Mama

Standardowy

Moje wspomnienia z Mamą z okresu dzieciństwa to takie migawki. Urywki filmu. Czasem z dialogiem w tle, czasem ze szczegółami, a czasem to tylko błysk flesza i wspomnienie niczym z fotografii. Szkoda, że z tego pięknego czasu, jakim jest dzieciństwo, pamiętamy tak mało. To przecież zdecydowanie najszczęśliwszy okres w życiu każdego człowieka. A na pewno najbardziej beztroski, bez problemów, bez zmartwień. Wieczna zabawa, nieodłączny uśmiech na ustach i bezwarunkowa miłość od rodziców. Potem się dorasta i przestaje być tak fajnie.

Pierwsza migawka. Spędzałyśmy dzień we dwie. Miałam Mamę na wyłączność. „Flinstonowie” w kinie. Pizza na Zamkowej, co było nie lada świętem, bo zwykle nie jedliśmy takich rzeczy. Spacerowałyśmy, trzymałam Mamę za rękę, czasem przystawała żeby popatrzeć w witryny sklepów.

Druga migawka. Okres przed komunią. Zakup butów, który z miłego wypadu zmienił się w koszmar. Zaczęłyśmy na Piaskach, skończyłyśmy na Bugaju. Początkowo oglądałyśmy buty, mogłam wybierać, które mi się podobały. Potem przychodziło rozczarowanie. Okazywało się, że nie ma mojego rozmiaru w sklepie. Później już tylko Mama pytała, czy w moim rozmiarze są jakiekolwiek buty komunijne. Skończyłam w paskudnych trzewikach, w nie do końca moim rozmiarze i z niestukającymi obcasami.

Trzecia migawka. Przyniosłam z przedszkola ospę wietrzną. Zaraziłam wszystkich domowników prócz Taty. Chodziłam dumna z pokoju do pokoju i smarowałam znamiona taka białą maścią. Czułam się wtedy taka dorosła, odpowiedzialna, wyróżniona i potrzebna. Jako jedyna mogłam przemieszczać się z pokoju do pokoju i rozmawiać ze wszystkimi. Do dzisiaj każde z nas ma pamiątkę po tej chorobie w innym miejscu.

Czwarta migawka. Mama szykująca się na zabawę sylwestrową. Zawsze w czarnej sukience. Zawsze w niebotycznie wysokich szpilkach. Zawsze z czerwonymi ustami. Zawsze wiążąca Tacie krawat, bo długo był oporny na naukę.

Piąta migawka. Leżę w łóżku i myślę przed snem. Zaczynam się zastanawiać co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Umieramy i nie ma nas w ogóle. Ciągnę ten tok myślowy w swojej małoletniej głowie i w końcu wybucham płaczę. Wtedy do pokoju wbiega Mama, przytula mnie i pyta co się stało. A ja duszę się od tych łez i nie jestem w stanie jej powiedzieć o czym myślałam.

Chciałabym pamiętać więcej. Szczególnie teraz, gdy jestem coraz starsza i bardziej doceniam Mamę i jej rolę w moim życiu. Mimo, że nie mieszkamy razem od paru dobrych lat, nadal są rzeczy, przy których jest niezbędna. To z nią kupuję sukienki na ważne wyjścia. To ona podpowiada mi w co się ubrać. Tylko ona jest w stanie zrobić mi idealny makijaż. To z nią najlepiej robi się zakupy. To z nią mogę rozmawiać przez telefon o książkach, programach w telewizji, jedzeniu i jej postępach w angielskim.

Nie jest idealna. Często wykrzyczę jej w złości słowa, których potem żałuję. Popełniła błędy wychowując mnie. Nie potrafi rozmawiać ze mną o rzeczach ważnych. Jednak jest moją Mamą. Nie chcę innej. Nie chcę nic w niej zmieniać. Bo dzięki niej jestem w ogóle na świecie. Chciałabym kiedyś od niej usłyszeć, że jest ze mnie dumna…

Ja vs depresja, część III

Standardowy

Jakiś czas temu pisałam, że chciałabym więcej małych szczęść na co dzień. A tak naprawdę to ode mnie zależy, czy i w jakiej ilości będę je mieć. To ja wybieram prawo czy lewo, z prądem czy pod prąd, czekolada mleczna czy gorzka. I tym samym mam kolejne małe szczęścia.

