Dziesięć lat w Krakowie

Standardowy

Pod koniec września minie dziesięć lat jak mieszkam w Krakowie. Kto by pomyślał, że wytrzymam w tym mieście tak długo, szczególnie, że początki były trudne. I to nie dlatego, że wszędzie jeździłam z mapą miasta. Po prostu nie chciałam tu być. Moim marzeniem był Gdańsk i to tam miałam studiować, pracować i się zestarzeć. Los zakpił ze mnie, nie pierwszy raz, i trafiłam do grodu Kraka. Tutaj się zakochałam, tutaj pracuję, a zestarzeć nadal chcę się nad morzem, ale w Sopocie. Z okazji tej małej rocznicy postanowiłam zrobić małe podsumowanie, za co kocham to miasto, czego mnie nauczyło, co w nim odkryłam, dlaczego w końcu jest moje.

krakow-79107_1280

Czytanie w komunikacji miejskiej

Pamiętam swój pierwszy raz w tramwaju. Przerażona usiadłam blisko okna, czytałam nazwy przystanków, liczyłam na którym wysiadam i ze zdziwieniem obserwowałam ludzi, którzy wygodnie się rozsiadają i oddają lekturze. Jak to w ogóle możliwe? Przecież przegapią swój przystanek!

Aż w końcu spróbowałam. Początkowo słuchałam muzyki, która pozwalała mi się nie nudzić i mogłam spokojnie obserwować zmieniające się otoczenie za oknem. Po jakimś czasie znałam tak dobrze swoje stałe trasy, że odważyłam się zapakować książkę. Oczywiście kontrolnie sprawdzałam na jakim przystanku jestem, ale z czasem czułam, że to już i czas wysiadać.

Dzisiaj potrafię czytać aż do momentu zatrzymania się tramwaju na moim przystanku. Nigdy nie zdarzyło mi się pojechać za daleko, chyba że zrobiłam to z premedytacją. Mało, nie wyobrażam sobie jechać i patrzeć się tępo w okno. Książka jest obowiązkowym wyposażeniem mojej torebki.

Jestem z Nowej Huty

Jeszcze nie mieszkałam w Krakowie, a już słyszałam legendy o tej dzielnicy. Wszystkie sprowadzały się do tego, że tam biją, gwałcą, mordują, kradną, między blokami ganiają się kibice przeciwnych klubów i strach w dzień tam chodzić, a co dopiero w nocy. Pojechałam z Tomkiem i zakochałam się. Wiedziałam, że jeśli zostanę w Krakowie na stałe, to mieszkanie tylko w Hucie. To akurat się udało, bo mieszkamy pomiędzy Kombinatem a Placem Centralnym.

Huta ma swój urok. Unikatowe budownictwo, mnóstwo zieleni, genialna komunikacja miejska, brak korków. Co prawda cywilizacja dociera z opóźnieniem, ale mi to nie przeszkadza. Obok kultowego już Kombinatora jest Warka, której specyficzny klimat może odstraszyć osoby z wysokim poczuciem estetyki. To tutaj jest Łaźnia Nowa, w której zobaczyć można zrobić wszystko: iść na spektakl, wyskakać się na koncercie czy liznąć kultury na spotkaniu autorskim.

I to nieprawda, że tylko stojąc na Rynku możemy spotkać kogoś znanego. W Hucie często spotykam Jana Peszka albo wpadam na Radka Krzyżowskiego. Trzeba tylko trochę dłużej pokrążyć.

Kazimierz i Podgórze

To zdecydowanie moje ulubione dzielnice rozrywkowe. Stronię od Rynku, pełnego turystów z aparatami na rzecz nieodkrytego tak do końca Kazimierza. Polubiłam go za żydowskie korzenie. To wystarczyło. Potem doszła Drukarnia, w której można spotkać Maćka Maleńczuka. Stajnia, która pięknie grała w „Zakochanym aniele”. Alchemia. Kolory. Ulica Krokodyli. I wiele, wiele innych, których nazw nie pamiętam, ale zapisały się w mojej pamięci. Kazimierz to zagadka. Wchodzisz na kawę do pierwszej lepszej knajpy i znajdujesz się w innym świecie. A potem chcesz do niej wrócić i nie wiesz jak.

