653

Standardowy

Kurdwanów. Idę do kiosku po papierosy. W drodze się zastanawiam, czy to na pewno dobra decyzja. W ostatniej paczce po Wojtku zostały mi dwa. Może to dobry czas żeby odstawić? Póki nie przyzwyczaiłam się za bardzo? Póki palę w sytuacjach stresowych, których mam coraz mniej? Za późno. Weszłam do kiosku, mówię co chcę, wychodzę. Zapalam Vogue’a, wypuszczam cienką strużkę dymu i idę do samochodu.

Po drodze mijam klatkę schodową. Drzwi próbuje otworzyć dość pulchna Blondynka na rolkach. Zanim zdążyłam nad czymkolwiek pomyśleć słyszę, jak pytam czy jej nie pomóc. Miałam na myśli przytrzymanie drzwi, bo wyjątkowo nie dawała sobie rady z utrzymaniem równowagi, otworzeniem drzwi, wyjściem przed blok i nie zaliczeniem gleby. Z uśmiechem i widoczną ulgą poprosiła żebym ją przeprowadziła przez ulicę, bo to jej pierwszy raz na rolkach. Właściwie to drugi, ale tamten się nie liczy, bo od razu upadła na plecy. Ochraniaczy na kolana i łokcie nie ma, bo musiała oddać trzyletniej kuzynce, która uczy się jeździć na rowerze.

Biorę Blondynę za rękę i działamy. Wyjście z klatki nie było problemem. Schody zaczęły się przy krawężniku. Ja z papierosem, Blondyna niestabilna, a krawężnik wysoki. Vogue w zęby, małą trzymam za dwie ręce i jakoś poszło. Gaszę fajkę na najbliższym trawniku, bo nie dam rady inaczej. Może jakiś pijaczek się ucieszy, bo raptem dwa razy pociągnęłam.

Została nam do pokonania ulica. Francowata ulica. Nie dość, że pod górę (albo z góry, zależy jak na to patrzeć), to jeszcze ruchliwa, jak na osiedlową. Przepuszczamy kolejne auta. Blondyna zaciska ręce coraz mocniej na moich dłoniach i czuję, że się stresuje. Zaczynam z nią rozmawiać o byle czym, żeby tylko nie skupiała się na tym przejeździe przez ulicę. W końcu mamy pustą drogę. Jedziemy. Całkiem sprawnie. Blondyna złapała wiatr w żagle.

Po drugiej stronie dziękuje mi wylewnie. Życzę jej powodzenia i mówię żeby nie odchylała się do tyłu, bo walnie na dupsko na pewno. I odchodzimy. Każda w swoją stronę. Zerkam jeszcze raz na Blondynę. Daje radę.

W międzyczasie pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Sam z siebie. Spontanicznie. A ja czuję się super. Pomogłam komuś bezinteresownie. Bez zastanowienia. Czuję się panią świata. Jakbym miała skrzydła, to lewitowałabym na wysokości trzeciego piętra, taka dumna z siebie jestem!

Pomaganie innym jest fajne. Bycie miłym dla innych jest fajne. Uśmiechanie się do innych bez powodu jest fajne.

Kiedyś z Konradem mieliśmy na takie sytuacje określenie „małe szczęścia”. Pasuje idealnie. Chcę więcej takich małych szczęść każdego dnia!

652

Standardowy

Siedzę w pracy. Próbuję jakoś ruszyć nowy projekt. W tle gra radio Pani P. Nie przeszkadza mi, bo jest cichutko. I nagle z zaczytania wyrywa mnie Rob Steward i jego „I am sailing”. Rozpierdala mnie na łopatki. Dosłownie. Gryzę policzki żeby nie płakać. Wbijam paznokcie w dłonie żeby skupić się na czymś innym. Nie pomaga… Nic nie pomoże. Ta piosenka za głęboko wryła mi się w pamięć. Za mocno skojarzyła z chłodnym grudniowym przedpołudniem na warszawskich Powązkach. Oddycham z ulgą, gdy zaczynają się reklamy.

Tylko myśli nie chcą wrócić na poprzednie tory. Zaczynam pisać. W końcu czuję, że to, co wyjdzie spod moich palców, będzie miało sens. Nie skasuję tego w połowie. Nie zamknę Worda. Nie odejdę od biurka zrezygnowana.

Niby przeszłam nad tym do porządku dziennego. Niby… Bo zdarzają się takie dni, takie chwile, kiedy kogoś brakuje.

Bankiet na Kolokwium Katalitycznym już nigdy nie będzie taki sam. Boleśnie przekonałam się o tym wczoraj. Zerkałam dyskretnie na zegarek i czekałam, aż wskazówki pokażą 22:00, czyli godzinę, o której zdecydowaliśmy się wyjść. Nie mamy ochoty na tańce. Nie mamy ochoty żeby z tego sztywnego i drętwego bankietu zrobić super balety, po których będą boleć nogi, a pot będzie spływał ciurkiem i nikogo to nie będzie interesować, bo wszyscy będą się tak dobrze bawić. Nie będzie marynarki fruwającej pod sufitem. Nie będzie podziękowań od Pani Eli przy wyjściu. Nie będzie integracji krakowsko – warszawskiej.

Nic już nie będzie takie samo. Wszystko będzie inne. I w tym wypadku inne równa się gorsze. Zabrakło ogniwa, które scalało to wszystko. Sprawiało, że czekało się na marzec. Na ten jeden dzień w roku, kiedy spotykało się bratnią duszę ze Stolicy i nie mogło rozstać do białego rana. Kiedy odhaczało się kolejne punkty z listy. Marynarka pod sufitem. Taniec z Panem Stefciem. Walka o wino, którego zawsze było za mało. Pani Ela na parkiecie. „Ostatnia nocka” Maleńczuka. Gaszenie świateł i smutek, bo tyle dni zostało do kolejnego marca.

Z odejściem Wojtka zamknęły się niektóre rozdziały w moim życiu. Nie byłam do końca świadoma, że będzie mi go brakować. Że wmawianie sobie, że pojechał do Warszawy i niedługo wróci, nie będzie zawsze działało. Po prostu pewne rzeczy bez niego nie są i nie będą takie same. Choćbyśmy stawali na rzęsach. Nie da się.

Zła jestem na niego o to… Tak się nie robi…