Dzień Dziecka

Standardowy

Dzisiaj Dzień Dziecka. Każdy z nas jest dla kogoś dzieckiem. Każdy ma mamę, tatę, jednego rodzica lub też opiekuna, który jest jak rodzic. Każdy ma piękne wspomnienia, do których się uśmiecha. Bo te złe powinno się odsunąć w kąt, najlepiej o nich zapomnieć. Gówno prawda, myśli ona i ma ochotę sięgnąć po papierosa. Nie może, bo obiecała, że przestanie palić. W zamian robi sobie kubek mocnej czarnej kawy i wraca pamięcią do tych złych wspomnień.

Gimnazjum. Koniec drugiej klasy albo pierwszej. Na pewno jej okres buntu. Do szkoły chodzi, bo musi. Uczy się byle zdać do następnej klasy. Bez ekscytacji. Lubi tylko chemię i grę w koszykówkę. Po latach dojdzie do wniosku, że dzięki temu zachowała jeszcze jakiś kręgosłup moralny i nie poddała się tak do końca tej fali buntu. Ale nie o tym dziś.

Jest koniec czerwca. Jeszcze tylko odebrać świadectwo, zaliczyć awanturę od rodziców i można się cieszyć wakacjami. Krzyki i bicie będą na pewno. Bo oceny na świadectwie nie są takie, jak by chcieli. Nie takie, jakie im obiecywała. A na każdą jest ta sama wymówka „Pani powiedziała, że taka mi wychodzi, ale postawiła niższą”. I lecimy od góry do dołu. Polski. Matematyka. Biologia. Geografia. Niemiecki. Angielski. Z góry na dół tróje. Mogłaby mieć czwórki, może nawet piątki, ale jej się nie chciało.

W końcu koniec awantury. Ojciec rozkazuje jej żeby się spakowała i jadą na działkę. Ona staje okoniem. Napełni butelki wodą i na tym skończą się dobre uczynki. Chce położyć się na łóżku i zalać własnymi łzami. Nie tak łatwo. Jak ojciec powie to tak musi być. Ma jechać i już. Na nic powtarzane do znudzenia „nie jadę”, „daj mi spokój”, „nie chcę jechać”. Nie chce po dobroci, to na pewno przekona ją paskiem. On i pasek, można powiedzieć, że to duet idealny. Tylko, że ona się nie boi. Jest tak spokojna, tak pogodzona z losem, że nawet nie próbuje się zakryć przed kolejnymi razami. A one spadają na nią jeden po drugim. Ojciec wpadł w szał. Bije na oślep. Nie patrzy gdzie, nie zwraca uwagi na to jak mocno. Byle trafić. Byle dać upust swoim emocjom. Przecież to jej wina, bo ona go sprowokowała. W końcu ma dość. Uznał, że jest spokojny albo krzyki matki, żeby ją zostawił w spokoju, zrobiły swoje. Ona nie pamięta już tego. Ważne było, że w końcu przestał. Zamknęły się za nimi drzwi, a ona mogła w końcu wykrzyczeć cały ból, który tłumiła w sobie. Przyjmowała razy w ciszy, żeby tylko nie pokazać, że boli. Żeby nie dać swojemu oprawcy satysfakcji.

Pada na łóżko. Łzy lecą strumieniami. Zaczyna się uspokajać. W głowie kiełkuje plan zemsty doskonałej. Pokaże im. Da do wiwatu. Jeszcze będą żałować. Siada przed komputerem i pisze. Krótkie słowa pożegnania. Po latach nie pamięta nawet, co tam było. Potem meil do Niny. Z instrukcją, co ma zrobić jak jej już nie będzie na świecie. Wysyła i idzie do kuchni. Powoli wybiera nóż. W końcu znajduje ten idealny. Czuje chłód stali na nadgarstku. Pieści nim delikatnie skórę. Jakby chciała ją zapoznać z tym narzędziem. I wtedy dzwoni telefon. Nina. Udaje spokojną, ale próbuje ją od tego odwieść. Zagaduje. Daje się wypłakać. Potem pyta kilkakrotnie, czy na pewno jest w porządku. W końcu rozłącza się. A ona jest wdzięczna za ten telefon. Bo wie, że zabrakłoby jej odwagi żeby podciąć sobie żyły.

Na drugi dzień jadą na imieniny dziadka. Ona z siniakami, które zdążyły się pojawić na rękach. Widzi dokładnie zarys paska. Może odtworzyć, gdzie padały kolejne ciosy. Ojciec nic nie zauważa. Reaguje dopiero, gdy babcia pyta, czemu jest taka posiniaczona. Wtedy zabiera ją na balkon, ogląda ręce i pyta, czy to ślady po wczorajszym dniu. Ona tylko kiwa głową. Nie chce mieć z nim nic wspólnego. Nie chce być z nim sama na sam. Boi się go.

Takich wspomnień ma mnóstwo. Bicie było zawsze najlepszym sposobem na wszystko. Gdy brakowało argumentów, gdy powiedziała coś nie tak, gdy zrobiła źle, gdy nie zrobiła czegoś na czas. Po co rozmawiać skoro można uderzyć. Wtedy na pewno lepiej zapamięta. A ja już padają słowa to głównie obelgi. Jesteś do niczego. Jesteś skończoną kretynką. Niczego w życiu nie osiągniesz. Nigdy nic pozytywnego na swój temat nie usłyszała. Przyzwyczaiła się do tego. Sama zaczęła się uważać za osobę bezwartościową i nie mającą nic do zaoferowania. Szukała swojej wartości pakując się w coraz dziwniejsze związki, w których znajdowała tylko rozczarowanie i wstręt do samej siebie.

W końcu stanęła na nogi. Uwierzyła w siebie. Zobaczyła w sobie kogoś interesującego. Polubiła siebie. Zaakceptowała siebie. Przestała bać się ojca. Stara się zapomnieć o tych złych chwilach, bo mimo wszystko go kocha. I dzisiaj zaczęła się zastanawiać ile dzieci może coś takiego powiedzieć? Że przeżyło małe piekło, ale stanęło na nogi i ruszyło do przodu. Chyba nie chce znać odpowiedzi na to pytanie…