651

Standardowy

Nadeszła wiekopomna chwila. Frania jest z nami równo trzy tygodnie, więc zdecydowaliśmy, że to jest odpowiedni moment żeby zaczęła poznawać innych ludzi i zwierzęta. Grafik ma dość bogaty i napięty, ponieważ wczesnym popołudniem ma spotkanie z Kubą u Margoli. Czyli pozna nowe miejsce, będzie miała co oglądać, na pewno znajdzie masę kryjówek, w które będzie mogła wejść i być głucha na nasze nawoływania, a do tego być może skorzysta z kuwety Kuby. Choć do tego nie jestem do końca przekonana, bo jego żwirek wygląda jak paluszki, które zostały przeżute przez bezzębnego niemowlaka i ostentacyjnie wyplute na śliniaczek. A jakby tego wszystkiego było mało, od czasu do czasu naprawdę można znaleźć tam paluszki, które najprawdopodobniej wypadają Kruzerowi z ręki, gdy przejęta wchodzi po kolejną krzyżówkę. I w tym momencie ja się nie dziwię, że Kuba woli w środku nocy obudzić kogoś z domowników i wyjść na zewnątrz niż skorzystać z kuwety.

Wieczorem atrakcji będzie jeszcze więcej. Jedziemy do Rodziców i zostajemy do niedzieli. Taki jest plan optymistyczny, który zakłada, że Frania i Frodo zostaną przyjaciółmi od serca i nie będą wymagać przebywania w oddzielnych pomieszczeniach. Wersji pesymistycznej nie ma.

W związku z tym wyjazdem trzeba się spakować. Rzecz, której szczerze nienawidzę. Pakowanie walizki jest dla mnie karą. Rozpakowywanie również. Ponieważ tego nie lubię doszłam do wniosku, że im szybciej się z tym uporam, tym lepiej. Pół godziny i nasze rzeczy są w walizce. Teraz kolej na Franię. I tutaj zaczyna się zabawa. Zrobiłam listę, ponieważ Tomek jest odpowiedzialny za jej transport. Miski sztuk trzy. Na mokre saszetki, na suchą karmę, na wodę. Słoik plastikowy z broszkami. Felixy sztuk siedem. Tak na zapas żeby nie trzeba było specjalnie jechać do sklepu, jak futrzaka dopadnie mały głód. Kocie mleko. Kolejny prezent, których dostaje ostatnio za dużo. Tak na wszelki wypadek, bo nie wiadomo czy jej w ogóle zasmakuje, a Rodzice nie zawsze mają w domu mleko. Kocyk do spania. Bez niego nie zaśnie, niczym małe dziecko bez ukochanej maskotki. Kuweta, sprawa oczywista i nie trzeba tłumaczyć. Książeczka zdrowia, ponieważ chcę z nią iść na kontrolę do weterynarza Froda. Zabawki. Pudełko tekturowe z Lidla, które wkradło się przebojem na salony i nasze mieszkanie wygląda dzięki niemu jak posiadłość bezdomnego. Myszka, też prezent. Niedługo wystawimy jej nagrobek z napisem „spoczywaj w spokoju”, bo Frania jej nie oszczędza. Koraliki na wstążce, które są hitem od pierwszego dnia jej pobytu u nas. I kolejny prezent, którego nazwać nie umiem, a którym od wczoraj bawi się bez przerwy i o każdej porze dnia i nocy.

Podsumowując będziemy jechać wyładowani niczym tabor cygański. Dwie walizki, jedna nasz, druga kota. A Rodzice przywitają nas słowami „czy wy na pewno tylko na weekend przyjechaliście?”.

650

Standardowy

Każda kobieta ma gdzieś z tyłu głowy gonitwę myśli, że jest za gruba, za mało idealna, ma zbyt krągłe biodra, nie dość płaski brzuch. I tak można by wymieniać i wymieniać i końca, by nie było widać. Nieważne czy wygląda jak Anja Rubik, czy bliżej jej do Kim Kardashian. Zawsze, ale to zawsze, jest coś do poprawy.

Sama też przeszłam ten etap. Były głodówki, diety, siłownia, ćwiczenia w domu przed telewizorem, trening siłowy. Nie spróbowałam wszystkiego, ale na pewno bardzo dużo. W końcu uświadomiłam sobie i zrozumiałam, że ćwiczenia mają być dla mnie okazją do pozbycia się nadmiaru adrenaliny i stresu nagromadzonego w ciągu dnia. To chwila dla mnie, kiedy jestem sama ze sobą i dbam o swoje wnętrze. I nie liczy się ile będę ćwiczyć, ale czy po skończonym treningu poczuję się lepiej.

