I am sailing

Standardowy

Nigdy nie lubiłam Warszawy. Teraz powodów do darzenia sympatią tego miasta mam jeszcze mniej… Chciałam tam pojechać, odczarować to odpychające wrażenie o tym mieście, poznać je, dać mu szansę. Ale na swoich warunkach. Nie pod presją, nie ze spuszczoną głową, nie bez uśmiechu na twarzy, nie z łykanymi ukradkiem łzami. A tak właśnie wyglądała czwartkowa wizyta w Stolicy.

Pierwszy przystanek. Mieszkanie Wojtka. Kolejny mój pierwszy raz. Nigdy nie mieliśmy czasu tam jechać. Zawsze był dobry powód do odłożenia wizyty na później. Po otworzeniu drzwi uderzył mnie ten charakterystyczny zapach Wojtka. I przepalona żarówka w przedpokoju. Taki prztyczek w nos, bo przecież kto jak kto, ale on zawsze miał działające żarówki w każdym pomieszczeniu. Faktycznie wszystko było niebieskie. Zasłonki, żaluzje, meble, pościel, dodatki. Do tego masa obrazów, antyków, książek, papierów, kurzołapów. A wszystko to upchane na zdecydowanie zbyt małej powierzchni, co tylko potęgowało poczucie klaustrofobii i osaczenia.

Drugi przystanek. Kościół na Powązkach. Zimno, zimno i jeszcze raz zimno. A potem beznadziejny ksiądz, z jeszcze gorszym kazaniem. Nie powinno mnie to już chyba dziwić. Wszystko trwało zdecydowanie za długo, a czas odmierzałam coraz większym zimnem, które wdzierało się z każdej możliwej strony. I jakimś niedowierzaniem. Oczekiwaniem, że ktoś w końcu wyjdzie na środek i powie „Mamy Was”. Głupi żart, ale na pewno udany. Nic takiego się nie stało…

Trzeci przystanek. Powązki, Smutne, szare, zielone, ogromne, zaniedbane. Ostatnia droga, która trwała i trwała. Próbowałam się skupić i ją zapamiętać. Nie dałam rady. Potem pamiętam tylko migawki. Atak kaszlu, który trwał dwadzieścia minut, a w moim odczuciu miał się nigdy nie skończyć. Czerwone róże rozdawane najbliższej rodzinie i wrzucone do grobu. Przemówienia. Ewa chłodna, opanowana, wszystko przemyślane. Dorota chwytająca za serce. Piotrek z lekkim humorem i przymrużeniem oka. A potem Rod Stewart i księga kondolencyjna. W tym momencie ja nie wytrzymałam. Zobaczyłam pojawiający się napis ‚żegnaj’ i pękłam. Chyba wtedy sobie uświadomiłam, że to naprawdę koniec. Chyba, bo jeszcze w to nie wierzę…

Czwarty przystanek. Mieszkanie na Flory. Piękne, zapierające dech w piersiach, ogromne i takie bardzo w stylu Wojtka. Jego ulubione wino. Trochę dobrego jedzenia. I rozmowy z jego bliskimi. Głównie o nim. Negacja. Niedowierzanie. Wzdychanie. Pytania bez odpowiedzi.

Nie tak miało być. I nie teraz. Popsułeś wszystko! Odszedłeś nagle. Nie dałeś nawet szansy się pożegnać. Tak się nie robi… Zostawiłeś bliskich samych. Akurat teraz, kiedy najbardziej Cię potrzebowali. Dla mnie byłeś tylko Wojtkiem, albo aż… W tylu sprawach miałeś nam jeszcze pomóc i doradzić. I nie ma Cię… Mam nadzieję, że masz tam, gdzie jesteś, masę zajęć, jesteś szczęśliwy i potrzebny, uśmiechnięty i otoczony bliskimi i życzliwymi Ci osobami.

Piąty i ostatni przystanek. Żegnaj…!

Najlepsze najgorsze wakacje

Standardowy

Zaznaczę na samym początku, że wpis ten zaczął powstawać w kwietniu. Udało się go skończyć dopiero po ponad pół roku. Nie przypominam sobie żeby jakiś wpis powstawał w aż takich bólach…

W tym roku założyłam sobie, że obejrzę wszystkie filmy nominowane do Oscarów przed galą. Żeby potem móc przeczytać wyniki i mieć jakiekolwiek pojęcie o decyzjach Akademii. Z dziewięciu nominowanych filmów widziałam tylko ‚Kapitana Phillipsa’. Zrobiłam podejście do ‚American Hustle’, które po kwadransie tak mnie zmęczyło, że od tej pory nie sięgnęłam już po nic z nominacją do Oscara. A wcześniej skutecznie odrzucił mnie od siebie jeszcze ‚Wilk z Wall Street’. Doszłam do wniosku, że trzy godziny i to ze Scorsese to jednak za dużo. Oglądam co popadnie, bez ciśnienia, bez napinania się. W końcu bez moich ocen na Filmwebie Oscary też zostaną rozdane.

