Roman Polański – mój mistrz

Standardowy

Uwielbiam wracać pamięcią do czasów dzieciństwa. Kiedy to byłam beztroska, nie miałam żadnych większych zmartwień, a życie widziałam tylko w kolorowych barwach. Mam masę wspomnień z tego okresu. Mnóstwo konkretnych sytuacji, które pamiętam jak dziś, a które w jakiś sposób odcisnęły się piętnem na mojej przyszłości.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam oglądać telewizję. Oczywiście musiałam pod nadzorem Rodziców albo Babci, nie za długo i tylko wybrane programy. Ulica Sezamkowa, której moja Mama nienawidziła, jak się dowiedziałam niedawno. Sadzała mnie w fotelu, a sama robiła mi swetry na drutach i udawała, że ogląda. W każdą niedzielę obowiązkowo Dynastia! Znosiłam wszystkie swoje lalki, które też miały oglądać i siedziałam z wypiekami na twarzy gapiąc się w szklany ekran. Mało z tego rozumiałam, ale nie to było istotne. I oczywiście po Dobranocce nie było telewizji. Swoją drogą dzisiejsze dzieci mają o wiele lżej, bo Dobranocka została usunięta z ramówki Telewizji Publicznej. Tym samym rodzicom wypada z ręki koronny argument, że bajka, mycie zębów i spanie.

Doskonale pamiętam, jak któregoś dnia Mama zapytała, czy chcę z nią obejrzeć film. W nocy, czyli pewnie koło 20, ale dla mnie to była pora podobranockowa, więc późno jak cholera. Tata był w pracy na nocną zmianę. A Babcia z Dziadkiem musieli gdzieś wyjść, bo wtedy mieszkaliśmy u nich. Nieważne… Dwa razy pytać mnie nie trzeba było. Nie dość, że film w nocy, to jeszcze mogłam spać w dużym łóżku z Mamą. Czy pięcioletnia dziewczynka może chcieć czegoś więcej? Nie!

Rzeczonym filmem było ‚Dziecko Rosemary’ Romana Polańskiego. Oglądałam jak urzeczona. Wtedy poznałam Mię Farrow i Vidal Sassona. Potrafiłam wprawić w osłupienie niejednego dorosłego rzuconym mimochodem stwierdzeniem, że ‚obciął mnie sam mistrz nożyczek Vidal Sasson’. I zapamiętałam zakończenie filmu. Ostatnią scenę. Czarny wózek, przerażoną Rosemary, która podchodzi do niego z drżącymi rękoma i…napisy końcowe! Większe rozczarowanie do tej pory mnie nie spotkało! I pamiętam, jak dziś, jak zapytałam Mamę czemu nie pokazali wózka. I Jej odpowiedź, że trzeba sobie wyobrazić, że to dziecko ma kopytka i ogonek. Wystarczyło. Polański stał się moim guru! Miałam dopiero pięć lat i chciałam więcej. Więcej jego filmów, więcej tej dziwności, więcej tych niedopowiedzeń i domysłów. Nie pamiętam dokładnie kiedy obejrzałam jego drugi film, ale wiem, że to były ‚Dziewiąte wrota’. Też zaczarowały. Też pozostawiły niedosyt. Też zachwyciły. Też pozostawiły niedosyt. Chciałam więcej i więcej.

Dostałam ‚Frantic’ od Taty. Jedyny film Polańskiego, który On lubi i rozumie. On oglądał dla Forda, ja dla mojego mistrza. On zadawał dziwne pytania, ja siedziałam zachwycona. On chciał mi tłumaczyć zakończenie, a ja patrzyłam z politowaniem i pytałam po co, skoro wszystko jest jasne i bardziej zrozumiałe już nie będzie. Z tego filmu zostało jeszcze ‚Strange’ Grace Jones, które zawsze wywoła przelotny uśmiech na mojej twarzy. I zachwyt nad oryginalną urodą Emmanuelle Seigner. No dobra, jeszcze zauroczenie Harrisonem Fordem.

Po drodze usłyszałam od Babci, jak spotkała w kinie Polańskiego z Barbarą Kwiatkowską. W czasach, kiedy dopiero zaczynał zabawę w reżysera, kiedy nikt go nie znał i kiedy mógł spokojnie wyjść z żoną do kina. Ona była piękna, a on dużo niższy od niej i taki normalny…

A potem dorosłam i Mama opowiedziała mi o Sharon Tate. Przepadłam! Przeczytałam chyba wszystko, co było dostępne w Internecie na ten temat. Do dzisiaj ten temat mnie fascynuje, przeraża, wywołuje gęsią skórkę i zasmuca do granic niemożliwości. Taka młoda, taka piękna, tacy szczęśliwi i takie okrutne życie. ‚Nieustraszonych pogromców wampirów’ nie obejrzałam do dziś. Bo boję się, że Tate zachwyci mnie do tego stopnia, że będę chciała więcej i więcej, a nie będzie więcej… Jej wschodząca gwiazda upadła, zanim stała się naprawdę sławna.