Podgórze zaczęło żyć wraz z wybudowaniem Kładki Bernatki. Tam przeniosła się Drukarnia. Tam są niszowe restauracje, ale i te polecane w przewodniku Gault&Millau. Jeszcze nie odkryłam go tak porządnie. Jeszcze nie mam tam swoich miejsc. Jest dla mnie tajemnicą i dlatego je polubiłam.

Kiełbaski z niebieskiej nyski

To chyba było pierwsze miejsce, które mnie przekonało do Krakowa. Oczywiście najpierw zobaczyłam je na „Aniele w Krakowie”, potem sprawdziłam, że istnieje naprawdę, a na końcu spróbowałam kiełbaski. I przepadłam. Niby nic, bo zwykła kiełbasa z grilla, bułka i musztarda, a do tego oranżada jak za dawnych czasów. A jednak… Co wieczór można tam zastać kolejkę złożoną z mieszanki kulturowej. Są studenci robiący przerwę w clubbingu, są sportowcy po treningu, są eleganccy widzowie prosto z opery czy teatru. I wszyscy jedzą zwykłą kiełbasę, ze zwykłą bułką i wzdychają z zadowolenia.

Ścieżki rowerowe

Uwielbiam poruszać się po Krakowie rowerem. Czuć wolność i niezależność, którą mam. Mogę wracać z pracy inną drogą, mogę zatrzymać się na oranżadę na bulwarach, mogę poznać nowe miejsca, w które nigdy bym nie dojechała autobusem i nie doszła na pieszo. Mogę wszystko…

Wawel

Niby rzecz oczywista, charakterystyczny punkt Krakowa, podobnie jak Stare Miasto (nie Starówka!). Lubię czasem tam podejść podczas spaceru. Popatrzeć na Wisłę, czekać aż Smok buchnie ogniem. Czuję się wtedy jak turystka. Znikam w tłumie. Obserwuję, czasem robię zdjęcia, delektuję się chwilą.

Kwiaciarki na Rynku

Mają swój urok. Tylko i aż tyle. Uśmiecham się do siebie przechodząc koło nich i patrząc na kolorowe kwiaty, które sprzedają. Są zawsze, niezależnie od pory roku i pogody. Pod żółtymi parasolami można znaleźć wszystko. Uwielbiam kupować kwiaty właśnie tam. Spontanicznie, nieco od niechcenia, długo wybierając te idealne.

carriage-89149_1280

Zdaję sobie sprawę, że Kraków to nadal nieodkryte w pełni miasto. Mimo, że mieszkam tu dość długo nadal nie znam wszystkich dzielnic, nie znam nazw ulic odchodzących od Rynku, czym wprawiam w osłupienie Tomka, nie byłam na kawie w każdej z kawiarni na Starym Mieście. To miasto nadal jest tajemnicą. Praktycznie codziennie odkrywam coś nowego, co albo lubię, albo nienawidzę. Jedno jest tylko stałe – Kraków to moje miasto.

Prawie pół roku z kotem pod jednym dachem

Standardowy

Frania mieszka z nami już pięć miesięcy, więc to idealny czas na podsumowanie tego, jak nasze życie zmieniło się po adopcji czarnego malucha z oczami kota ze Shreka.