Kolejna wizyta u Psychiatry wypadła w czwartek. Muszę dodać, że to naprawdę cud, że się do niego dostałam, bo nie mogłam się dodzwonić od poniedziałku. Oczywiście miałam nóż na gardle, bo leki na wykończeniu, a ja zawsze zwlekam do ostatniej chwili z wizytą. Nieważne. Udało się, dodzwoniłam się, czwartek 13:30 wizyta. Jeśli Psychiatra to i moja Psycholog. To już taka nasza tradycja, że zawsze ona jedzie ze mną. Od pierwszego razu jest obok. Zapewnia mi dobry humor, masę ciekawych tematów do rozmowy i atrakcje po drodze, które są nieprzewidywalne, a których się spodziewamy.

Tym razem udało się nam zgubić. I to tak porządnie. Bo przejechania gabinetu nie liczę. To wynika z tego, że za dużo gadamy, a ja zamiast patrzeć na drogę i skupić się na niej większą uwagę poświęcam poruszanym tematom. Tym razem na przeszkodzie stanął nam remont. Brak oznaczonego objazdu, więc jedziemy na czuja i skręcamy tylko w prawo. Efekt był taki, że o 13:00 mijałyśmy po raz kolejny tabliczkę z nazwą „Bodzanów”. Za którymś razem zaczęłyśmy sobie powtarzać, że na pewno jest tu coś interesującego i wartego zobaczenia, tylko jeszcze na to nie trafiłyśmy.

Nienawidzę się spóźniać, a efekt był taki, że byłam pół godziny po czasie. Dodatkowo tym razem miałam wejść już sama. Jak to powiedziała Psycholog „jesteśmy już w starszakach i nie potrzebuję opiekuna do towarzystwa”. Brzmiało groźnie. Jednak wiem, że wszystko to robione jest dla mojego dobra. Muszę w końcu stanąć na własnych nogach i iść sama, nie trzymając nikogo za rękę. A z drugiej strony mieć świadomość i pewność, że zawsze czeka na mnie pomocna dłoń, z której mogę korzystać bez ograniczeń. Od tego są przyjaciele.

Weszłam sama. Bez strachu, bez paniki, bez spoconych dłoni, bez kołatania serca. Mój lęk coraz częściej przegrywa ze mną. Przemknęła mi tylko przez głowę myśl, że nie wiem czy dam radę… Musiałam. Gdzieś podświadomie wiedziałam, że będzie dobrze. Bo już jest lepiej.

Zaczęłam od najważniejszego dla mnie – śpię o wiele lepiej. Raz na dwa tygodnie zdarza mi się ciężka noc. Z tym, że ciężka oznacza, że zasypiam dłużej niż zwykle lub budzę się czasem w nocy. Zniknął lęk. Coraz częściej robię, co mam robić bez analizowania i wymyślania kolejnych scenariuszy w głowie. Tak jest prościej i łatwiej. Niestety nie zniknął do końca. Na wszystko potrzeba czasu. Mam coraz mniej dni, kiedy to mam ochotę leżeć w łóżku zakopana pod kołdrą i udawać, że nie istnieję dla świata. Są dni gorsze, ale wiem, że w tej chorobie to normalne. Coś na zasadzie krok w przód i dwa w tył. Powoli dojdę do momentu, że nie będę mieć wahań nastrojów. Moje życie zacznie przypominać prostą linię.

Wierzę w to. Wierzę, że przyjdzie dzień, kiedy będę mogła o sobie powiedzieć „jestem zdrowa”. Wiem też, że długa droga przede mną. Dopiero teraz, po czterech miesiącach leczenia, mam świadomość jak źle ze mną było i ile pracy przede mną. Przestałam z moim lekarzem grać w Psychiatrę. Zobaczyłam w nim bardzo dobrego specjalistę, który chce mi pomóc, przejmuje się mną i zależy mu na moim powrocie do formy. Powiedziałam mu to wszystko. Bez analizowania, co sobie o mnie pomyśli. Chciałam się tym z nim podzielić. Chciałam żeby zobaczył ile pracy wykonałam. A uśmiech na twarzy i stwierdzenie, że nie spodziewał się u mnie takich efektów tak szybko są najlepszym podziękowaniem jakie mogłam dostać. Cudownie jest słyszeć, że się zmieniłam, że rozczarował się i to pozytywnie, że odmłodniałam na twarzy, że jestem zupełnie inną osobą. I jeszcze te parę ciepłych słów o mojej relacji z Psycholog. Uśmiech sam pojawia się na twarzy, gdy dowiaduję się, że inni postrzegają to tak samo jak ja. To utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że mój intuicja mnie nie zawodzi. Dobrze czuję ludzi.