Dzisiaj na pytanie o ulubionego reżysera bez namysłu odpowiadam Roman Polański. W odpowiedzi dostaję zdziwione spojrzenie i stwierdzenia, które sprowadzają się do tego, że jego fenomen jest dla mojego rozmówcy niezrozumiały i nie wie o co chodzi w tych jego filmach. Mam ochotę powiedzieć, że tam nie ma nic do rozumienia, nic do analizowania, są proste jak budowa cepa. Ale doświadczenie nauczyło mnie nie wchodzić w takie jałowe dyskusje.

Dla mnie Polański to mistrz reżyserii. Każdy jego film jest jakiś, nie można przejść obok niego obojętnie. Fakt, że ostatnie produkcje nie są tak udane. ‚Rzeź’ rozczarowuje i ratuje ją tylko Waltz, a do ‚Wenus w futrze’ nie mogę się zabrać, mimo Seigner w obsadzie. ‚Autor widmo’ zaspokoił mnie w każdej płaszczyźnie. Tomek stwierdził, że film był głupi, a ja wyszłam z kina oczarowana i zachwycona. Zupełnie jak po obejrzeniu ‚Dziecka Rosemary’, które to budzi we mnie grozę do dziś i za każdym kolejnym razem oglądam z wypiekami na twarzy i boję się spać w nocy. ‚Olivier Twist’, którego nakręcił dla swoich dzieci, a którym pokazał, że Polański to nie tylko diabeł, satanizm, okultyzm i ciemne moce. To reżyser. Wszechstronny reżyser.

A w tym wszystkim przewija się jeszcze oscarowy ‚Pianista’. Taka kropka nad i. Nie żadne Oscary za całokształt twórczości żeby nie było przykro, nie żadne robienie filmu pod Oscara, tylko zwykłe pierdolnięcie z grubej rury. Jak rozłożyć to na łopatki i tak wcisnąć w ziemię żeby nie można się było podnieść. Inna sprawa, że tylko ktoś, kto przeżył getto może zrobić film o Żydach, który nie będzie tandetny i nie będzie składał się z powtarzanych w kółko scen obcinania pejsów, naszywania Gwiazdy Dawida i poniżania przed odpowiednio dużą publiką.

Kiedy czytałam ‚Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku’ podziwiałam jeszcze bardziej Polańskiego. Za to, że się nie poddał. Za to, że dziecięce marzenia przeistoczył w rzeczywistość. Uśmiecham się, kiedy opowiadam komuś, jak to mały Roman w krakowskim gettcie, wraz z kuzynką Ligocką i resztą rodziny kręcił filmy wyimaginowaną kamerą. Rozstawiał wszystkich po kątach, pisał scenariusz, miał swoje krzesło i krzyczał głośno ‚akcja!’. A jeszcze głośniej powtarzał, że będzie kiedyś sławnym reżyserem.

Często mówię, że w Polsce mamy jednego dobrego reżysera i nazywa się Juliusz Machulski. I to prawda. Bo Roman Polański to już światowa półka.

644

Standardowy

Jestem totalnie rozpieprzona. W kawałkach. Tak jak w ‚Before Sunset’, ktoś mnie dotknął i rozleciałam się na małe cząsteczki. Teraz próbuję się posklejać w całość i wiem, że to nie jest takie łatwe. Wiedziałam, że nie będzie tylko z górki. Tylko do przodu. Tylko uśmiech na ustach i tylko pozytywna energia, którą mogłabym zasilać elektrownię atomową.

