Ja vs depresja, część I

Standardowy

Do tej pory depresja znana mi była jedynie w teorii. Spotykałam się z nią w literaturze, wywiadach, podczas wykładów na uczelni. Kojarzyła mi się ze smutkiem, przygnębieniem i brakiem snu, jak to miało miejsce w przypadku Danuty Stenki. To właśnie ona była jedną z pierwszych osób, które głośno powiedziały „miałam depresję” i tym samym próbowały przełamać tabu. Tak do końca jej się to nie udało. Choroba nadal jest traktowana jako tajemnica, leczenie u psychiatry kojarzy się z byciem świrem i pomyleńcem. Tylko terapia u psychologa jest modna i wypada tam bywać, jeśli chce się mieć o czym opowiadać podczas spotkań towarzyskich.

Od czterech miesięcy leczę depresję i zaburzenia lękowe. Od czterech miesięcy walczę każdego dnia o siebie i próbuję dać jak najmniej powodów tej podstępnej dziwce do zwycięstwa nade mną. Nie mogę powiedzieć, że jest dobrze. Na pewno jest lepiej niż na początku. Jednak droga do wyzdrowienia jest jeszcze długa i wyboista.

Pamiętam, jak podczas kolejnej wizyty u Psychologa zapytałam, czy może nie mam depresji. Posadziła mnie wtedy przed komputerem i kazała zrobić test. Wyszedł negatywny. Z perspektywy czasu myślę, że to był pierwszy znak, że powinnam udać się do specjalisty. To było chyba w listopadzie. Za oknem była sakramencka mgła, a my siedziałyśmy i jadłyśmy chipsy.

Źle zaczęło być w grudniu. Skumulowała się masa rzeczy. Śmierć Wojtka. Moje zwolnienie z pracy. Połączone z fatalną atmosferą w ostatnich dniach. Straciłam apetyt. Nie mogłam spać. Nie czułam potrzeby wstawania z łóżka, pójścia pod prysznic, wyjścia z domu. Cieszyłam się, gdy nie musiałam robić nic i mogłam cały dzień przechodzić w szlafroku snując się z kąta w kąt. W końcu napisałam o tym mojej niezastąpionej Psycholog i to ona pierwsza podsunęła mi myśl, że to może być mieszanka na psychiatrę… Broniłam się przed tym rękami i nogami. Ja do lekarza od czubków? W życiu! Na pewno dam sobie radę sama. Zagryzę zęby i przejdę to. Tomek wmawiał mi, że wszystko się z czasem ułoży. Znajdę pracę, wróci apetyt i radość życia. Gówno prawda! Było coraz gorzej. Czułam jak staczam się w dół, jak grzęznę coraz głębiej w bagnie i nie jestem w stanie z niego wyjść. Zaczęłam spisywać wszystkie negatywne myśli, robiłam codziennie test na depresję i to była jedyna pozytywna rzecz w tych dniach.

W końcu podjęłam decyzję, że muszę iść do psychiatry, bo się wykończę. To było w połowie grudnia. Dałam sobie czas do początku stycznia, ponieważ po drodze miały być jeszcze Święta, wyjazd do Amsterdamu i Dortmundu i jakiś cień nadziei, że może odbiję się od tego dna. Nie dałam rady. Z jednej strony był to fantastyczny czas, obfitujący w wiele dobrych momentów. Mimo to kładłam się do łóżka i zaczynała się gonitwa myśli. Czas uciekał, a ja nie spałam. Męczyłam się coraz bardziej, a przy życiu trzymała mnie myśl, że pójdę do psychiatry i mi pomoże.

