Czy wizyta u psychologa boli?

Standardowy

Moja terapia u Psychologa trwa już dwa i pół miesiąca! Sama jestem w szoku, że wytrzymałam. Że nie rzuciłam wszystkiego w cholerę, bo usłyszałam coś, co było nie po mojej myśli. Nawet nie wstydzę się tego, że jestem pod opieką Psychologa. Bo i czego? Że chcę coś zmienić? Że chcę polepszyć komfort mojego życia? Że chcę pracować nad sobą? Bzdura. Przekonałam się o tym całkiem przypadkiem, gdy podczas rozmowy z koleżanką z pracy wyrwało mi się, że poszłam do Psychologa. I w odpowiedzi nie dostałam zdziwienia i głupich pytań, ale szczere zainteresowanie. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że bycie pod opieką Psychologa to nie wstyd, a wręcz powód do dumy, bo musiało się być cholernie odważnym decydując się na taki krok, o czym poinformowała mnie inna koleżanka z pracy. Ja mam na ten temat troszkę inne zdanie, ale nie o tym chciałam.

Któregoś dnia usiadłam przed komputerem i zaczęłam grzebać po Internecie, jak to wygląda ta pierwsza wizyta u psychologa. Z czystej ciekawości, bo mojej Psycholog w życiu nie zmienię! I muszę przyznać, że byłam w ciężkim szoku. I poszłam całkowicie nieprzygotowana, a wybrałam terapeutę kierując się nie kompetencjami, a subiektywnymi odczuciami. Tak nie może być! Dlatego postanowiłam napisać, jak to powinno być, żeby ktoś przypadkiem nie popełnił mojego błędu.

Weszłam na pierwszą lepszą stronę psychologa kobiety. Czytam opis jak ma wyglądać wizyta krok po kroku. O ustaleniu z góry terminarza spotkań, zaplanowaniu krok po kroku całej terapii i podsumowaniu na końcu. Zupełnie jakbym czytała plan wykładów na nadchodzący semestr! I jeszcze zapewnienie, że będzie płacz, łzy, zgrzytanie zębami i skrajne emocje. A na deser lista miejsc pracy i ukończonych kursów.  W życiu bym nie poszła, nawet jakby było za darmo na pierwszy raz.

Mało mi ekstremalnych przeżyć, więc lecę dalej i trafiam na poradnik jak się przygotować do pierwszej wizyty. I czytam, że psycholog spyta mnie czemu zdecydowałam się na terapię i czego oczekuję. I jeszcze musimy ustalić harmonogram i ilość spotkań w miesiącu, czyli mamy pierwszy wspólny punkt. Jedyna mądra rzecz to zdanie, że pierwsza sesja to początek przygody, w którą wyruszasz a przygoda ta nazywa się „Odkrywanie prawdziwego siebie. Troszkę za mało żebym tam poszła…

Kolejna strona. Pełna oferta, łącznie z opisem problemu. Od zakupoholizmu, przez przeżywanie żałoby po kryzys życiowy. I mój osobisty hit, lista pytań jakie ja powinnam zadać terapeucie (jaki ukończył kierunek studiów, jaki nurt psychoterapii reprezentuje, jaką ukończył szkołę psychoterapii, czy jest certyfikowanym terapeutą lub czy przygotowuje się do uzyskania certyfikatu, czy superwizuje swoją pracę, czy przynależy do towarzystw skupiających psychoterapeutów). To jest dla mnie zdecydowanie za dużo. Na dobrą sprawę mogłabym przyjść z każdym z wymienionych problemów, a psycholog kupiłby sobie dzięki mnie nowy samochód.

I na koniec perełka, czyli fora internetowe. Trzeba zapytać według jakiego nurtu pracuje z nami psycholog. Jakieś spisywanie kontraktów, ustalenia harmonogramu, cisza, bo pacjent nie mówi i psycholog też milczy.

Wszystko to wzięte w całość brzmi jak opis tortur. Naprawdę cieszę się, że nic nie czytałam w Internecie na ten temat, bo na pewno bym się nie zdecydowała i nie poszła. Cieszę się, że zaufałam swojej intuicji. Jedyne czego żałuję to tego, że tak późno zdecydowałam się na pierwszą wizytę. Bo tak naprawdę myśl żeby iść do psychologa, tego konkretnego psychologa kołatała mi się po głowie już od jakiegoś czasu. Przypomina mi się, jak parę razy wchodziłam na stronę, wgapiałam się w adres meilowy (bo przecież nie zadzwonię!) i zastanawiałam się, co napisać. A patrząc z perspektywy czasu widzę, że to był sygnał, takie podświadome i nieświadome wołanie o pomoc. Ponieważ nie chcę nurzać się w przeszłości, więc zwalczę tą pokusę i nie będę roztrząsać, co by było gdyby, ponieważ poszłam, zrobiłam pierwszy krok i jestem z siebie dumna.

