„Szczęściara”

Standardowy

Pierwszy raz czytałam „Szczęściarę” w liceum. Nie pamiętam, w której byłam klasie, ale pamiętam okoliczności w jakich ją kupiłam. To były czasy, gdy wchodząc do Empiku było mnie stać na więcej niż jedną książkę, mimo że żyłam na kieszonkowym od Rodziców. Te wizyty w Łodzi traktowałam jak moje małe święto. Mogłam do woli przechadzać się między półkami, wybierać, przeliczać, kalkulować, wdychać zapach nowych książek, a w końcu stanąć w kolejce do kasy i cieszyć się nowymi pozycjami w domowej biblioteczce. Oczywiście Rodzice nic nie wiedzieli o moich nowych zakupach i na tym polegała cała zabawa.

Na „Szczęściarę” trafiłam podczas jednej z takich wypraw. Byłyśmy z Aśką w Empiku, ona lekko znudzona przeglądała ulotki i trafiła na ekscytujący fragment książki. Trzeba dodać, że wtedy każda wzmianka o seksie powodowała u nas szybsze bicie serca i rumieniec podniecenia na twarzy. Poszłyśmy w jakiś kąt i czytałyśmy opis gwałtu. Zapamiętałam z tego tylko czarnego penisa, który smakował jak spalona guma. I to, że bez zastanowienia wzięłam półkę z książki i pobiegłam z nią do kasy.

Nie za wiele zapamiętałam z tej lektury. Na pewno inaczej na nią patrzyłam i szukałam czegoś innego. Rozczarowało mnie, że sam opis gwałtu był taki krótki i mało ekscytujący. Nie wiedziałam wtedy, że seks pod przymusem jest czymś najstraszniejszym na świecie i koszmarem nocnym każdej kobiety. Ale co ja wtedy wiedziała o życiu. Miałam naście lat, pstro w głowie, seks był czymś zakazanym i niedostępnym dla mnie. Dlatego też ze „Szczęściary” zapamiętałam niewiele. Jakieś strzępki pojedynczych informacji. Jednak coś mnie w autorce zaintrygowało na tyle, że wróciłam po jej drugą książkę – „Nostalgię anioła”. Ta pozycja wryła mi się w pamięć o wiele lepiej.

Po latach zdecydowałam się sięgnąć po „Szczęściarę” drugi raz. Bo jestem w rozsypce i muszę czytać coś, co robie jeszcze większy bałagan w duszy. Co zmusza mnie do myślenia, zatrzymania się na chwilę, zastanowienia się nad sobą. Oczekiwałam, że „Szczęściara” da mi to wszystko. Że skończę czytać z zasychającymi łzami na policzkach i nie będę mogła dojść do siebie przez długi czas. I trochę się rozczarowałam… Pod względem literackim na pewno to nie jest powieść najwyższych lotów. Czytało się momentami ciężko, brakowało lekkiego pióra, polotu i czegoś, co sprawiłoby, że nie chce się odkładać książki aż do przeczytania ostatniego zdania.

Sama historia też wywołała we mnie mieszane odczucia. Na pewno nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co czuje osoba zgwałcona. Przez jakie piekło przechodzi, jak ciężki i niemożliwy jest powrót do normalności, jak żyje się z takim piętnem. Zabrakło tego opisu wracania do normalności. Mamy Alice podczas studiów, która próbuje żyć jak dawniej, ale brakuje dorosłej Alice. Nie wiemy jak sobie poradziła, czy się z tym uporała. Cała historia kończy się w momencie rozdania dyplomów, a potem mamy jakieś skrawki, z których nieudolnie próbowałam złożyć spójną całość. Za bardzo według mnie autorka skupiła się na dokładnym opisie przebiegu sprawy w sądzie. W pewnym momencie złapałam się na tym, że czytam co drugie zdanie, bo jestem zmęczona tym gradem pytań ze strony obrony.

Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki. Kiedyś wydawała mi się mocna i taka ważna. Teraz jest trochę na wyrost, trochę niedopracowana, trochę do zmiany. Z ważnego tematu, który wart jest opisania, zrobił się opis sprawy w sądzie. Jakby to miało być jedynym wyznacznikiem normalności. Jakby wyrok skazujący gwałciciela na więzienie sprawił, że przeszłość zostanie zapomniana i zamazana, zostanie tylko teraźniejszość.

To pokazuje tylko, że warto wracać do książek już przeczytanych. Można odkryć je na nowo, zachwycić się lub rozczarować. Będę sobie fundować takie powroty raz na jakiś czas.