Nie byłam przygotowana na ten dół. Nie byłam przygotowana na to, że będę musiała przez to przejść. Nie wiem, czy to normalne, czy tylko moja empatia weszła na wyższy poziom? Nie wiem co mam dalej zrobić. Nie wiem nic… Siedzę i ryczę, maluję tuszem policzki i tylko kredka pod okiem jest odporna na moje łzy. W głowie przewijają się miliardy pytań, które boję się głośno wypowiedzieć. Odpowiedzi na nie nie znam i nie wiem, czy chcę poznać. I kołacząca się myśl, że może przekroczyłam granicę, poszłam o krok za daleko. Doszłam tam, gdzie jedynym wyjściem jest odwrócenie się na pięcie i pójście inną drogą. Nie wiem nic…

Coś wiem. Moja intuicja jest niezawodna. Mam silnie rozwiniętą empatię, o wiele bardziej niż przeciętny człowiek. Robię porządek ze swoim życie, a wszystko po to, by być szczęśliwą. Tak cholernie i obrzydliwie szczęśliwą. Chcę być szczęśliwa. Zmieniam się. Zaczynam to zauważać i uczę się to doceniać. Nawet jak jest to malutka zmiana, niezauważalna dla osoby postronnej. Zdarza się, że coraz częściej uśmiecham się sama do siebie i do innych. Bez powodu. Przestaję się bać. Uczę się iść do przodu mimo wszystko. Widzę, że masa pracy przed mną i jestem na to gotowa. Doceniam co mam i kogo mam obok siebie. Przekonuję się po raz kolejny, że ‚niezwykłe napotkać można na drogach zwykłych ludzi’. Wierzę w lepsze jutro. I coraz częściej można mnie spotkać po słonecznej stronie ulicy.

643

Standardowy

Dzisiaj muszę napisać o Adasiu. Bo wiem, że grono jego fanów zwiększa się w zastraszającym tempie. Komu bym o nim nie powiedziała, od razu darzy go sympatią. Co prawda nie padają słowa ‚muszę go poznać, tylko ‚już go lubię’, ale w końcu to jedno i to samo. Prawda? Nadal nie potrafię zrozumieć, co takiego Adaś ma w sobie, że działa na ludzi jak magnes. Wzbudza podziw, współczucie, wszyscy chcą mu pomagać i jest idealny w oczach wszystkich. A do tego prześladuje go niesamowity pech…

Był zmuszony przyjechać na pogrzeb własnej matki adopcyjnej w dzień przed, bo chuligani z miasta Łodzi wybili mu szybę w aucie. Żeby pecha było więcej musiał czekać na jej wstawienie kilka dni i z tego właśnie powodu nie mógł skorzystać z usług PKP i wrócić do Krakowa. Bo nie wypada się pokazać w Królewskim Mieście pociągiem. I na pewno wybicie szyby nie miało nic wspólnego z tym, że na tylnej półce był rozłożony szalik Wisły. W końcu Polesie jest za Wisłą, tylko wstydzi się przyznać. Teraz ci sami chuligani, z tej samej Łodzi ukradli mu tablice rejestracyjne. I na pewno nie miało to nic wspólnego z wlepkami Wisły. To była patologia, która rządzi tym miastem. Naoglądali się filmów sensacyjnych i użyją jego tablic do napadu. Albo wjadą autem na stadion Cracovii! To by dopiero było coś.

Mało? To lećmy dalej z pechem Adasia. Bo pechem trzeba nazwać, że zaczepili go kilkanaście razy chuligani, tym razem w Krakowie, i ukradli telefon. A on tylko ćwiczył modulację głosu przy wykrzykiwaniu ‚Cracovia Żydy!’. To samo stało się w pubie, gdzie rzucili w niego kuflem po piwie i ma bliznę na brodzie. Siedział grzecznie w kącie, pił piwo przez słomkę i czytał ‚Niedzielę’, a banda chuliganów i dresów go zaczepiła.

Żeby nie było, że Adaś to synonim pecha. Jest też waleczny i potrafi stanąć w czyjejś obronie. Na przykład swojej kamienicy. Gdy widzi, że jest napisane na niej ‚Cracovia’, niczym rycerz na białym koniu, uzbrojony w spray biegnie żeby dorysować Gwiazdę Dawida. Nie, nie niszczy swojego mienia. On tylko oznacza swój teren. A poza tym było już tam coś napisane, nie?

Pozwolę sobie jeszcze na przerywnik w postaci brata Adasia, tym razem rodzonego. Też ma pecha. Bo jak nazwać to, że urwał kasownik w autobusie i znalazł się w więzieniu? Albo rysował obraz sprayem, akurat na pomniku w centrum miasta, bo nie miał pod ręką arkusza brystolu, i policja postawił mu zarzuty dewastacji mienia publicznego. I jeszcze gdzieś po drodze ukradł bułkę na śniadanie, bo umierał z głodu, i dostał recydywę. A jakby tego było mało to na pogrzeb tej samej matki adopcyjnej przyjechał w obstawie dwóch policjantów, ubrany w czerwoną kurtkę. Niestety, nie zdążyli jechać na Plac Trzech Krzyży i kupić garnituru od Armaniego i butów od Karla Lagerfelda.