Umówienie się na wizytę było też wyzwaniem. Trzęsły mi się ręce z nerwów, oblewałam się zimnym potem i bałam się, że nie wyduszę z siebie pół słowa. W końcu się udało i 15 stycznia miałam jechać do Wiśniowej po pomoc. Do towarzystwa wzięłam ze sobą moją Psycholog. Bez niej nie dałabym rady… Była dla mnie wsparciem, podporą, zagłuszaczem natrętnych myśli, cudownym towarzyszem podróży. To ona wepchnęła mnie do gabinetu i powiedziała od czego zacząć. Po czasie żałuję tylko jednego, że nie poprosiłam żeby weszła ze mną…

Z gabinetu wyszłam z receptą w ręku i mieszanymi uczuciami. Z jednej strony czułam ulgę, że ktoś mi w końcu powiedział, co mi jest. A z drugiej lekarz mi nie pasował, poświęcił mi w moim mniemaniu za mało uwagi. Wysłuchał, przepisał leki i pożegnał. Wszystko robiłam wtedy jak w transie. Wsiadłam do samochodu, zapaliłam papierosa, a w ręce nadal trzymałam receptę. Patrzyłam na Psycholog i widziałam na jej twarzy całą masę emocji, od strachu do ulgi. A ja czułam jakbym była za szybą i wszystko docierało do mnie w zwolnionym tempie. Nie pamiętam drogi powrotnej. Pamięć wróciła mi dopiero w Krakowie, kiedy to zajechałyśmy pod aptekę. Musiałam mieć grobową minę, bo farmaceutka powiedziała coś w stylu, że dzisiaj się nawet ludzie nie uśmiechają. Następnego dnia zrozumiałam co miała na myśli. Ja wiedziałam tylko tyle, że mam lekarstwa, mam je łykać i czekać na poprawę…

Poprawa przyszła, ale nie od razu. Początek był drogą przez mękę w jeszcze gorszym wydaniu. Nie mogłam nadal spać, nie miałam siły na nic, potrafiłam siedzieć i gapić się w ścianę godzinami. A musiałam zebrać się choć trochę do kupy, bo zaczynałam nową pracę. Nowi ludzie, nowe otoczenie, nowy początek. Z depresją jako nadbagażem. Było cholernie ciężko. Do tego w początkowej fazie choroby nie miałam kompletnie wsparcia ze strony Tomka. Nie docierało do niego, że coś mi jest, że to poważne, że teraz on musi być przy mnie. Był to dla nas duży sprawdzian. Wsparciem w tamtym czasie była dla mnie Babcia i Psycholog. Bez nich nie dałabym sobie rady na pewno i teraz najbliżsi odwiedzali by mnie na cmentarzu. Nie żartuję…!

Miałam dwa takie poważne załamania. Za pierwszym razem napisałam do mojej Psycholog, że przynajmniej raz dziennie rozważam połknięcie wszystkich antydepresantów i popicie ich wódką. Chciałam skończyć ze sobą, nie dawałam rady i nie widziałam szansy na poprawę. Opowiedziała mi wtedy historię samobójcy – skoczka, który zamiast ze sobą skończyć zrobił z siebie roślinkę. I dodała, że trzeba umieć się zabić. Pomogło. Za to ją najbardziej cenię. Że nie daje mi nurzać się w smutkach i potrafi każdy problem zabić śmiechem.

Drugi raz było tak źle, że zadzwoniłam do Babci i godzinę płakałam jej w słuchawkę. Potrzebowałam pomocy od zaraz i wiedziałam, że u niej znajdę. Do tej pory starałam się ją chronić przed moimi dołkami, bo miałam świadomość, że potem to przeżywa i martwi się. Po prostu była po drugiej stronie słuchawki, aż się nie uspokoiłam. Potem przez tydzień dzwoniła codziennie zapytać, jak się czuję. Tak naprawdę myślę, że sprawdzała czy żyję…

Tomek w końcu oprzytomniał. Pierwszym takim szokiem był dla niego moment, gdy oglądaliśmy razem Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej. Zawsze podczas meczu krzyczałam, przeklinałam, skakałam do góry ze szczęścia. A wtedy po prostu siedziałam z kamienną twarzą i nie wyrażałam żadnych emocji. Później napisałam mu na kartce jakiej konkretnie pomocy oczekuję. W punktach, krótko i konkretnie. I jest lepiej. Stara się, czasem staje na głowie żebym tylko na moment się uśmiechnęła. A ja wiem, że mam u boku odpowiedniego faceta. Był przy mnie cały czas. Jak ja siedziałam albo leżałam, on zajmował się domem. Nie robił mi wyrzutów, nie powiedział nigdy złego słowa na mnie. Po prostu był. Pamiętam jak któregoś dnia robiłam obiad. Kurczak leżał na desce, ja stałam z nożem w ręku i nagle mnie zamurowało. Nie wiedziałam co chcę zrobić ani jak. Wtedy Tomek podszedł, zabrał mi nóż i powiedział żeby mu dała przyprawy i wyjęła patelnię.