646

Standardowy

Świata nie zmienię. Choćbym stanęła na głowie, a może nawet i na rzęsach. Trzeba coś zrobić ze sobą. Można rozczulać się nad niesprawiedliwością życia i degrengoladą, którą napotykamy na każdym rogu. Albo, jak to powiedziała pewna mądra osoba, przykleić plaster i zapieprzać do przodu.

Prawda jest taka, że żyjemy w coraz bardziej chujowym świecie i jakiekolwiek wartości sięgnęły dna, bruku i rynsztoka. W gazetach pokroju Wprost czytamy, że Kulczyk powinien uczyć się robienia dużych pieniędzy od szafiarek. Wydawanie całej wypłaty na torebkę jest czymś normalnym. Słowo celebryta nabrało zupełnie innego znaczenia niż jeszcze dwa lata temu. Teraz żeby być znanym i móc lansować się na ściankach wystarczy przelecieć panienkę w klubie w programie Warsaw Shore. Na Targach Książki spotykamy autorów typu Czerkawski, Włoszczowska, Rubik, a Grochola, Ligocka czy Rusinek to jacyś tam pisarze mało znani. Ważniejsza jest pierwsza dama RP i jej książka kucharska.

Mam ochotę walić głową w ścianę. Mam ochotę zapytać ‚na jakim, kurwa, ja świecie żyję?!’ Tylko, że mam świadomość, że zostanę odebrana jako szerząca nienawiść, zazdroszcząca innym bogactwa i nic dobrego to nie przyniesie. Lepiej odciąć się od gówna, które ciągnie mnie na dno. Nie dawać sobie kolejnych bodźców powodujących wzrost agresji. Dlatego wywaliłam z linków adresy do stron, które we mnie wzbudzały jedynie negatywne uczucia i które nie inspirowały na żadnej płaszczyźnie. Z głowy ich jeszcze nie wyrzuciłam, bo to tak prosto nie działa. Niestety.

Zamiast zastanawiać się jaki sens ma pokazywanie kolekcji butów w sieci wolę poczytać, co mądrego ma do powiedzenia Janusz Wiśniewski. Facet rozwala mnie na łopatki totalnie! Facet, który swoim DNA potrafi kobietę w sobie rozkochać. Zamiast czytać mądre porady, jak spalać kalorie podczas gotowania się wody na herbatę, wolę przeczytać nowy felieton Clarksona. Mam gwarancję, że będą pracować mi mięśnie brzucha i wszystkie na twarzy, bo uśmiech gwarantowany.

Mam tylko jedno życie i nie chcę go marnować na pierdoły, które nic w nie nie wniosą. Nie chcę zamartwiać się tym, że być może nigdy nie wydam książki, a jak wydam to będzie do kupienia w taniej książce, bo bardziej trafia do dzisiejszego społeczeństwa szafiarka radząca do ołówkowej spódnicy założyć szpilki, nie baletki. Nie chcę nurzać się w przeszłości, której i tak nie zmienię. Chcę iść do przodu, nie patrzeć wstecz, więcej się uśmiechać i choć czasem być odbierana jako sympatyczna.

645

Standardowy

Obiecałam sobie, że nie będę pisać o wyglądzie ludzi mijających mnie na ulicy. Znów będę wychodzić na nietolerancyjną, zawistną, okropną, hejtującą otoczenie i uosobienie wszystkiego co najgorsze. Tylko, że czasem nie mogę, mimo że walczę ze sobą okrutnie! Muszę wtedy popuścić jadu, jak to mówią inni. Ja nazywam to opisem rzeczywistości, która nas otacza, a o której mało kto mówi głośno.