Oczywiście, że na początku miałam wyrzuty, że idę na spacer zamiast pomachać rękami i nogami z Chodakowską. Oczywiście, że czułam się źle, bo idąc do Parku Wodnego nie pływałam w ogóle, a zaliczałam kolejne zjeżdżalnie, pobijałam na nich rekordy szybkości, grałam w siatkówkę w wodzie czy grzałam się w jacuzzi. Tylko z czasem zaczęłam dostrzegać, że czuję się lepiej psychicznie i fizycznie. Pojawiały się te słynne endorfiny, czułam wewnętrzne wyciszenie i zadowolenie z siebie. Zaczęłam traktować aktywność fizyczną jak przyjemność, a nie obowiązek, który trzeba zaliczyć każdego dnia w imię zrobienia kroku ku idealnej figurze. Super, jeśli przy okazji pozbędę się nadmiarowych kilogramów. Tylko nie jest to już celem nadrzędnym.

Podobnie się ma sprawa z dietą. Staram się jeść zdrowo, często, małe porcje, dużo warzyw i owoców i trzymać się ogólnie przyjętych prawideł, które mają sprawić, że będę wyglądać niczym Afrodyta wynurzająca się z piany. Tylko w tym wszystkim nie zapominam o tym, że jestem też ja i moje potrzeby. Nie zrezygnuję całkowicie ze słodyczy, bo je za bardzo lubię. Nie przestanę jeść mięsa, bo mi smakuje. Mam dni, że potrafię zjeść tabliczkę czekolady, wyrzucić opakowanie do kosza i uśmiechnąć się do siebie z zadowoleniem. A są momenty, kiedy sam zapach chipsów mnie odrzuca i najchętniej wywaliłabym je za okno, a jedzącego je Tomka zaraz za nimi.

Dojście do tego wszystkiego zajęło mi trochę. Nie było łatwo. Jednak czuję satysfakcję i sama sobie biję brawo. Wiem jak zadać o swoje zewnętrzne i wnętrze. Nie ulegam presji. Idę swoją ścieżką. Nie biję się w piersi, ponieważ zdarzają mi się dni, kiedy wracam do domu i kładę się przed telewizorem, a jedyną gimnastyką jest przerzucanie kolejnych kanałów. Nie robię podwójnego treningu, bo w tym samym dniu najadłam się słodyczy, chipsów i innych rzeczy, które powszechnie uznawane są za niedozwolone. Jakby tego było mało coraz częściej patrząc w lustro akceptuję to, co w nim znajduję.

649

Standardowy

Trzy dni w tygodniu dzień zaczyna się tak samo. Dźwięk budzika wyrywa ją ze snu o 5:30. Zdecydowanie za wcześnie. Nieważne, czy spała pięć czy dziesięć godzin. Nigdy nie jest wyspana. Nigdy nie jest pełna zapału do pracy. Na autopilocie idzie pod prysznic. Zakłada soczewki. Tuszuje rzęsy. Rysuje kreskę pod okiem, kolorystycznie pasującą do reszty stroju. Zerka w przelocie na termometr, wskakuje w ubranie i pędzi do kuchni przygotować śniadanie. Owsiankę zjada zawsze przed ekranem laptopa, śledząc najnowsze aktualności na portalach plotkarskich. Potem szybko zakłada buty i kurtkę i biegiem udaje się na przystanek. I tutaj zaczyna się cała zabawa.

Siada zawsze w tym samym miejscu. Siła przyzwyczajenia? Nie. W zimowe poranki tylko tam jest w każdym autobusie na tyle jasno, że może bez problemu czytać książkę. Jednak nie zawsze czyta. Od jakiegoś czasu obserwuje powtarzający się rytuał, który ostatnio został zmodyfikowany i trwa krócej.

Zaczęło się niewinnie. Zaintrygowała ją dziewczyna o farbowanych rudych włosach, która w trzaskający mróz wsiadła do autobusu w getrach, adidasach i skarpetkach stopkach, które zostawiały kawałego gołego ciała, po którym mógł hulać wiatr i śnieg. Zaraz za nią wszedł zapach tanich papierosów. Nie mogła dalej czytać. Musiała oderwać wzrok i spojrzeć na nią. Siedziała na poczwórnym siedzeniu, ze znudzoną miną, z oczu ciskała gromy, w uszach miała słuchawki, a w ręce nieodłączny telefon. Kilka przystanków dalej do Rudej dosiadało się dwóch chłopaków. Byli dla niej zagadką przez kilka długich dni. Zauważyła, że jeden jest obdarzany szybkim całusem w usta, a drugi ledwie zaszczycony spojrzeniem. Jeden z nich siada koło Rudej, a drugi pilnuje drzwi wejściowych do autobusu. Intrygujące… Kolejne dni bardziej uważnej obserwacji pozwoliły jej zauważyć, że Pilnujący Drzwi to chłopak Rudej, a Siedzący to tylko kolega, z którym słucha przez drogę muzyki z telefonu. Na szczęście używają do tego słuchawek.