11149628_1134052553279006_9053056384959494120_o

Mieszkanie nie jest już takie puste

Dla mnie to nie nowość, bo całe życie miałam psa u boku. I zawsze powtarzałam, że ze śpiącym Frodem jest milej niż w całkiem pustym domu. Zawsze się gdzieś przemieści, przyjdzie żeby go pogłaskać, pomruczy, po prostu jest. Analogicznie jest z Franią. Wystarczy, że jest. Świadomość, że nie wracasz do pustego mieszkania, tylko ktoś na ciebie czeka, jest nie do opisania. Do tego ona jest tak towarzyska, że wszystko robi z nami. Czyta książki, gotuje, rozpakowuje zakupy, bierze prysznic, ogląda telewizję, śpi.

Kot jest bardziej ciekawski niż pies

Frodo powącha i odejdzie, jeśli nie znajdzie dla siebie nic interesującego. Franię zawsze coś zaciekawi. Układa kable pod biurkiem z Tomkiem, przy okazji goniąc je po całym pokoju. Rozpakowuje z nami zakupy. Musi zajrzeć do każdej torby, powąchać każdą rzecz jaka jest z niej wyciągana. Moim zdaniem nauczyła się tego od Froda, który zawsze wsadza nos do każdej foliówki, a po zakupach z Pamso musi spróbować każdą wędlinę. Oczywiście na wypadek gdyby była trująca, to on wykryje to pierwszy i stanie się bohaterem, który uratował swoich właścicieli.

Frania towarzyszy również podczas gotowania. Siada w rogu blatu i obserwuje, co ciekawego robimy. Gdy jest kurczak furczy głośno i w zależności kto go kroi jej zachowanie jest inne. Gdy ja zajmuję się obiadem, czeka grzecznie aż ją poczęstuję. I nie je z miseczki, bo to niemodne, ją trzeba karmić z ręki. Kiedy to Tomek jest kucharzem Frania bez żadnych skrupułów kradnie mięso prosto z deski, nie czekając na swój przydział. Zauważyłam, że to zachowanie przenosi również na inne osoby. Mama może spokojnie zajmować się żeberkami, karczkiem, schabem. Frania niczym trusia siedzi w kąciku i czeka. Tata prowadzi walkę, w której z góry jest skazany na porażkę, bo czarny maluch jest szybszy i sprytniejszy.

Wymiana pieca w łazience nie mogła się obejść bez Frani. Pan fachowiec miał nieocenioną pomocnicę. Siedziała z nim w wannie podczas demontażu starego. Roznosiła śrubki od nowego. Weszła do skrzynki z narzędziami, ukradła pakuły, a na koniec domagała się o puszczenie wody w umywalce, czym wprawiła pana fachowca w osłupienie.

Frania to chodzący antydepresant

Ten punkt dotyczy tylko mnie. Odkąd ją mamy walczy z moją depresją, brakiem chęci do życia i robienia czegokolwiek. Nie mogę całe dnie leżeć w łóżku, bo mi na to nie pozwala. Muszę ją nakarmić, pogłaskać, pobawić się z nią. Oczywiście mogę to zignorować, na własną odpowiedzialność, bo czeka mnie przeraźliwe miauczenie połączone ze skakaniem po mnie i gryzieniem. Ale to w ostateczności, gdy wszystko inne zawodzi. Czasem samo patrzenie na jej zabawy sprawia, że się uśmiecham i humor poprawia się od razu. Jest też nieoceniona podczas gorszych dni. Wtedy przychodzi, kładzie się obok i domaga się głaskania albo wtula się w moją rękę. Dzięki niej czuję się potrzebna.

Frania = żywa maskotka

Dosłownie. Od pierwszego dnia śpi z nami w łóżku. Przyszła w nocy, stoczyliśmy nierówną walkę i po czwartym zrzuceniu jej z łóżka poddaliśmy się. Od tej pory ma swój kocyk, na którym śpi i który ciućka przed snem. Zawsze kładzie się tak żeby czuć czyjąś rękę. Kiedy śpię na brzuchu albo ręce mam schowane pod kołdrą, kładzie się na mnie. Czasem jest to bardzo wskazane, szczególnie w momentach, kiedy boli mnie bark albo plecy po rurce.