Wyszłam z tej wizyty z uśmiechem na twarzy. Taka lekka i spełniona. Moja Psycholog powiedziała, że zrobiłam mu dobry dzień. Cieszyłam się z tego. Bo zasłużył na to. Bo on też we mnie wierzył i zobaczył we mnie chorą osobę, której musi pomóc. A ja negowałam wszystko, bo przecież to ja mam zawsze rację, a inni są głupi. Uściskałam go na koniec, co chyba wprawiło go w niemałe osłupienie. I zdecydowałam, że na kolejnej wizycie dam mu laurkę. Tak jak te dzieci, które do niego przychodzą, ale zrobiona po mojemu.

I to właśnie było to małe szczęście. Sprawić, że ktoś uśmiechnie się z mojego powodu. Dać komuś powód do tego uśmiechu. Zjeść najlepsze naleśniki pod słońcem z przyjacółką u boku. Zastanawiać się, czy warto wylizać talerz w restauracji. Przekonać się po raz kolejny, że jesteśmy identyczne w każdym calu.

To był dobry dzień. Dzień, w którym pokazałam mojej chorobie wielkiego fucka.

„Chce się żyć”

Standardowy

Czytam dużo i od zawsze. Czytam dla przyjemności, dla poszerzenia wiedzy, dla odmóżdżenia się, dla przeniesienia w inny świat. Czytam, bo lubię. I kupuję namiętnie książki. Na promocji, w Taniej Książce, bo zainteresowała mnie tematyka. Wśród stosu ostatnio zakupionych książek, które skrzętnie chowam po mieszkaniu żeby Tomek nie widział ile tego jest, znalazło się „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy. Otworzyłam i przepadłam.

Zacznę od tego, że rzadko trafiam na książkę, którą czyta się dobrze i szybko, a dodatkowo zmusza jeszcze do refleksji i zastanowienia. Połknęłam ją w dwa dni, czytając tylko i jedynie w autobusie. Przyznaję się, raz pojechałam na Kombinat i z powrotem tylko dlatego, że musiałam doczytać do końca. Nie mogłam skończyć w domu, bo wiedziałam, że od progu będę miała sto milionów rzeczy do zrobienia i lektura zejdzie na dalszy plan.

Książkę znałam. Przewinął mi się ten tytuł wielokrotnie. Wiedziałam, że jest film. Wiedziałam, że dostał Srebrne Lwy w Gdyni. Wiedziałam, że traktuje o chłopaku z porażeniem mózgowym. Czyli mamy mieszankę na nagrodę, film pod publiczkę, wyciskacz łez, granie na emocjach i trzepanie kasy w jednym. Unikałam tematu jak ognia. Wszyscy piali z zachwytu, a ja odsuwałam się coraz dalej i wiedziałam, że nigdy po to nie sięgnę. I naprawdę nie wiem, czemu kupiłam akurat tą książkę. Z wielu dostępnych w śmiesznie niskich cenach trafiło akurat na „Chce się żyć”. I dobrze. Bo dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

Owszem, mamy historię tragiczną, bo jak inaczej nazwać fakt, że rodzi się dziecko z porażeniem mózgowym, a od lekarzy słyszy się tylko, że jest rośliną? Każdy by się załamał, szukał odpowiedzi na pytanie „dlaczego na mnie to trafiło?”, ocierał ukradkiem łzy, a na zewnątrz nie pokazywał słabości ani zwątpienia. I mamy to w tej książce. Ale jest to na dalszym planie. Najważniejszy jest Mateusz i jego historia. Bo to on, dziecko upośledzone umysłowo, jest narratorem w tej powieści. To on stwierdzając „jestem człowiekiem” sprawia, że chce się czytać dalej. Bo niby to takie mało odkrywcze i oczywiste, a jednak zaczyna się zastanawiać, co kryje się za tym zdaniem?