Tak, czuję się gorsza. Bo nikt mnie nie wielbi, nikt nie uważa mnie za pechowca, za ósmy cud świata też nie. I w ogóle wszystko jest nie tak… Mam dwie ręce, dwie nogi, nie kibicuję Widzewowi, a moim jednym hobby jest gnębienie Adasia. A przecież ja go tylko podziwiam i chciałabym być taka jak on…

642

Standardowy

Wczoraj, gdzieś między jedną a drugą granicą, włączyłam na chwilę Facebook’a na komórce. Żeby się na sekundę wyłączyć, żeby zapomnieć, że boli mnie szyja i nie mogę nią ruszyć, żeby się oderwać od szarej rzeczywistości. Pierwsze trzy aktualności krzyczały ‚Ania Przybylska nie żyje!’. To się oderwałam i to skutecznie…

Patrzyłam tępo w ekran i nie wierzyłam w to, co czytam. Szok i niedowierzanie. Wiedziałam, że choruje. Wiedziałam, że rak jest tak cholernie nieprzewidywalny, że nie można się ani cieszyć, ani martwić przedwcześnie. Szanowałam ją za to, że zniknęła z życia towarzyskiego. Nie epatowała swoją chorobą na prawo i lewo, nie opowiadała smutnych historii, nie robiła w koło siebie niepotrzebnego zamieszania. Udzieliła tylko jednego wywiadu. Albo ja wiem tylko o jednym. Zdecydowała się spędzić ten czas z rodziną. Cieszyć się każdym danym jej dniem. Przewartościowała swoje życie.

Imponowała mi swoim życiem. Tym, że potrafiła zrezygnować z kariery na rzecz rodziny. Miała czas urodzić trójkę dzieci i dla wielu młodych matek była wzorem do naśladowania. Potrafiła pogodzić życie rodzinne z graniem w serialach. I pozostać przy tym sobą. Nie gwiazdorzyć, nie strzelać fochów, nie stawiać warunków. Nie byłam nigdy wielką fanką Przybylskiej, jako aktorki. Bardziej ceniłam ją za jej poukładane życie prywatne, sposób bycia i naturalną urodę. Pod wieloma względami była idealna…

Nie chcę tutaj nikogo potępiać. Każdy robi to, co uważa za stosowne. Mnie tylko ciężka cholera bierze od czytania o chorych gwiazdach, które muszą absolutnie każdą wizytę w szpitalu uwiecznić na zdjęciu, powiadomić media o każdym wyniku badania, udzielać wywiadów na prawo i lewo. Jakby to miało w czymś pomóc. Im na pewno pomaga. Dostają zastrzyk gotówki, którą mogą spożytkować, jak tylko wyzdrowieją. A przeciętnego obywatela trafia szlag, bo widzi jak mało się może, gdy nie ma się odpowiedniej sumy na koncie. I co z tego, że ktoś choruje publicznie i leczy się publicznie? Nam od tego lepiej nie będzie…

A czemu o tym wszystkim piszę? Bo nie potrafię się pogodzić z tym, że nadal rak wygrywa, a my nie umiemy z nim skutecznie walczyć. Oczywiście, jest postęp i przy wczesnym zdiagnozowaniu możemy żyć z nowotworem całkiem długo i niekoniecznie w szpitalu czy hospicjum. Tylko, że nadal to jest życie z tykającą bombą zegarową w środku. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie gorszy dzień. Kiedy to gówno zdecyduje się zaatakować. Tak samo, jak nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się nam z nim wygrać. Tak definitywnie. Bez reemisji. Bez kontrolnych chemii. Bez drżenia przy odbieraniu wyników badań.

Boję się raka. Boję się śmierci. Nie jestem w tym odosobniona. Boję się, że mogę być w grupie ryzyka. Boję się dowiedzieć o tym, bo to dla mnie może być życie z wyrokiem.. Boję się mimo, że Mamy wyniki są idealne, a sami lekarze życzą jej nadal zdrowia i zapraszają na kontrolę za dwa lata. Za dużo rak namieszał w moim życiu żebym się go nie bała… Za wiele razy pokazał, że dla niego nie liczy się nic. Ani data urodzenia, ani status majątkowy. Jest zaprogramowany na zabijanie i nic go nie powstrzyma…

641

Standardowy

Myślałam ostatnio o normalności. Co to znaczy być normalnym? I czy każdy jest normalny? Czy w ogóle jest coś takiego jak definicja normalności? A może to jest aksjomat i nie ma nad czym się rozwodzić? Ten zawiły tok myślenia doprowadził mnie do pewnych spostrzeżeń. Często łapię się na tym, że nie mówię o pewnych rzeczach głośno, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem nie do końca normalna. Co gryzie się z moim nieprzejmowaniem się opinią całego świata.