Nie jestem ekspertem od depresji, bo ją leczę. Uważam tylko, że powinno się o tym mówić głośno. Nie wstydzić się, nie zakładać maski i nie grać oscarowej roli w jednoosobowym teatrze. Nie tędy droga. Trzeba głośno o tym mówić. Nie wstydzić się i nie chować po katach. Nigdy nie wiadomo komu możemy pomóc. Sama odważyłam się i powiedziałam Szefowi, że się leczę i potrzebuję żeby mnie motywował do działania i dawał kopa w tyłek, jak uzna, że potrzebuję. Poczułam ulgę i powolutku praca zaczęła mi sprawiać mi przyjemność. Mam świadomość, że mogę do niego przyjść i powiedzieć, że mam zły dzień. Że potrzebuję żeby mi dał coś do roboty, bo czuję się zbędna i mało użyteczna.

Od dobrej znajomej usłyszałam, że dzięki moim opowieściom jej się otworzyły oczy na tą chorobę. Nie wiedziała, że to jest aż tak skomplikowane. Lubi mnie słuchać, bo sama też nabiera większej wrażliwości, a przy okazji poznaje mnie lepiej.

Ciąg dalszy nastąpi… Zbyt dużo chcę o tym powiedzieć, zbyt ważny to jest dla mnie temat, by go skracać czy spłycać… I chcę o tym mówić, nawet dla siebie. Żeby po czasie móc do czego wrócić. Żebym mogła kolejny epizod rozpoznać odpowiednio wcześniej i nie dopuścić do tego, co było.

656

Standardowy

Patrzę na siebie i widzę jak się zmieniam. Akceptuję te zmiany. Jestem z nich zadowolona. I chcę więcej i więcej. Nikt mnie do niczego nie zmusza. Nikt mi niczego nie nakazuje. Robię to sama. Dla siebie. Jestem dopiero na początku drogi. Nie widzę jej końca. Wystarczy sama świadomość, że zaczynam być w tym miejscu, w którym chcę.

Internet ma coraz mniej inspirujących rzeczy do zaoferowania mojej skromnej osobie. To co kiedyś było niewyobrażalne i nierealne, teraz jest w zasięgu ręki. I nawet nie muszę za bardzo się starać. Pudelek mnie nudzi. Już nawet nie czytam tytułów, bo przestało mnie podniecać kto z kim i jak się ubrał. Blogi są nijakie. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć te, które coś mi dają. Pozostałe odwiedzam z sentymentu. Facebook? A co to jest Facebook? Dobra, wrzucę czasem jakieś zdjęcie, skomentuję coś, ale też bez większej ekscytacji.

Częściej się uśmiecham. Spontanicznie. Bez powodu. Do pani w autobusie. Do kasjerki w supermarkecie. Do własnych myśli. Do Tomka. I wydaje mi się, że dzięki temu inaczej też patrzę na świat. Wypośrodkowałam to. Nie różowe okulary i rzyganie tęcza. Nie krakowski spleen i szarość dnia. Realizm. Życie po prostu jest. Świat maluje się w różnych barwach i to my decydujemy, na których dłużej skupimy wzrok. To tak jak z Magdą M. i słoneczną stroną ulicy. W końcu rozumiem o co w tym chodzi.

W naszym mieszkaniu świeże kwiaty są stałym punktem programu. Ostatnio tulipany. Kupione w sobotę na Placu Nowym. Piętnaście. Czułam się wyjątkowo idąc z takim bukietem. Czuję się wyjątkowo patrząc na nie, stojące w wazonie na nowym stoliku. Czułam się wyjątkowo, gdy Ewa zapytała, czy powinna pamiętać o jakiejś rocznicy. Nie powinna. U nas to teraz coś normalnego. Znów nawiążę do Magdy M. Pamiętam, że w którymś odcinku weszła do kancelarii z bukietem kwiatów, które sama sobie kupiła. Nie mieściło mi się to w głowie. A teraz? Coraz częściej wracam z Lidla z bukietem ode mnie dla mnie.