Mateusz ma porażenie mózgowe, spastyczną rękę, nie panuje nad cieknącą śliną, nie potrafi chodzić i myśli. Myślenie jest jego najsilniejszą bronią. To sprawia, że nie jest rośliną. Tylko jak o tym powiedzieć innym? Jak pokazać najbliższym, że rozumie się wszystko, co dzieje się dookoła? Każdy by w końcu zrezygnował i się poddał. Bo ile można walić głową w ścianę? Mateusz to nie każdy. Czekał ponad dwadzieścia lat na to, by w końcu pokazać wszystkim, że myśli, czuje, rozumie. Jego pierwsze zdanie wypowiedziane w stronę matki brzmi „nie jestem rośliną”. I od tej pory jego życie się zmienia. W końcu inni liczą się z nim, pytają o zdanie, nie próbują podejmować decyzji za niego. Mało, wychodzi ze swoją chorobą do ludzi i opowiada o niej, nie tracąc wrodzonego poczucia humoru. Aż w końcu stwierdza, że chce się żyć.

Skończyłam czytać i byłam pełna emocji. Tych pozytywnych. Też zachciało mi się żyć. Nie przeskalowałam sobie świata i nie zaczęłam uważać moich problemów za błahe. One są moje i ja nadaję im rangę. Nie zrobiłam się bardziej wrażliwa na osoby upośledzone umysłowo, bo w tym temacie uważam się za osobę dość doświadczoną. Zaczęłam inaczej patrzeć na te osoby. Bo tak naprawdę nie wiemy, co kryje się pod maską choroby. Nie wiemy co takie osoby myślą, czują, jakie mają marzenia. Domyślamy się tylko i staramy się im pomóc. A może bardziej sobie niż im? Zagłuszamy dobrymi uczynkami nasze zaniedbania, niedoskonałości i przywary. Zapominamy na chwilę o wszystkim, bo zrobiliśmy coś dobrego. Potem odchodzimy do swoich zadań i zostawiamy za sobą takie osoby. A one nadal żyją w swoim świecie. Kolorowym, pełnym emocji, natłoku myśli. Litujemy się nad nimi, zamiast spróbować się wsłuchać w ich potrzeby.

Ta książka pokazała mi, że niepełnosprawność umysłowa widoczna jest tylko na zewnątrz. Nie widzimy tego, co w środku. Tego najważniejszego i najpiękniejszego. Naklejamy etykiety, bo tak nam łatwiej. Traktujemy takich ludzi z góry. A przecież oni żyją, myślą, mają marzenia, mają problemy inne niż swoje ułomności. Chcą żyć, kochać, marzyć, chcą być kimś ważnym, chcą czerpać z życia garściami. Chcą się uśmiechać, nawet jeśli ten uśmiech przypomina grymas niezadowolenia. Oni są tak różni w swoich chorobach, a my nie potrafimy tego dojrzeć.

A niech najlepszym podsumowaniem książki będą słowa Mateusza „Cycki i gwiazdy to dwie najlepsze rzeczy, jakie stworzył Bóg.

Ja vs depresja, cześć II

Standardowy

Od kiedy wiem, że mam depresję i zaburzenia lękowe zaczęłam bardziej zagłębiać się w ten temat i nie tylko. Wciągnęła mnie psychologia, którą do tej pory uważałam za kierunek, na który idą tłumy, bo jest modny. W psychologów nadal nie wierzę, większość uważam za naciągaczy, którzy mają problemy i uważają, że dzięki temu lepiej pomogą innym. A tak naprawdę sami tej pomocy potrzebują. Mówię o tym głośno, nawet w obecności mojej Psycholog. Ale ona jest wyjątkowa i wyłamuje się ze stereotypów, daleko jej do typowego terapeuty.

Zainteresowała mnie też seksuologia. Nie „Kamasutra”, nie „101 pozycji w 1001 dni”, ale rzetelna wiedza, bez której ani rusz. Lektur o tej tematyce jest całe mnóstwo, ja selekcjonuję je dość ostro i zwykle jestem zadowolona ze swoich wyborów. Im głębiej w to wszystko wnikam, uświadamiam sobie jak rozległa jest ta wiedza. A ja chciałabym więcej i więcej i więcej…