Nie powiem głośno, że mam w łazience zawsze książkę, bo wiem, że spotkam się z dziwnymi spojrzeniami i pytaniami, na które odpowiedź jest dla mnie oczywista. Nikt nie wie, że zanim wyrzucę opakowanie po kremie, muszę przeczytać wszystko co jest na nim napisane. Skład, opis działania, nawet adres producenta. Fascynuje mnie czytanie, ale też każda litera z osobna. Proces tworzenia, składanie słów w zdania, a potem czytanie tego. Potrafię nawet przeczytać instrukcję obsługi, z której nie zrozumiem nic, ale nie jest to zbyt istotne, bo liczy się coś innego. ‚Czas na miłość’, okazał się wyjątkową kupą, ale jedna scena zapadła mi w pamięć. Gdy Tim pytał ojca, jak spożytkował swoją umiejętność przenoszenia się w czasie. Czytał książki. Klasyków, nowości, i wszystko co wpadło mu w ręce. Też bym tak chciała…

Nie powiem głośno, że wącham absolutnie wszystko. Jedzenie, ubrania po praniu, owoce w sklepie, skórzane buty. Potrafię wyczuć coś fascynującego w przypadkowej osobie na ulicy. Zapach perfum, kremu do rąk czy balsamu do ciała. Wejdę do kawiarni, w której od progu pachnie świeżo zaparzoną kawą i nie patrząc na cenę zostanę tam. A z drugiej strony mam obsesję, że sama nie czuję swojego zapachu. Zawsze wydaje mi się, że perfumy ulatniają się z mojego ciała w momencie ich zaaplikowania. Nie czuję ich zapachu nawet na ubraniach, które noszę cały dzień. I czasem robię zdziwioną minę, gdy ktoś zapyta czym tak ładnie pachnę.

Nie powiem głośno, że potrafię spędzić godziny na oglądaniu trailerów. To jest dla mnie równie fascynujące jak sam film. Czasem obejrzenie tego krótkiego czegoś jest dla mnie lepsze niż przedzieranie się przez cały film. A z drugiej strony trailer jest dla mnie jednym z wyznaczników dobrego filmu. Jak coś nie zaskoczy, nie będzie chemii, nie będzie tego czegoś, nie obejrzę filmu. Chyba, że jest w nim nazwisko, które działa na mnie jak magnes.

Nie powiem głośno, że mam obsesję oszczędzania ubrań i butów. Kupię coś, wkładam do szafy i tak może leżeć nawet rok, czekając na sama nie wiem co. Tomka to śmieszy, ja staram się z tym walczyć, ale na starcie wiem, że jestem na przegranej pozycji. Mam kilka sztuk bielizny, która leży w szufladzie, bo szkoda mi jej założyć. Mam bluzkę kupioną parę miesięcy temu, której też nie założyłam, z niewiadomych mi powodów. Nad tym jednak będę pracować. Jest na liście rzeczy do zmiany lub omówienia.

Dla kogoś to wszystko jest nie do przyjęcia i nie do zrozumienia nawet. Dla mnie część jest absolutną normalnością, a z małym odsetkiem chciałabym zawalczyć, bo są momenty, że mnie to drażni i wkurza. Ale nie chcę się zmieniać. Nie chcę być kimś innym żeby zadowolić świat. To świat ma zadowalać mnie, dawać inspirację, a ja mam czerpać z niego garściami. Mam lubić siebie i akceptować to, że z wiekiem się nie zmienię. Będę taka sama, a dzieci będą się wstydzić za matkę wariatkę, która potrafi zgubić kluczyki do samochodu we własnej torebce. Taki już mój urok. I taka jestem.

P.S. Jeżdżąc ostatnio autem zaczęłam słuchać AntyRadia i wróciłam do Myslovitz. Kiedyś uwielbiałam Rojka i jego smętne piosenki. Nieważne w jakim byłam nastroju, ich melancholijność była dla mnie zawsze odpowiednia. Potem jakoś zapomniałam o tym. I teraz AntyRadio mi o tym przypomniało… Pisze i słucham ‚Chciałbym umrzeć z miłości’ i ‚Długość dźwięku samotności’ aż do znudzenia. Dobrze, że zostałam sama w domu…