O kulturze młodych mężczyzn pisać nie będę, bo szkoda mi na to czasu. Przywykłam do tego, że w tramwaju muszą siedzieć, muszą biec do wolnego miejsca i udawać, że nie widzą stojącej kobiety lub dziewczyny, niekoniecznie z torbą pełną zakupów. W końcu nie można słuchać muzyki na stojąco. W końcu mamy równouprawnienie, o które tak zaciekle walczymy, i możemy stać, jedną ręką trzymając się uchwytu, a w drugiej trzymać zakupy i odczuwać na sobie coraz większą siłę grawitacji, co przeczy prawom fizyki. I powstrzymywać się żeby nie walnąć takiego młodziana przez łeb i zapytać, czy wygodnie mu się siedzi i dupa nie boli od twardego siedzenia.

Nie mogę przywyknąć do młodych dziewczyn, które starają dodać sobie lat makijażem i ubiorem, który niekoniecznie jest adekwatny do pogody panującej za oknem. Wyszłam dzisiaj z tramwaju i wpatrywałam się w falujące pośladki niewiasty przede mną. Dodam, ze z zachwytem, bo z daleka miała naprawdę niezły tyłek i nawet zaczęłam się zastanawiać ile nad nim ćwiczyła. Z bliska czar prysł. Falujące pośladki naprawdę falowały. A do tego koniecznie chciały się pokazać światu przez materiał czarnych legginsów. Za dużo tego dla mnie było, ale to nie koniec. Wisienką na torcie były oczywiście wysokie buty, w których ta dziewczyna naprawdę nie umiała chodzić i samo patrzenie na nią bolało i zaczynałam jej współczuć. Na zewnątrz dumna jak paw, z wypiętą piersią i ściągająca na siebie wzrok robotników, bo przecież makijaż, tyłek na wierzchu i te szpilki. A w środku przeżywała drogę na Golgotę, którą maskowała szerokim uśmiechem czerwonych ust.

A ja szłam za nią i kibicowałam jej w tej drodze krzyżowej. I zastanawiałam się czemu młode dziewczyny zanim wyjdą z domu nie spojrzą w lustro i nie sprawdzą, czy nie będą prezentować całemu miastu swojej bielizny? Legginsy są genialnym wynalazkiem, wygodne, uniwersalne, wiecznie modne. Wiem, bo sama noszę i chwalę je sobie szczególnie podczas kolacji u Babci. Tylko, że zanim założę do nich krótką bluzkę sprawdzam czy nie prześwitują na dupie! Nie zajmuje to nie wiadomo jak długo, a chociaż wychodzę z domu ze świadomością, że nie rażę niczyjego poczucia estetyki. Sama mam się czuć dobrze, ale innym nie mogę fundować widoków jak z takiego porno kręconego amatorską kamerą.

I tak mogłabym ten temat ciągnąć i ciągnąć, a i tak wiem, że moje oczy będą zmuszone do oglądania bielizny młodych nastolatek, które na siłę chcą być starsze. A to wszystko powoli doprowadza do tego, że przestaję zakładać getry w miejsca publiczne, bo mam obsesję.

„Bogowie”

Standardowy

Z polskimi filmami wyjątkowo mi nie po drodze. Komedie romantyczne zazwyczaj są nie do oglądania, nawet w domu, w towarzystwie dużej ilości wina. Filmy historyczne przywołują wspomnienia z czasów szkolnych, kiedy to obowiązkowo trzeba było zaliczyć takie wyjście z klasą, a potem rozłożyć film na czynniki pierwsze na lekcji języka polskiego. Jest cała długa lista reżyserów, którzy mnie odrzucają i wiem, że nie są warci mojego czasu. Oczywiście na pierwszym miejscu jest Smarzowski i chyba nigdy nie opuści podium. Są aktorzy, którzy są dla mnie wyznacznikiem kiczu, chały i straconych pieniędzy.

Jednak w tym wszystkim są też perełki, które jakoś udaje mi się wychwycić, obejrzeć w kinie i wyjść z myślą, że jednak jeszcze coś potrafimy. Przywracają wiarę w polskie kino, które może być dobre i może się podobać, które zmusza do refleksji, zastanowienia się nad życiem, z którego można się czegoś nauczyć.

Poszliśmy wczoraj na „Bogów”. Premiera była 10 października i mimo tego i mimo środka tygodnia, grali przy pełnej sali! Serce rośnie i uśmiech sam pojawia się na twarzy.

