonąć atmosferę tego miasta… I wiem, że się to uda!