639

Standardowy

O tatuażu myślałam odkąd pamiętam. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Zawsze wiedziałam, że tatuaż będę mieć. Niewiadomą był tylko czas, miejsce i wzór…

Na początku chciałam na wewnętrznej części nadgarstka. Bo takie dyskretne miejsce, zawsze można zakryć rękawem i nie będzie się rzucać w oczy. A potem dowiedziałam się o Oświęcimiu i już tam nie chciałam tatuażu. Nie chciałam patrzeć na swój nadgarstek i myśleć, że dla mnie to coś ważnego, a dla kogoś innego, trochę wyżej, to synonim bólu, cierpienia i wszystkich negatywnych uczuć, których nie potrafimy nazwać.

Potem myślałam o ramieniu, stopie, karku, dolnej części pleców… A jeszcze potem zaczęłam na cały problem patrzeć z bardziej praktycznej strony. Skupić się na wybraniu takiego miejsca, które za dwadzieścia lat nadal będzie wyglądać dobrze, a ja nie będę się wstydzić pokazać swojego tatuażu. Padło na łopatkę. I tak zostało do dziś. Bardziej skłaniam się ku prawej, z niewiadomych powodów.

Wzór. To już był większy problem i dylemat. Bo miałam świadomość, że zostanie to za mną na zawsze. Wiadomo, że można zakryć czymś innym, ale nie chcę posuwać się do tak drastycznych kroków. Skoro coś robię, to chcę to mieć na zawsze. A skoro chcę to mieć na zawsze, muszę być pewna, że jest to zgodne ze mną i moimi przekonaniami i będzie dla mnie ważne za te kilkadziesiąt lat. Nie pamiętam już jakie miałam pomysły. Sam fakt, że o nich zapomniałam znaczy, że nie były dla mnie aż tak ważne.

Pamiętam, że bardzo długo chciałam chiński znak miłości. Miałam zapisany w komputerze i narysowany w kilku zeszytach. Starałam się w nim dostrzec coś więcej, dać mu jakieś symboliczne znaczenie. Jakby ta miłość, to było za mało. Jakbym czuła, że kiedyś będę się musiała komuś tłumaczyć, a czemu taki? Miłość, bo jest to dla mnie ważne uczucie. Po prostu. Nie wyobrażam sobie, że można żyć i nie kochać nigdy nikogo. Przecież miłość to tak pojemne słowo. Uczucie, które towarzyszy nam każdego dnia, praktycznie od samych narodzin. Kochamy Rodziców, Dziadków, przyszłego życiowego Partnera, psa, lody waniliowe, książki, podróże, artystę z estrady czy aktora z pierwszych stron gazet. Jedno słowo a tyle znaczeń.

W końcu dorosłam do tego żeby ten tatuaż zrobić i to w skończonym czasie. Poczytałam co nieco i wiem, że teraz jest dobra pora. Nie będę się opalać, więc nie muszę zakrywać swojego dzieła ani szczególnie mocno o nie dbać. Do wiosny się powinien zagoić i nadawać do ewentualnego pokazywania ludziom. Wybrałam wzór, studia nadal nie i czekałam na nadejście jesieni. Jesień przyszła, a ja nadal jestem bez tatuażu. W tym czasie wybrałam dwa studia, których prace mnie przekonują. Nie byłam w nich jeszcze, bo nie mam projektu mojego tatuażu.

I znów dochodzimy do problemu jaki to ma być wzór. Dawno temu urodził się w mojej głowie pomysł, że na prawej łopatce zrobię sobie dwie obrączki, napis Semper Fidelis i datę. Taki prezent na pierwszą rocznicę ślubu, którego data jest bliżej nieznana i nic nie wskazuje na to, że coś się w tym temacie zmieni. Więc z naturalnych względów obrączki odpadają i zostaje sam napis.

I tak sobie o tym myślałam i myślałam i zdecydowałam się. Samo Semper Fidelis na prawej łopatce. I doszłam do wniosku, że nie chcę żeby zaprojektował to pierwszy lepszy tatuator ze studia. Chcę żeby zrobił to Marek. Z wielu względów. Głównie dlatego, że mam do niego zaufanie. Wiem, że jak mu powiem o co chodzi, to zrobi co chcę i ewentualnie dołoży swoją wizję, ale nadal będzie to bardziej moje niż jego. On z Ewą są dla mnie ważnymi osobami w życiu i chciałabym mieć po nich coś na zawsze. Coś innego niż dwa obrazy na ścianie, które dziś są, a jutro może ich nie być z różnych powodów. Namacalny ślad tej przyjaźni, który będzie ze mną na zawsze.