To nie jest tak, że siedzę całymi dniami i wyszukuję artykułów o depresji. Unikam takich pseudonaukowych wywodów. Pełno w nich banałów, złotych rad od osób, które nie wiedzą co to depresja. Szukam prawdziwych opisów, relacji osób, które przez to przeszły. Moja Psycholog podesłała mi kiedyś link do wywiadu z autorem książki o Robercie Enke. Przeczytałam i jakbym czytała o sobie. Wszystko czułam tak samo. Tak samo nie umiałam o tym opowiedzieć bliskim i miałam pretensje, że tego nie rozumieją. Zdecydowałam się kupić książkę i nieco się rozczarowałam, niestety. Nastawiłam się na opis heroicznej walki z depresją, a dostałam dokładny opis życia nieznanego mi piłkarza, łącznie z relacją z co ważniejszych meczy. Choroba była dodatkiem, ale jakim! Wbijało w fotel, ściskało za gardło, zmuszało do płaczu i refleksji. Wtedy chyba tydzień lub dwa brałam antydepresanty i połowa z tych rzeczy była dla mnie obca. Poza myślami samobójczymi, które były na porządku dziennym. Od najprostszych, po bardziej wyszukane. I do tego wszystkiego byłam z tym sama, całkiem sama. Tomek był na etapie negowania diagnozy, pretensji, wyrzutów. A ja nie umiałam sobie z niczym poradzić i dowalałam sobie jeszcze nieodpowiednimi lekturami i programami w telewizji.

Przed tą książką podjęłam próbę obejrzenia „Ciemności skryją ziemię”. Nie dałam rady. Zrobiło mi się niedobrze, serce waliło w piersi, a ja czułam się coraz gorzej i gorzej. Co innego czytać o Auschwitz i holokauście, a co innego zobaczyć to wszystko na własne oczy. Do dzisiaj nie byłam w stanie obejrzeć tego dokumentu do końca. Nie podejmuję nawet prób w tym kierunku. Nie w tym stanie. I po tym incydencie odłożyłam na bok wszelkie książki, które dotyczą tej tematyki. Nie czytam niczego o obozach koncentracyjnych, o doktorze Menegele, o Hitlerze i innych kontrowersyjnych przywódcach. Mimo, że mnie korci jak cholera.

Codziennie wstaję z łóżka i walczę z tą podstępną dziwką depresją. To czyni mnie bohaterką, mimo że to trochę patetyczne… Są dni, kiedy zapominam, że jestem chora. Jestem spokojna, szczęśliwa, zrelaksowana, uśmiecham się. Mało jest takich dni i dlatego staram się je doceniać i wykorzystać do samego końca, wycisnąć niczym cytrynę. Mniej jest też dni, kiedy mam ochotę się zakopać pod kołdrą i nie istnieć dla świata. Wtedy pomaga mi Frania. Bo ona jest zależna ode mnie i to ja muszę się nią zająć. Pomaga. Pomaga mi od pierwszego dnia w naszym domu. Z perspektywy czasu widzę jak dużo mi ona dała od siebie, w zamian chcąc tylko naszej miłości i ciepła.

Większość dni jest niestety nijaka. Czasem się uśmiechnę, czasem rozpłaczę z bezsilności i generalnie staram się przetrwać od świtu do zmierzchu. Nie wiem jak dałam radę żyć w takim stanie, bez pomocy, tak długo. Płacę za to teraz wysoką cenę. Tak, jestem bohaterką.

„Ćpałem, chlałem i przetrwałem”

Standardowy

Maćka Maleńczuka znam od czasów gimnazjum, czyli dobre piętnaście lat. Gdy tylko dowiedziałam się, że powstała książka w formie wywiadu – rzeki z nim wiedziałam, że muszę ją mieć. I miałam. Kupiłam z okazji Światowego Dnia Książki. Przeczytałam prawie jednym tchem. Robiłam mimo wszystko przerwy na spanie. I pomimo samych negatywnych recenzji, dla mnie była to pouczająca i wartościowa lektura.

Nie spodziewałam się typowej biografii, opisów dzieciństwa, początków małżeństwa, relacji z narodzin córek. Maleńczuka znam tak długo, że wiem, czego można się po nim spodziewać. Na pewno nie słodkich i rozczulających opisów, tony wzruszeń i potoku łez. On serwuje jazdę bez trzymanki, może nieco ubarwioną, ale nadal ciekawą w odbiorze.