Akceptuję siebie. Wiem, że jestem wyjątkowa i nie wstydzę się tego. Płaczę na serialu, bo zabili główną bohaterkę, a potem płaczę ze szczęścia, bo jednak żyje. Doceniam ludzi, których mam wokół siebie. Otwieram się też na innych. Już nie oceniam po pierwszym wrażeniu i ewentualnie daję szansę. Teraz od razu daję szansę, bo każdy ma coś do zaoferowania. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Osoba, która miała mi tylko pomóc stanąć na nogi i rozwiązać tymczasowy problem, stała się kimś w rodzaju przyjaciela. Jest zawsze na wyciągnięcie ręki i jest gdy potrzebuję wsparcia. Inspiruje mnie i jest motorem napędowym tych wszystkich zmian.

Znalazłam sport, który kocham tak samo jak koszykówkę. Idę na trening z uśmiechem na ustach, a nie robię wszystko byle tylko nie ćwiczyć. Wracam posiniaczona, obolała, zmęczona i z uśmiechem na ustach. Na dłoniach mam odciski, z których jestem dumna. Mam więcej staników sportowych niż normalnych biustonoszy. I bardzo mi z tym dobrze!

Nie patrzę już wstecz. Nie grzebię się w przeszłości. Skupiam się na tu i teraz i najbliższej przyszłości . Nie planuję kilka lat w przód, bo to bez sensu.

Chcę żyć pełnią życia i czerpać z niego garściami!

655

Standardowy

Wtorkowy wieczór. Mieszkanie w miarę posprzątane. Śmieci pozbierane i przygotowane do wyniesienia. W łazience nic nie chrzęści pod nogami. Mam chwilę dla siebie i zastanawiam się co zrobić. Ćwiczyć? Poleżeć z książką? Wziąć prysznic i nałożyć maskę na włosy? Wtedy dostaję smsa. Jutrzejsze spotkanie odwołane z powodu przeziębienia. Siadam zrezygnowana na kiblu i chce mi się płakać. Chyba nawet w pierwszym odruchu kilka łez popłynęło, ale szybko starłam je ręcznikiem. A potem zaczęła się gonitwa myśli…

Jestem rozżalona, zdruzgotana, zasmucona. Czuję się oszukana i wystawiona do wiatru. Zamknę się w sobie i skończę tą pokrętną znajomość. Nie będę pisać meili, nie odpiszę nawet na tego smsa. Jednak nie jestem Dzieckiem i nie będę się w to bawić. Tak by postąpiła stara wersja mnie. Trzasnąć drzwiami, najlepiej tak mocno żeby wyleciały z zawiasów i ani razu nie spojrzeć za siebie. A po czasie, jak emocje opadną, żałować i płakać w poduszkę, bo przecież ja nie mogę się przyznać do błędu. Ja jestem nieomylna. I zawsze mam rację.

Mogę jeszcze pobawić się w robienie z siebie ofiary. Spróbować wymusić poczucie winy. Kiedyś byłam w tym dobra. Zawsze wychodziło na moje, nawet jak to ja powinnam przepraszać. Chwila zastanowienia, zebranie argumentów, poodbijanie piłeczki i to przeciwnik się wstydzi, żałuje i robi wszystko żeby mnie zadowolić. Wiem, że nie musiałabym długo nad tym myśleć. Pozostaje tylko pytanie, czy ta druga strona dałaby się wciągnąć w tą grę? Jestem w tym dobra, ale czy aż tak? Nie będę sprawdzać. Nie chcę. Nie potrzebuję. Pracuję nad tym, by mieć to za sobą i nie robić tak więcej.