Wczoraj padło na ‚Najlepsze najgorsze wakacje’, które chyba miałam na liście do obejrzenia kiedyś. Nie spodziewałam się po tym filmie niczego. Nie przyciągała mnie obsada. Nie widziałam zwiastuna. Nie znałam fabuły. I to chyba najlepszy sposób na oglądanie. Nie ma niepotrzebnych rozczarowań i niespełnionych nadziei. Ewentualnie dostajemy w gratisie szczery zachwyt.

Film rozkręca się dość wolno i początkowo wydaje się, że będzie o niczym. Główny bohater dostaje łatkę mruka i nieudacznika życiowego, w czym utwierdza nas fakt, że nowy partner jego matki ocenia go na trzy w dziesięciostopniowej skali. Czyli mamy do czynienia z chłopakiem, który jest niepewny, nie wierzy w siebie, brak mu przebojowości, nie umie postawić na swoim i pozwala innym sobą pomiatać. Matka Duncana nie za bardzo się nim interesuje, bardziej skupia się na ułożeniu sobie życia z nowym facetem. Tak więc przed Duncanem roztacza się wizja wakacji jego życia, które spędzi na odliczaniu dni do ich końca…

Wszystko się zmienia, gdy pewnego dnia wybiera się na wycieczkę rowerem do pobliskiego parku wodnego. Tam poznaje Owen’a, który jako pierwszy nie patrzy na niego z góry i niespodziewanie proponuje mu pracę, która odmieni całkowicie jego życie. Staje się ulubieńcem wszystkich, pracownikiem miesiąca i nabiera pewności i wiary w siebie. Potrafi zawalczyć o siebie, swoje marzenia i szczęście matki. W końcu dochodzi do tego, że park wodny jest jedynym miejscem, w którym czuje się szczęśliwy i w pełni akceptowany.

Czar pryska, a bańka mydlana pęka, gdy okazuje się, że wakacje dla Duncana się kończą. Powrót do szarej rzeczywistości, proza dnia codziennego i powrót do starego życia? Nie wiadomo, bo w tym momencie opada kurtyna i pojawiają się napisy końcowe. Wcześniej jeszcze Duncan jedzie pożegnać się z Owen’em i innymi pracownikami parku wodnego. I widać, że jest szansa, że może być lepiej. Że trzeba tylko dać komuś szanse, pokazać że się wierzy, a potem patrzeć jak ta osoba dostaje skrzydeł i rozwija się z każdym dniem, nawet każdą godziną. To, co kiedyś było nieosiągalne lub absolutnie niemożliwe, nagle staje się banalnie proste.

Film obejrzany przypadkiem. Zaczarował mnie do tego stopnia, że widziałam go cztery razy. Jest idealny na krakowski spleen i na rzyganie tęczą ze szczęścia. Zachwycił nawet mojego wybrednego Tatę! Jest z kategorii filmów tak naprawdę o niczym, a daje do myślenia i nie pozostawia obojętnym. Obejrzenie trailera powoduje u mnie na zmianę śmiech i łzy.

Mało kiedy po obejrzeniu filmu interesuję się muzyką z niego. Czasem wpadnie mi w ucho piosenka lub dwie. Czasem po powrocie z kina przeszukuję YouTube, bo muszę znaleźć ten konkretny utwór i wiem, że nie usnę póki nie posłucham go sto razy. W tym wypadku było inaczej. Ścieżka dźwiękowa mnie oczarowała i zaczarowała. Jest idealna do biegania, do długiej jazdy samochodem i na poprawę humoru.

Z tej samej stajni jest również ‚Little Miss Sunshine’ i ‚Juno’. Pierwszy z nich miałam na liście do obejrzenia. Pamiętam, że zainteresował mnie opis i stwierdziłam, że spróbuję. Drugi miałam na płycie od dobrych paru lat, ale jakoś nie mogłam się przekonać, by go w końcu włączyć. Jakoś tematyka niechcianej ciąży nigdy mnie aż tak nie interesowała. Po ‚Najlepszych najgorszych wakacjach’ zmieniłam zdanie i nadrobiłam zaległości. ‚Juno’ zachwyca i wbija w fotel. ‚Little Miss Sunshine’ muszę obejrzeć drugi raz, bo nie byłam zachwycona. Może za drugim razem będzie lepiej?

Na pewno ‚Najlepsze najgorsze wakacje’ i ‚Juno’ są filmami, które polecam innym w ciemno. Bo warto. Bo mają to coś, co nie pozwala się oderwać od telewizora. I póki co nie spotkałam się z opinią żeby filmy były przereklamowane.