Nie wiem, kiedy się z nimi spotkamy. Może za tydzień, a może za miesiąc? Nie jest to ważne. Ważniejsze jest dla mnie to, że zdecydowałam się, zaplanowałam i teraz mogę spokojnie i cierpliwie czekać. Cholernie jestem ciekawa, czy Marek się tego podejmie? Czy zrobi to w skończonym czasie? Czy nie będę musiała czekać do kolejnej jesieni? I najbardziej jestem ciekawa samego efektu końcowego! A potem przyjdzie moment, że spotkamy się i pokaże Markowi jego dzieło i mam nadzieję, że szczerze się tym zachwyci.

638

Standardowy

Przeczytałam całkiem niedawno fabularyzowaną biografię Marilyn Monroe. Z jednej strony gdzieś tam się przewija w moim życiu, a z drugiej nie wiem o niej za wiele… Posągowa blondynka jest u mnie na koszulce, na kolczykach, na zasłonie prysznicowej i mało mi. Już rozglądam się za bluzą z jej zdjęciem. I obejrzałam tylko jeden film z jej udziałem, ‚Pół żartem, pół serio’. A po przeczytaniu jej biografii nie wiem, czy chcę nadrobić te zaległości…

Gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że te filmy pewnie nie są rewelacyjne. Że fenomen tych filmów opiera się na Marilyn. I każdy z nich okupiony był jej wielkim cierpieniem i bólem. Walką z samą sobą, ze swoimi słabościami. Upadki na dno po to, by podnieść się i iść na premierę w pełnym błysku swojej sławy. A potem znów wrócić do punktu wyjścia i uciekać ze swoimi problemami w tabletki nasenne popijane szampanem…

Czytając momentami czułam jej ból. Łykałam ukradkiem łzy w tramwaju, gdy matka zabiła jej ukochanego psa. Cierpiałam, gdy przeczytałam o kolejnej niedonoszonej ciąży. Przeżywałam każdy kolejny z jej romansów i zastanawiałam się, czy w końcu się opamięta?! Wiedziałam, że nie. Wiedziałam, że z życia czerpała garściami i ciągle jej było mało. Nie potrafiła kochać, nie potrafiła się cieszyć, nie potrafiła doceniać małych rzeczy. Potrafiła błyszczeć i zwracać na siebie uwagę.

I nie potrafiła poprosić o pomoc… Mimo, że chodziła regularnie do psychologa, któremu zawdzięcza życie. Chodziła tam, bo lubiła słuchać swojego głosu. W tym jesteśmy podobne, chyba… Chciała pomocy, nie umiała o nią poprosić, a gdy ją dostawała nie wiedziała, jak z niej skorzystać.

Gdy byłam dzieckiem fascynowało mnie, dlaczego nie wiadomo, jak zmarła Marilyn. Dalej mnie to ciekawi. Dalej nie potrafię zrozumieć, ze ktoś kochający życie, może tak się nienawidzić, że chce się zniszczyć…

637

Standardowy

Na miejsce docieram bez problemu i zdecydowanie przed czasem. A zdawało mi się, że dwudziestominutowy zapas będzie za mały i będę mogła wszystko robić w biegu i nie mieć czasu na porządne zestresowanie się. Niestety… Droga pod wskazany adres jest tak łatwa, że nawet z zawiązanymi oczami bym trafiła. Sprawdzam dokładnie miejsce, okazuje się, że to prywatne mieszkanie, więc nie mogę być kwadrans przed czasem. Wybieram się na spacer w poszukiwaniu ławki żeby móc usiąść, zabić czas i nieco się ochłodzić, bo pogoda jest ostatnio kapryśna i z zimnego poranka zrobiło się słoneczne i ciepłe popołudnie. Przy okazji pojawia się drugi problem, muszę do toalety, bo wątpię czy wytrzymam godzinę.

Osiedle okazuje się całkiem przyjazne, zielone, ciche i pozbawione ławek. Na większy supermarket też nie mam co liczyć, więc siadam chwilę na przystanku, doprowadzam się do stanu używalności i ruszam z powrotem. Po drodze powtarzam w myślach powitalną formułkę i staram się myśleć o wszystkim, ale nie o tym, co mnie czeka i co sama wybrałam z własnej woli. Naciskam guzik domofonu i słyszę miłe i zaskakujące ‘Witam!’. Uśmiecham się do siebie i wchodzę na trzecie piętro, starając się nie dostać zadyszki. Kobieta, która otwiera mi drzwi jest nieco inna niż ta, którą widziałam na szklanym ekranie i przez głowę przebiega mi myśl, że to nie ona. Ale czy możliwa jest aż taka zbieżność nazwisk? Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo zanim pomyślę o czymkolwiek słyszę, jak pytam o drogę do toalety. Jeden problem z głowy, teraz powinno być już tylko lepiej.

