Adopcja kota – to wcale nie jest łatwe!

Standardowy

Miałam do tematu już nie wracać, ale na tapecie do dłuższego czasu jest adopcja drugiego kota, więc myślę, że warto parę kwestii wyjaśnić.

  11174560_1134058973278364_9179253221294604940_o

 Decyzję o chęci posiadania czworonożnego sierściucha podjęliśmy dość spontanicznie. Warunkiem było znalezienie przeze mnie pracy. Do tego czasu mogłam sobie do woli oglądać ogłoszenia kotów, miałam tylko zakaz pisania czy dzwonienia. To drugie i tak odpadało, bo przecież moja niechęć do załatwiania czegokolwiek przez telefon jest prawie legendarna. Oglądałam na przemian oferty pracy i oferty z kotami. Wtedy wpadła mi w oko Bali. Codziennie pokazywałam Tomkowi jej zdjęcia i nie było innego tematu, jak Bali i Bali, aż do znudzenia. W momencie, gdy znalazłam pracę, Bali znalazła nowy dom. Spóźniłam się, dosłownie o jeden dzień.

Szukamy dalej. Wciąż przeglądałam ogłoszenia na OLX, z ukierunkowaniem na białe koty. Wtedy inne miały małe szanse. Tym sposobem trafiłam na kocura, który spełniał kryterium koloru, a dodatkowo przebywał w domu tymczasowym z psami. Lepiej być nie mogło, nie będzie problemu przy poznawaniu Froda. I na tym skończyły się dobre wiadomości.

Odpowiedziałam na ogłoszenie, kot jak najbardziej do wzięcia, ja prawie skaczę do góry ze szczęścia. Happy endu nie było. Nastała cisza ze strony kobiety z ogłoszenia. Odpowiedziała po mniej więcej czterech dniach, że ten konkretny kot znalazł dom, ale ma innego do zaoferowania. Obejrzałam, spodobał mi się, więc jestem chętna. Historia zatacza koło i znów się okazuje, że się spóźniłam. Tym razem napisałam, że nie jestem już zainteresowana, bo znów będzie cisza, a potem okaże się, że kot znalazł nowy dom. I tym sposobem zakończyłam szukanie sierściucha na OLX.

Skupiłam się na Fundacjach. Wydawały mi się bardziej godne zaufania, zorganizowane i pewne. Niestety, tutaj też się zawiodłam. Pierwsza Fundacja wymagała podpisania umowy adopcyjnej i czytając ją zaczęłam się zastanawiać, czy ja na pewno chcę dać dom kotu, czy może dziecku? Wizyta w domu adopcyjnym. Dom niewychodzący, czyli kot ma żyć w czterech ścianach. Osiatkowane okna, nieważne czy jest balkon, czy nie. Odpuściłam. To ma być tylko kot, a ja zrobię wszystko żeby był szczęśliwy, ale są jakieś granice zdrowego rozsądku.

Druga Fundacja wydawała się sensowniejsza. Umowa adopcyjna do podpisania, ale bez większych cudów. Wybraliśmy wstępnie dwie kotki. Jedna okazało się, że poszła do nowego domu, druga zarezerwowana. Trudno, mamy pecha. Jednak tak mi ta dziewczynka weszła do głowy, że postanowiłam odwiedzić stronę Fundacji ponownie. Obie nadal były. Dziwne. Napisałam z drugiego adresu meilowego. Na odpowiedź czekałam kilka dni, okazało się, że wróciła z domu adopcyjnego, ale zaraz idzie do nowego. I tu zaczęłam się mocno zastanawiać. Na blogu Fundacja pisze, że biedne kotki czekają na dom, każdy dzień u nich to dla nich cierpienie i powinny jak najszybciej trafić do stałego właściciela. Jeśli tak, to czemu na stronie nadal są te same zdjęcia kotów? Tak, sprawdzałam, nasza upatrzona dziewczynka nadal tam widnieje. Z ciekawości napisałam wiadomość z zapytaniem, jak sprawy stoją, ale od przeszło tygodnia nie mam odpowiedzi.

Także i Fundacja odpadła. Jedna ma zbyt wygórowane ambicje, druga traktuje ludzi chcących dać kotom dom w mocno lekceważący sposób.

Ostatnią deską ratunku i miejscem, w którym mogliśmy pozyskać kotkę było schronisko. Odrzucałam je od samego początku, ponieważ nie chciałam tam iść, patrzeć na te bezpańskie psy, słyszeć ich wycia, chłonąć tej atmosfery smutku i braku miłości. Wiedziałam, że dla mnie to może być za dużo. Jednak chęć posiadania kota była silniejsza i wiedziałam, że muszę się przełamać. Inna sprawa, że w końcu trafiliśmy na kompetentną osobę, która odpowiedziała na wszystkie nurtujące nas pytania i pomagała w wyborze.

Wybraliśmy dwie kotki, jedna po złamanej łapie, druga z kocim katarem. Nasz brak szczęścia nie zawiódł i tym razem i nasz numer jeden został zabrany. Byłam już tak zmęczona ciągłymi poszukiwaniami, że wiedziałam, że albo ta kotka, albo inna. Szczególnie, że mieliśmy już dla niej przygotowaną sralnię i zakupiony transporter. Pamiętam, że w piątek przed samym wyjściem z pracy sprawdziłam jeszcze na stronie schroniska, czy kotka nadal jest do wzięcia. Tak naprawdę stresowałam się do samego końca. Pewności, że będzie nasza nabrałam, gdy pani przyniosła nam na rękach czarne cudo z oczami niczym kot ze Shreka.

  11143611_1134058959945032_4438817679093121383_o

 Tak, to zdecydowanie była miłość od pierwszego wejrzenia. Czarne cudo otrzymało imię Frania i jest z nami pięć miesięcy. Przez ten czas zapomniałam jak to jest nie mieć kota i jakie perypetie spotykały nas po drodze. Schronisko nadal omijam szerokim łukiem, lekarz w nim pracujących też. A nauczona bogatym doświadczeniem w adopcji kota wiem, że po drugiego zgłosimy się od razu do schroniska.