Pozwalam sobie na chwilę smutku. Bo mam do tego prawo. Bo naprawdę jest mi przykro. Wiem jednak, że to nie jest koniec naszej znajomości. Równie dobrze to ja bym mogła być przeziębiona i to ja bym pisała smsa z przeprosinami. Kończę płakać, wycieram łzy papierem, biorę telefon do ręki i piszę. Że mi przykro, że zdrowie najważniejsze, że trzymam kciuki za szybkie pozbycie się kataru i gorączki, że przytulam mocno. Zauważam, że nieświadomie uśmiecham się sama do siebie. Zasługuję na pogłaskanie się po głowie i pochwałę! Potrafię kontrolować siebie. Potrafię wybrać, którą ścieżką chcę podążać. Potrafię zachować się jak Dorosły.

654

Standardowy

Czarno – białe zdjęcie. Na nim trzy dziewczynki, przed nimi zamek z piasku. Dwie mają krótkie włosy, jedna kitki. Wszystkie trzymają pałki wodne. Uśmiechnięte, beztroskie, cieszące się chwilą. Spędzają wakacje razem, jak co roku. Nie przeszkadza im to, nie czują przesytu sobą. Mają masę pomysłów na każdy dzień. Płaczą, kiedy kończą się wakacje i zbliża czas wyjazdu jednej z nich do domu.

Rok szkolny. Widują się sporadycznie. Zawsze idą do drugiego pokoju i zajmują swoimi sprawami, jakże ważnymi w wieku wczesnoszkolnym. Czasem piszą do siebie listy. Nieregularnie i jakoś czują, że nie są w tym dobre. Po cichu odliczają dni do wakacji i do spotkania. Do beztroskiego biegania po polach, jedzenia niedojrzałych śliwek prosto z krzaka, lodów Dove w niedzielę po kościele, urodziny, granie w Zawód czy Reklama.

I nie myślą o tym, że to się kiedyś skończy. Wspólne wakacje, razem spędzane ferie. Ich drogi się rozejdą, pójdą do liceum, potem na studia i ta więź z czasów dzieciństwa zniknie. Od tej pory będą siedzieć przy jednym stole i milczeć. Znają się od zawsze, a czują się jak obce. Od tej pory rodzinne spotkania będą kojarzyć się z przymusowym spotkaniem, brakiem spontaniczności, sztucznie podtrzymywaną rozmową o niczym i ukradkowym spoglądaniem na zegarek. I to zdziwienie innych, że jak to się stało? Przecież w dzieciństwie były nierozłączne, a teraz zachowują się jak obce.

Można pomyśleć, że tak będzie już zawsze. Beznadziejnie, smutno, szaro, do dupy. Jednak nagle coś się zmienia. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak. Ta więź z dzieciństwa zaczyna się pojawiać na nowo. Zaczynają się nieśmiałe rozmowy, pierwszy wspólny Sylwester, wyjście na piwo, impreza w rytmach hitów z ich dzieciństwa. To wszystko w nieco powiększonym gronie, bo z drugą połową każdej z nich. W to wszystko zaczynają się wplatać zwierzenia, szczere rozmowy i chyba każda z nich czuje, że wracają czasy dzieciństwa. Tylko w troszkę innym wydaniu.

Najstarsza jest zaręczona, a do tego świeżo upieczoną mamą prześlicznego chłopca. Średnia jest w długoletnim związku, walczy o siebie i swoje szczęście. Najmłodsza też zaręczona, wyjechała do wielkiego miasta, układa sobie życie po swojemu. Są różne, a potrafią usiąść razem i rozmawiać o wszystkim bez skrępowania. Wspominać stare czasy, patrzeć w przyszłość, uśmiechać się do swoich planów, spytać bardziej doświadczoną o radę, wyżalić się.

Najmłodsza trzyma w rękach zdjęcie i uśmiecha się sama do siebie. U Najstarszej stoi w ramce podobne zdjęcie. Z tego samego wypadu nad zalew. Te same dziewczynki, ten sam zamek z piasku, te same pałki. Kiedy pierwszy raz je zobaczyła wzruszyła się. Teraz i ona oprawi w ramki i postawi w salonie swoje zdjęcie. Zdjęcie, na którym są dwie jej siostry. I co z tego, że cioteczne? To najbliższa rodzina Najmłodszej. Zawsze trzymały się razem i ma nadzieję, że tak już zostanie.