647

Standardowy

- W ulotce jest napisane, że skutkiem ubocznym mogą być niezywkłe sny.

- Wie Pani jak to jest ze skutkami ubocznymi. Jak jeden pacjent dostanie sraczki to trzeba to umieścić w spisie. Nie ma się co nakręcać.

Już chciałam powiedzieć, że na nic się nie nastawiam i niczego sobie nie wmawiam, ale ugryzłam się w ostatniej chwili w język. To nie typ gawędziarza. To chodzący konkret. Bez wycieczek osobistych i dygresji prowadzacych do nikąd, a mających na celu zacieśnianie więzi i wytworzenie bardziej przyjaznej atmosfery.

Uśmiechnęłam się, zabrałam recepty, podziękowałam i wyszłam. A w głowie cały czas siedziały mi te niezwykłe sny… W obecnej sytuacji sam sen trwający kilka godzin i niezakłócany koszmarami jest wybawieniem. Nie ma nic gorszego do leżenia w nocy, gapienia się w sufit i myślenia. Liczenie owiec nie pomaga. Dochodzę do jakichś trzystu i moje myśli zaczynają biec w innym kierunku, a ja z nimi. Następny błąd jaki popełniam to spoglądanie na zegarek i obliczanie ile jeszcze mogę leżeć w łóżku. Po takim czymś od razu mogę wstać i zjeść bardzo wczesne śniadanie. Odpada też czytanie ksiązki, oglądanie serialu czy filmu.

Biorę te cholerne tabletki każdej nocy. Karnie łykam niczym dziecko w przedszkolu znienawidzony tran. Zaciskam powieki z całych sił, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Może i zasypiam łatwiej, ale nocne pobudki są nadal na porządku dziennym. No i sny. Czasem są tak irracjonalne, że budzę się i muszę sie uszczypnąć żeby mieć pewność, że to już jawa. I w końcu przychodzi noc z snem, który ewidentnie mogę zaliczyć do kategorii niezwykłych.

Stoję pod drzwiami znanego mi mieszkania. Nie wiem skąd się tam wzięłam, ani co tam robię. Mało, naciskam klamkę, która ustępuje i wchodzę do środka. Zupełnie jakby to był mój dom i ktoś na mnie czekał w środku. Wnętrze niby znajome, ale jakieś obce. Idę do pokoju, drogę znam. Wchodzę, siadam na fotelu, ściągam buty i kurtkę i chowam je za oparciem. Nie wiem w jakim celu to robię. Czuję, że to głupie.

Nie przejmując się niczym rozglądam się po pokoju. Niby taki sam, a jednak inny. Większy. Biurko stoi w innym miejscu. Książek jest więcej niż ostatnio. Na podłodze jest dywan, chyba zielony. Szukanie kolejnych różnic przerywa mi wejście do pokoju dwóch sprzątaczek z Ukrainy. Tak, wiem skad są i wiem co robią. Siedzę jak trusia i liczę, że mnie nie zauważą. Niestety. Blondynka odwraca się, z miną bardziej przestraszoną niż moja, i zanim zapyta o cokolwiek wstaję i mówię:

- Byłam umówiona na dzisiaj.

- Oczywiście… – jej twarz rozjaśniła się. – Tylko, że Pani jest chora, leży w łóżku z gorączką i nikogo dzisiaj nie przyjmie.

Byłam zdziwiona, że tak łatwo przyjęła moje kłamstwo. Potem wyszła jakby nigdy nic, a ja dalej siedziałam na swoim miejscu. Czułam, że coś jest nie tak, że coś tu nie gra. Tylko nie wiedziałam jeszcze co. Byłam pewna, że w końcu znajdę rozwiązanie tej zagadki.

I wtedy drzwi otworzyły się ponownie, a nich stanął nie kto inny, jak rzeczona Pani. Faktycznie wyglądała jak z krzyża zdjęta. Sińce pod oczami, szara twarz, włosy w nieładzie i brak nieodłącznego uśmiechu, który najbardziej bił po oczach. Nie musiała nic mówić, od razu wiedziałam, że dopadło ją przeziębienie. Jednak mój widok jej nie zdziwił. Zupełnie jakby się mnie spodziewała.