Wysiadali zawsze na tym samym przystanku. Zaczęła się zastanawiać, czy są studentami. Jednak coś w ich wyglądzie i zachowaniu przeczyło tej tezie. Potem przypomniała sobie, że po drugiej stronie ulicy jest szkoła. Gimnazjum albo liceum. To jest bardziej prawdopodobne rozwiązanie. Trójka młodych gniewnych, jedną nogą w dorosłości i okazująca to paleniem papierosów i buntem wobec otaczającego ich świata. Para, ale taka nowoczesna. Nie trzymają się za ręce. Wystarczy, że jest lepsza od koleżanek z klasy, bo ma chłopaka. Ma z kim spędzać przerwy. Ma do kogo przytulić się na przerwie i z wyższością popatrzeć na resztę szkoły.

Ostatnio rytuał poranny się zmienił. Ruda wsiada w stałym miejscu. Do ostatniej chwili pali papierosa. Wyrzuca go, gdy jedną nogą stoi już w autobusie. Ona nie musi odrywać wzroku od książki, bo wie, że Ruda wsiadła. Jedzie krócej. Wysiada po kilku przystankach. Czeka na nią Chłopak. Zawsze oddalony kilka metrów od wiaty. Nigdy nie wyjdzie jej na przeciw. Nie uśmiechnie się na jej widok. To Ruda podchodzi do niego, całuje szybko i idą w sobie tylko znanym kierunku.  Ostatnio coraz częście wychodząc z autobusu rzuca jej nienawistne spojrzenie. Jakby wiedziała, że jest obserwowana. Że ona zapisuje w pamięci każdy jej ruch i każdy gest. Sama nie wie po co. Chyba po prostu ją zaintrygowała.

Tak samo, jak zastanawia się gdzie idą razem, Ruda i Chłopak? Czy na wagary? Czy może mają ferie? Czy on ma notorycznie wolną chatę i korzystają z tego? Leżą razem przed jego komputerem stacjonarnym i oglądają głupawe filmy. A może on robi wszystko żeby ją w końcu zaliczyć? Staje na głowie, sili się, poci i nic z tego. Jedyne na co może liczyć to w dobrych dniach seks oralny. A może nie musi się silić, bo to typ dziewczyny, która chętnie wskakuje do łóżka swojemu facetowi? A może oni po prostu się uczą, bo przed nimi egzamin gimnazjalny albo matura?

Takie myśli zaprzątają jej głowę do momentu, aż znajduje się na swoim przystanku. Pospiesznie chowa książę do torby. Wkłada słuchawki w uszy, zakłada rękawiczki i szybkim krokiem idzie do pracy. Byle tylko nie poczuć na twarzy przenikliwego zimna. Byle zdążyć przed spdającym z nieba coraz szybciej śniegiem.

Droga powrotna jest dla niej mniej ekscytująca. Nie ma nikogo znanego w autobusie. Może spokojnie wcisnąć się na wolne siedzenie i w końcu spokojnie czytać.

648

Standardowy

Podobno istnieje coś takiego jak miłość bezwarunkowa. Najczęściej pojawia się po narodzinach dziecka. Podobno. Nie przeżyłam tego, więc się nie wypowiadam. Wiem natomiast, że istnieje miłość bezwarunkowa do psa. I do kota też.

Jak przyszłam na świat to w domu był już pies. Urwis. Matka seter irlandzki, ojciec nieznany. W efekcie Urwis miał wszystko z matki, poza długą sierścią i długimi uszami. Moje pierwsze słowo to nie było „mama” czy „tata”, ale „Ul”. Pamiętam swoje wypracowanie z podstawówki, w którym mieliśmy napisać o swoim przyjacielu. Wypracowanie to mocne słowo, bo to były tylko, albo aż, dwa zdania. Ja napisałam: „Mój przyjaciel to pies Urwis. Spędzam z nim dużo czasu”. Kiedy odszedł myślałam, że serce mi pęknie. Nagle dom stał się za pusty, za cichy, za duży. Do dzisiaj schodząc ze schodów nie idę prosto, tylko zataczam łuk, bo pod schodami było legowisko Urwisa. Nie chciałam żadnego innego psa przez pięć długich lat.