Na film szłam z pewnymi oczekiwaniami. Rodzice widzieli. Babcia też. Masa znajomych. Wszyscy oceniają go w samych superlatywach. Krytycy filmowi wypowiadają się wyjątkowo pozytywnie. Nawet ‚Gość Niedzielny’, który uznaje tylko filmy o Papieżu pochwalił ‚Bogów’. Ciężko się nie nastawiać na dobre kino! Dodajmy do tego Tomasza Kota, który jest absolutnie genialny i mógłby zagrać nawet odźwiernego w hotelu i zebrałby owacje na stojąco. I jeszcze Złote Lwy w Gdyni, które ostatnio wpasowują się w moje gusta filmowe. Po prostu musiało być dobre kino, nie było innej opcji!

I było. Od pierwszego ujęcia. Kiedy Kot szedł korytarzem i czekało się w napięciu żeby się odwrócił, żeby się przekonać, czy wygląda jak Religa. Każdy gest, każde słowo, każde zaciągnięcie się papierosem. Na ekranie był Profesor Religa, nie Tomasz Kot! Nie wiem jak on to zrobił, ale zmiażdżył, wbił w fotel, wywrócił na drugą stronę, nie pozostawił obojętnym nikogo! Mogłabym się tak zachwycać i zachwycać, mimo że nie jest to mój ulubiony polski aktor. Jednak cenię go za to, co pokazuje na ekranie. Za ‚Skazanego na bluesa’ go nienawidzę. Obejrzałam raz, więcej nie włączę. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że osoba cierpiąca na depresję po tym filmie mogłaby targnąć się na swoje życie…

Dla mnie ‚Bogowie’ byli lekcją historii i życia. Wiedziałam, co Profesor Religa osiągnął. Byłam świadoma, że pierwszym udanym przeszczepem serca zrobił krok milowy w postępie medycyny i dał nadzieję milionom ludzi. Nie byłam tylko świadoma, jaką drogę musiał pokonać, by znaleźć się w tym miejscu. Ile trudności napotkał po drodze. Ile razy musiał bezradnie rozłożyć ręce. Ile razy musiał się podnieść po kolejnej porażce i przeć do przodu mimo wszystko. Do ilu drzwi musiał zapukać. Ilu osobom udowadniać, że wie co robi. Ile razy bronić swojego stanowiska. Zaczynał od zera. Jako wariat Religa, który chce bawić się w Boga. A skończył jako Profesor, o którym każdy mówi z pokorą z uznaniem w głosie.

Cieszę się, że nie zrobili z tego filmu laurki, takiej cukierkowej i słodkiej aż do wyrzygania. Cieszę się, że pokazali, jak ciężko było, jak cholernie trudno i z ilu rzeczy musiał po drodze zrezygnować. Cieszę się, że film skończył się w momencie zakończenia pierwszej udanej operacji przeszczepienia serca. Ujęciem, który zna każdy. Cieszę się, że po drodze przewinęło się tyle sławnych nazwisk, które do dzisiaj budzą respekt nie tylko w środowisku lekarskim. Moll, Bochenek, Sitkowski…

Ten film powinien obejrzeć każdy. Żeby zobaczyć, że droga na szczyt jest wyboista i kręta. Żeby nie tracić wiary w innych i nie skreślać ich po jednej porażce. A przyszli i obecni lekarze powinni go obejrzeć żeby zobaczyć na czym polega ten zawód. Że to nie tylko sukcesy i wielkie pieniądze. Przede wszystkim to wyrzeczenia i ogromne poświęcenie.

„Bogowie” nieświadomie, a może i świadomie, uzmysłowili mi, co chcę osiągnąć w życiu i jaka chcę być. Chcę dążyć do wyznaczonego celu, nie zniechęcać się po drodze. Chcę mieć wiarę, że może mi się udać. Chcę mieć siłę, by przeć do przodu i szukać kolejnych rozwiązań, gdy poprzednie zawodzą. Chcę umieć cieszyć się każdym dniem, nie rozpamiętywać w nieskończoność porażek i nie pławić się w blasku pojedynczego sukcesu. Chcę się śmiać, nawet przez łzy i pokazywać życiu fucka, kiedy jest źle. A potem iść od przodu, swoją własną ścieżką.

I nawet powoli, ale bardzo powoli, patrzenie na filmy o lekarzach nie boli aż tak bardzo. Ciągle jest gdzieś we mnie żal, smutek, gorycz i poczucie niespełnienia uciszane racjonalnymi argumentami. Wiem, że czasu nie cofnę, lecz mimo to tęsknota za białym fartuchem, stetoskopem i salą operacyjną jest… Łza nieświadomie się w oku zakręci, smutek wypełni serce i pojawia się nieodzowne pytanie ‚dlaczego?’ i ‚co by było gdyby?’…