Zawsze będę mieć przed oczami zdjęcie, które zrobił jej Tomek po pierwszej nocy z nami. Leżała na plecach, z łapami w górze, wtulona we mnie i biła z niej taka błogość i spokój. Poczuła się u nas bezpiecznie od pierwszego dnia, co nas rozłożyło na łopatki.

Frania i woda to najlepsi przyjaciele

Normalne koty nie lubią wody i unikają jej jak ognia. Nasza kotka nie jest normalna. Ona uwielbia wodę, uwielbia być mokra, uwielbia wszystko, co jest związane w wodą. Zaczęło się od umywalki. Patrzyła jak woda leci cienką strużką, moczyła w niej łapę, oblizywała i powtarzała rytuał. Z czasem poszła krok dalej i zaczęła wylizywać wannę po każdym prysznicu. Teraz potrafi miauczeć, jak za długo się myję, bo ona chce wejść i to natychmiast. Ogląda jak napełnia się spłuczka i pije stamtąd wodę, bo ta w misce jest trująca. Po zmywaniu naczyń czy myciu warzyw musi się wytarzać w zlewie. A hitem ostatnich dni jest głaskanie jej mokrą ręką. Wtedy jest najszczęśliwsza na ziemi.

Kot wejdzie wszędzie, dosłownie wszędzie

Zanim adoptowaliśmy Franię ustaliliśmy pewne zasady. Kot nie chodzi po blatach w kuchni. Kot nie siedzi na stole w salonie. Kot nie śpi z nami w łóżku. Każda z nich została obalona prędzej czy później. I co dziwne, nie przeszkadza nam to wcale. Wręcz przeciwnie, potrafimy stać i podziwiać nowe miejsce, które zdobyła Frania.

Choć nie zawsze jest tak kolorowo. Mieszkała u nas tydzień z małym kawałkiem i nagle zginęła. Nie ma kota. Sprawdziliśmy każde z jej ulubionych miejsc i nic. Zaczęłam panikować i szukaliśmy w coraz to bardziej absurdalnych punktach. W pewnym momencie zaczęłam płakać, a w głowie układać treść ogłoszenia. I wtedy stał się cud. Tomek zajrzał po raz kolejny do szafy i znalazł tam Franię, która spała zadowolona na pudełkach z butami. Do dzisiaj pamiętam tą mieszankę strachu, rozpaczy, bezsilności. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że już kochamy tego kota całym sercem.

Zabawką jest wszystko

Frania ma tą cudowną cechę, że potrafi bawić się wszystkim, a najbardziej lubi zabawki, które sama sobie znajdzie. Jej pierwszą zdobyczą był sznur koralików ze stroika bożonarodzeniowego. Ma go do dzisiaj i uwielbia za nim gonić po całym korytarzu. Kulki z folii aluminiowej zawsze są atrakcyjne i zawsze jest gotowa turlać je po całym mieszkaniu. Jednak zdecydowanie najlepiej robi się to w środku nocy. Korek od butelki też jest super. I zakrywka od dezodorantu. I breloczek z gum Orbit w kształcie loda.

Jedyne kupne zabawki jakie ma to miotełka z piórami, którą wykańcza co tydzień i piłki kauczukowe z automatu. Poza tym dostała parę od swojej matki chrzestnej i jedną od Agaty, ale nimi bawi się okazyjnie. Jednak, gdy już do tego dojdzie, to oczywiście w nocy, kiedy my śpimy.

11154798_1134058933278368_5865128089490808511_o

Mamy ją dopiero pięć miesięcy, a wydaje się nam, że jest z nami od zawsze. Swoim urokiem łamie serca nawet zatwardziałych przeciwników kotów. Ożywiła nasze mieszkanie, wprowadziła do niego radość i pierwiastek zaskoczenia, bo nigdy nie wiadomo, co wymyśli danego dnia. Generalnie to fajnie jest mieć Franię!