I jest. Wchodzę do pokoju pełnego książek. Od razu myślę sobie, że dobrze trafiłam. Z każdej strony widać tylko książki, książki i książki. Gdzieś w nie wkomponowany jest komputer z wygaszaczem o treści ‘D. do roboty’ i drukarka. Swoją drogą genialny pomysł na automotywację. Siadam i nie wiem od czego zacząć… I słyszę, że jeszcze nie spotkała osoby, która by wiedziała, co ma powiedzieć.

I zaczynam mówić. Całkiem spontanicznie, bez zastanawiania się czy jest to z sensem i po kolei, ważne żeby wyrzucić z siebie wszystko jak najszybciej. A po paru chwilach wiem, że intuicja mnie nie zawiodła i trafiłam pod dobry adres. Nie mam oporów, nie wstydzę się, po prostu siedzę, mówię, słucham i zadaję pytania. Czuję jakbym nie przyszła do obcej osoby, ale do przyjaciółki, którą znam od lat i której mogę powiedzieć absolutnie wszystko. Nie oczekuję głaskania po głowie i przytakiwania. Chcę chłodnego spojrzenia na sytuację i pomocy. Tak, potrzebuję pomocy. Bo nie dam rady sama ruszyć do przodu z wieloma sprawami.

Tak, poszłam do psychologa. Stanęłam pod ścianą i uświadomiłam sobie, że nie dam sobie z tym wszystkim sama rady. Ja, która nie wierzy w psychologów, poszłam do takowego. Nie żałuję. Zapisałam się na kolejną wizytę. Dostałam zadanie domowe do zrobienia. Dostałam motywującego kopa w tyłek. Dostałam złotą radę, która pomogła mi zacząć walczyć z lękiem, który żeruje na mnie od ponad roku. Koniec z tym!

Wyszłam po ponad godzinie i czułam jakbym pozbyła się ogromnego ciężaru. Poczułam się tak lekko, jak nie czułam się bardzo dawno temu. Nie, nie zaczęłam cudownie wierzyć w siebie. Nie, nie podniosła się moja samoakceptacja. Zrobiłam ledwie mały kroczek w przód. I zobaczyłam światełko w tunelu.

Pozwoliłam obcej osobie dotrzeć do mnie, odczytać mnie i pokazać, jaka jestem naprawdę. Dowiedziałam się jaka jestem… Nie spodziewałam się, że ktoś, kto rozmawia ze mną kwadrans jest w stanie to dostrzec. A może tym właśnie cechuje się dobry psycholog? A ja jednak dobrze wyczuwam ludzi? Nawet, gdy obserwuję ich na szklanym ekranie?

Pamiętam jak kiedyś sobie pomyślałam, że jakby miała iść na terapię to tylko do niej. Spodobał mi się jej ekspresja, sposób bycia, temperament, szczerość do bólu. I zastanawiałam się na ile jest to wyreżyserowane, a na ile prawdziwe. Nawet zdobyłam się na odwagę i powiedziałam Pani Psycholog, jak do niej trafiłam, jak pozytywnie się zaskoczyłam i że w chwili podjęcia decyzji wiedziałam, że jeśli do kogoś pójdę to tylko do niej. Miło było usłyszeć, że chyba jesteśmy do siebie podobne, bo obie jesteśmy pozytywnie stuknięte. Całkowicie mnie kupiła mówiąc, jak chodzi pod autostradę krzyczeć ‚kurwa’. Wtedy wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu i przed odpowiednią osobą. Z trudem się powstrzymałam żeby jej nie uściskać wychodząc, bo naprawdę czułam tak ogromną wdzięczność i ulgę.

Bazuję na pierwszym wrażeniu. Na tej podstawie oceniam ludzi. I na tej podstawie ja jestem oceniana. Większość osób tworzy sobie w głowie mój obraz i nie próbuje go zmienić, nawet gdy poznajemy się bliżej. To co widzą na zewnątrz jest dla nich tak sugestywne, że zamazuje widok mojego wnętrza. A w konsekwencji ja otaczam się murem, przez który mało kto jest w stanie się przebić i dotrzeć do prawdziwej mnie i poznać mnie tak naprawdę. Może stąd bierze się moja ostrożność i dystans? Nie dopuszczam za wielu osób blisko do siebie, bo nie chcę być skrzywdzona. Nie chcę cierpieć w samotności i lizać ran, ze świadomością, że nikt nie poda mi ręki, bo nie widzi takiej potrzeby. A ja o taką pomoc nie poproszę, bo nikt mnie nie nauczył, jak to robić.

Oprócz Tomka chyba tylko dwie osoby były w stanie tak na mnie spojrzeć. Bez żadnego wielkiego otwierania się i zwierzeń do białego świtu. Nie wiem, jak do tego doszły. Jednak miło było usłyszeć ich przemyślenia na mój temat i uśmiechnąć się do nich i siebie, ze świadomością, że mogę być naprawdę sobą i pozwolić sobie na chwilę słabości. Takie osoby nazywa się chyba prawdziwymi przyjaciółmi…?