I potem pojawił się Frodo. Złoty cocker spaniel. Podświadomie zdecydowałam się na psa myśliwskiego. Świadomie na mniejszą wersję setera irlandzkiego. Ożywił nasze mieszkanie, rozwiał nudę, wprowadził element zaskoczenia każdego dnia. Wróciły długie spacery, kąpiele w rzece, gonienie za bażantami i sarnami. Przy Frodzie przekonałam się, że jest coś takiego jak miłość bezwarunkowa. Dostał w dupę po odgryzieniu uszu mojego miśka do spania. I zostało mu to zapomniane chwilę po całym incydencie. Przeżywałam jego jedyną operację i płakałam ze szczęścia, kiedy okazało się, że to był tylko krwiak. Za każdym razem, gdy na niego patrzę myślę sobie, że jest dużo prawdy w słowach Wiśniewskiego „Boże, pomóż mi być takim człowiekiem, za jakiego bierze mnie mój pies”.

Kot był zawsze rozpatrywany w kategoriach nic interesującego. Tolerowałam u innych, ale bez przesadnych zachwytów. Tak jak małe dzieci. Póki trzyma się z dala ode mnie jest dobrze. Był epizod w moim życiu, że mieliśmy kota. Zupełnie wymazałam go z pamięci i gdy słyszę, jak Tata o nim opowiada to robię tylko wielkie oczy ze zdziwienia. Być może tak było, być może nie.

Wszystko zmieniło się w okolicach listopada. Przyszłam na kolejną wizytę do Psychologa i stałam nieco dłużej pod drzwiami niż zawsze. Powód? „Musiałam wywalić kota, bo wiem, że nie lubisz”. Za drugim razem kot został już w pokoju. Właściwie kotka. Śnieżnobiała, puszysta i mająca w sobie to coś, co sprawiło, że zaczęłam na nią patrzeć inaczej. Pamiętam uczucie, gdy wskoczyła mi na kolana. Tak nagle, tak bez zapowiedzi, a ja czułam się jakby rzucono na mnie zaklęcie Petrificus Totalus. Za trzecim razem było zupełnie inaczej. Wskoczyła na kolana, położyła się, zaczęłam ją głaskać i czułam, że się uspokajam i odzyskuję wewnętrzną równowagę. Moja wizyta trwała wtedy o wiele za długo, a po wyjściu w głowie zaczęła kiełkować myśl o posiadaniu własnego kota.

Droga do adopcji Frani była długa i wyboista i nie chcę do tego wracać. Liczy się, że w końcu mamy swojego kota, którego z każdym dniem coraz bardziej kocham. I łapię się na tym, że jest to miłość bezwarunkowa. Przymykam oko na złamanego storczyka, który pięknie rozkwitł. Wywalam różę, która została złamana. W końcu mam jeszcze cztery inne. Pracowicie wycieram brokat z obrusu, który pojawia się za każdym razem, gdy Frania dobiera się do stroika świątecznego. Zaliczyłam nieprzespaną noc po sterylizacji, bo biegałam co chwilę sprawdzać co robi i czy nie liże rany. Potrafię godzinę patrzeć, jak biega po całym mieszkaniu za kulką z folii aluminiowej. Cieszę się jak głupia, gdy kładzie się spać do łóżka obok mnie. Gdy idzie za mną, gdy wstaję siku w nocy. Nieważne, że Tomek leży obok. On to nie ja. Uwielbiam oglądać telewizję czy uczyć się z nią śpiącą na kolanach.

Cieszę się, że ją mamy. Cieszę się, że jest bardziej moja niż Tomka. Widać to na każdym kroku. Mnie nigdy nie podrapała w zabawie. Zasypia na mojej połowie łóżka, nigdy na jego. Dzisiaj obudziłam się z Franią wtuloną w moją rękę. Co z tego, że był środek nocy, a pobudka była z powodu pazura wbitego w przedramię przy przeciąganiu się.

Wszystko to staje się nieważne, bo mam kogoś dla kogo jestem najważniejsza, a w zamian nie chce nic poza głaskaniem. I cieszę się, że trafiła do nas akurat w tym momencie mojego życia. Kiedy to zmagam się z podstępną chorobą, zdradliwą dziwką, która każdego dnia odnosi zwycięstwo nade mną. Ale dzięki Frani ja mam siłę z nią walczyć. Mam po co wstać z łóżka i mam czasem uśmiech na twarzy, który pojawia się bez powodu.

I to piszę ja. Osoba, która kota nie będzie miała nigdy w życiu. Przypominam sobie, jak moja Psycholog powiedziała mi, że zmieni mi się z kotami. Miała rację. Nie sądziłam tylko, że nastąpi to aż tak szybko. Tomek mówi, że to przez nią mamy kota. A ja mówię, że nie przez nią, a dzięki niej.