- Poczekaj chwilę. Zaraz zrobię herbatę i sobie porozmawiamy. Co prawda dzisiaj nie przyjmuję, ale skoro jesteś, to sobie porozmawiamy. Ale tylko o głupotach, żadnych poważnych spraw i problemów.

- To Pani tutaj ustala zasady.

Teraz następuje przeskok w przód, o kilka jednostek czasowych. Nadal siedzimy w pokoju, nadal rozmawiamy. Nagle do pokoju wchodzi Mąż Pani. Bez zaproszenia, bez pukania. Nie czeka na nic, siada pod drzwiami i zapala papierosa.

- Czemu palisz mi w pokoju? Wiesz, że tego nie lubię! – krzyczy Pani.

A ja siedzę ogłupiała. Mąż pali?! Przecież razem rzucili ponad rok temu. Mało, widzę tego papierosa tak dokładnie, jakbym oglądała go pod mikroskopem. Widzę napis Marlboro na filtrze, widzę czerwony żar, pojawiający się za każdym razem, gdy Mąż się zaciąga, czuję przyjemny zapach dymu. I nie dziwię się temu. Tylko zastanawiam się, czy oni palili Marlboro, czy może jakieś inne?

Kolejny przeskok czasowy. Nie wiem, gdzie dokładnie jestem. Siedzę z Babcią w kuchni i tłumaczy mi, że w salonie Mąż zrobił swoje imieniny. I znów nie pytam się, czemu obcy człowiek robi spotkanie ze znajomymi w nie swoim domu. Jakby to było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Przyjmuję do wiadomości, że mam się nie kręcić w okolicach dużego pokoju zeby im nie przeszkadzać, ale jakaś siła mnie tam ciągnie. Staję pod ścianą, wiem że nikt mnie nie zobaczy, i nasłuchuję. Nic nie rozumiem, same tematy prawnicze, sprawy na wokandzie, apelacje, mowy końcowe. To nie dla mnie. Samo słuchanie mnie nudzi. Babcia nie musi się martwić, na pewno nie będę im przeszkadzać. Odchodzę i słyszę za sobą znajomy głos Męża.

- Młoda, jak już tutaj jesteś to chodź napijemy się nalewki z orzechów włoskich.

- Chętnie, ale nie mogę przy moich tabletkach.

- E tam! Jeden kieliszek Ci nie zaszkodzi, dobrze wiesz.

Idziemy do kuchni. Wyjmuje kieliszek. Wysoki, kryształowy, na pewno cholernie drogi. Nalewa alkohol. I znów widzę kolor, czuję zapach. Jest brązowa, ze złotymi refleksami i pachnie jak świeżo obrany orzech włoski. Napełnił kieliszek do połowy, czym mnie zdenerwował. Nie lubię, jak ktoś traktuje mnie w taki sposób. Albo lejesz cały, albo nie lej wcale. Wtedy przypominam sobie, że biorę leki i nie było w tym działaniu żadnej złośliwości, jedynie ukryta troska.

Nie jest mi dane spróbować, jak smakuje. Rozlega się dźwięk budzika. Czas na tabletki. Dzisiaj przechodzę na wyższą dawkę. To wielki dzień. Wstaję niechętnie z łóżka i leciutko uśmiecham się do siebie. To był ten niezwykły sen. Jestem tego pewna. Jedyny skutek uboczny, który jest miły dla człowieka.

Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak śni się znajoma osoba to znaczy, że będziemy mieli z nią nadal kontakt. Nawet jeśli nie widzieliśmy się kilka lat. Świerzbiła mnie ręka żeby sięgnać po telefon i zadzwonić do tej znajomej z pytaniem, co jak śni mi się osoba, z którą nie zamieniłam słowa, a w pewien sposób ją znam. Nie czas na to dzisiaj. To tylko sen, niezwykły sen. Może jak zdarzył się jeden to i kolejne też się pojawią? A może ich niezwykłość będzie polegać na tym, że nastąpi ciąg dalszy i w końcu wszystko ułoży się w logiczną całość?