Książka podzielona jest na trzy części: ćpanie, chlanie i przetrwanie. O narkotykach opowiada bez ściemy. Nie robi uników, nie przechwala się i nie zachęca nikogo do brania. Odrzuciło mnie, mimo że nigdy nie miałam chęci spróbowania i sprawdzenia jak to jest. Heroina, po której zęby są do wymiany po tygodniu. Kwas, amfetamina, kompot, marihuana, mieszanina psychotropów – to nie dla mnie. Zresztą sam Maleńczuk podkreśla wielokrotnie, że narkotyki nie są dla kobiet, zbyt łatwo się uzależniamy. Czytałam kiedyś artykuł na ten temat. Okazuje się, że kobiety znacznie łatwiej wpadają w szpony hazardu, ciągów alkoholowych czy narkotykowych, a tabletki nasenne potrafią łykać niczym landrynki.

Z dragami sobie poradził. Robił domowe detoksy. Nie leczył się kolejnym strzałem w żyłę. Zaciskał zęby, łykał tabletki nasenne, wszystko byle przetrwać i zacząć w końcu funkcjonować normalnie.

Od alkoholu uzależnił się podczas grania z Püdelsami. Flaszka przed koncertem, parę drinków w trakcie, a po to już nikt nie liczył. I tak dobre parę lat. Do tego można dołożyć epizody na izbie wytrzeźwień, bójki uliczne, wyrzucanie telewizora przez okno w bloku w biały dzień. Sam przyznaje, że to jest jedyny nałóg, z którym sobie nie poradził. Do dziś na koncertach pije drinki, nigdy nie zagra do końca trzeźwy. Szczerze? Nie przeszkadza mi to. Muzyka stoi na pierwszym miejscu. Dopóki jest to widowisko na najwyższym poziomie, alkohol krążący we krwi zupełnie mi nie przeszkadza.

Czytam opinie na temat tej książki i nie trafiłam do tej pory na żadną pozytywną. Wszyscy mieszają go z błotem, nazywają chamem (w sumie nic nowego), a książkę chłamem wydawniczym. A ja się zastanawiam ile z tych osób to tacy sezonowcy, którzy Maleńczuka poznali przy okazji Psychodancingu? Wszyscy widzą po tej książce narkomana i alkoholika, nieliczni muzyka.

Dla mnie to nie jest gloryfikacja nałogów. Dla mnie to jest opowieść o człowieku, który od małego wiedział, że chce być muzykiem i nim został. Nie zawsze miał z górki, nie zawsze wychodził na scenę w garniturze i świeżo wykrochmalonej koszuli i grał dla pełnej sali. Zaczynał na ulicach. Z gitarą w ręce zdzierał gardło i zbierał pieniądze do futerału. I tak przez kolejnych dziesięć lat. I nie poddał się. Mimo, że było cholernie ciężko, bo w zimie nie dało się grać na ulicy, a za coś trzeba było żyć. Wtedy sięgał po narkotyki, które miały pomóc mu przetrwać ten okres. Sam nauczył się angielskiego. Sam nauczył się grać na gitarze. Sam pisał teksty. Sam komponował. Potem przyszedł czas Homo Twist, który mocno niedoceniony dopiero teraz jest na nowo odkrywany. Püdelsi i pierwsze poważne nagrody. A potem można powiedzieć, że już z górki. Bo zmienił image, założył Psychodancing i zaczął porządnie zarabiać.

Dzięki tej lekturze zrozumiałam o czym są tak naprawdę jego piosenki. To smutne teksty, które odnoszą się do jego życia. Pełne metafor, grypsów, niedopowiedzeń. Niektóre to hołd dla nieżyjących już kolegów. Inne są tworzone własnym językiem, który stworzył paląc kolejnego jointa. Mówią o jego życiu więcej niż on sam w wywiadach.

Przetrwał. Nie stoczył się, nie dał wciągnąć bagnu, które osaczało go z każdej strony. Chciał być muzykiem i jest muzykiem. Nie osiada na laurach, ale próbuje dalej. Stawia sobie kolejne zawodowe wyzwania. I udaje mu się je zaliczyć. To w nim lubię najbardziej. Tą szczerość i bezkompromisowość.

Dla wielu osób ta książka to bajanie starego chłopa w kryzysie wieku o swojej młodości. Jedna, wielka impreza, która trwa za długo. Może to są osoby, które nie znają Maleńczuka tak dobrze? Może dla nich to pan w garniturze i białej koszuli, z idealnie prostym przedziałkiem na głowie? Dla mnie to muzyk, któremu jestem wierna prawie pół życia. I dlatego ja się tą książka nie rozczarowałam i czytałam ją z wielką przyjemnością.