Czuję miętę do roweru

Standardowy

W tym roku postanowiłam sobie, że będę jeździć częściej na rowerze. Mało tego, będę dojeżdżać na dwóch kółkach do pracy. Oczywiście od decyzji do realizacji minęło trochę czasu.

white-737190_1280

Pierwszą przeszkodą jaką musiałam pokonać było kupno własnego roweru. Do tej pory pożyczałam od Margoli i najzwyczajniej w świecie znudziło mnie to. Zapragnęłam mieć swój rower, który będę miała na co dzień i na którym będę mogła jeździć kiedy dusza zapragnie. Wiedziałam, co chcę. Pod tym względem zakupy były nieco ułatwione. Rower miejski, z przerzutkami, lekki (bo będę go codziennie wnosić na pierwsze piętro albo znosić do piwnicy), w żywych kolorach, jakby miał fabryczny koszyk byłyby ideałem. O cenie, która nie zwali z nóg nie piszę, bo to oczywiste. W praktyce okazało się, że nie ma tak wiele modeli, które spełniałyby moje, nie tak znowu wysokie, wymagania. Widziałam masę pięknych rowerów miejskich, ale nie miały w ogóle przerzutek, albo miały tylko trzy. Pozostało mi tylko do nich wzdychać i szukać dalej.

W końcu trafiłam na rower idealny i mogę z ręką na sercu przyznać, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłam go w czwartek, a w piątek już był mój. Lekki, w miętowym kolorze, z przerzutkami. Koszyk i światła zamontował mi Tomek i już mogłam ruszać w trasę.

Zanim po raz pierwszy wybrałam się rowerem do pracy upłynęło około miesiąca z małym kawałkiem. Najpierw był weekend majowy. Potem pogoda była w kratkę, z przewagą deszczu, więc nie chciałam ryzykować. Następnie były wymówki, że jestem zaspana rano i muszę dospać w autobusie. Przełomem w tym wszystkim był koniec ważności migawki. Zwyciężyła oszczędność, a raczej deficyt pieniędzy na koncie. I tym sposobem w poniedziałek po raz pierwszy popedałowałam do pracy. I od razu poczułam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu! Początek tygodnia, a ja wchodzę do biura rześka i pełna energii. Poranną kawę wypijam dla przyjemności, a nie licząc, że mnie obudzi. Nie prowadzę nierównej wali ze snem, bo jestem an tyle obudzona, że nie muszę.

Jazda na rowerze ma dla mnie prawie same plusy. Mogę spać rano pół godziny dłużej, co przy wstawaniu w okolicach 6:00 jest sporym udogodnieniem, bo nie jestem uzależniona od rozkładu jazdy autobusu. Nie stoję w korkach w ogóle, nie licząc krótkich chwil oczekiwania na zielone światło przy bardziej ruchliwych ulicach. Jestem zawsze w dobrym humorze, bo wszystkie złe emocje zostawiam za sobą pedałując, rozmyślając i podziwiając widoki. Zniknął problem ciężkiej torby, którą muszę nosić cały dzień. Teraz wkładam ją w koszyk i nie interesuje mnie ile waży. Dodatkowo dbam o swoją kondycję i pracuję nad lepszą wersją siebie.

Jedyny minus jaki widzę to niemożność czytania. Komunikacja miejska to było dla mnie miejsce, w którym najwięcej czytałam. Nie raz jechałam przystanek dalej żeby dokończyć rozdział albo całą książkę. Zdarzało się, że tak się zaczytałam, że znajdowałam się wiele dalej niż powinnam była być. Jeżdżąc na rowerze, niestety, nie czytam. Oczywiście mogłabym zgrać audiobooka, wsadzić słuchawki w uszy i tak rekompensować sobie braki czytelnicze, ale to nie dla mnie. Po pierwsze, nie przekonałam się do czytanych książek. Próbowała kilka razy, dotrwałam do końca „Faktotum” Bukowskiego i na tym się skończyło. Po którejś z rzędu nieudanej próbie skapitulowałam. Po drugie, nie wyobrażam sobie jazdy w słuchawkach na rowerze. Mimo wszystko muszę mieć kontakt z otoczeniem. Nie tylko widzieć, ale też słyszeć samochody czy dzwonek roweru za mną.

Mimo wszystko jedna wada, przy ogromnej ilości plusów, nie przeszkadza mi. Powoli organizuję sobie czas tak, by czytać w domu. Znaleźć minimum godzinę tylko dla siebie i zakopać się pod kocem z książką w ręku.

Przyjaciółka

Standardowy

W trakcie mojej terapii przewartościowałam cały mój świat. W tym także słowo przyjaciel. Od zawsze wychodziłam z założenia, że przyjaciela ma się jednego, góra dwóch, znajomych można mieć na pęczki. To się nie zmieniło. Ewę nadal uważam za przyjaciółkę. Wiem, że stanęłaby za mną murem zawsze. Wiem też, że mogę do niej zadzwonić w środku nocy, ale w odpowiedzi usłyszę „E. proszę zadzwoń koło południa”. Agata nie jest moją przyjaciółką. Ale jest mi na pewno bardzo bliską osobą, na którą mogę liczyć zawsze, co pokazała już nie raz. Nasza relacja jest dość specyficzna. Oparta na wymianie maili, rzadkich kawach i wspólnie przeżytym piekle, z którego udało się nam wyrwać, a które nas mimo wszystko połączyło.

Od jakiegoś czasu mam odwagę mówić przyjaciel o jeszcze jednej osobie. Janina. To nie jest jej prawdziwe imię, ale tak będę ją nazywać z wielu powodów, w większości niezrozumiałych dla innych. Jakby ktoś mi powiedział, że tak bardzo się zżyjemy, że stanie mi się tak bliska, nie uwierzyłabym. Mało, w najśmielszych snach nie marzyłam, że coś takiego mnie spotka. a jednak. Jak to napisał Coelho „niezwykłe napotkać można na drogach zwykłych ludzi”.

Janinę poznałam we wrześniu. Na początku nasza znajomość była poprawna, utrzymywałyśmy dystans, który był wskazany w naszych relacjach. Coś się zmieniło w chwili gdy odważyłam się i podałam jej adres bloga. Nie wiem czemu to zrobiłam. Pod wpływem impulsu? Pod wpływem chwili? Zrobiłam to i nie żałuję. Do dzisiaj zresztą jest stałym czytelnikiem, ale też najbardziej krytycznym, za co ją bardzo cenię.

Zżyłam się z nią tak naprawdę, gdy opowiedziała mi o więcej o sobie. Z luźnej rozmowy o niczym zrobiła się poważna i refleksyjna, a po wyjściu ja tonęłam we łzach i długo nie mogłam się pozbierać. Wtedy też coś we mnie pękło. Po raz pierwszy powiedziałam jej o swoich uczuciach, co czułam i jak czułam. Ona to zauważyła i niczym kropla drążąca skałę zmuszała mnie do odkrywania siebie i mówienia o sobie w inny sposób niż dotychczas.

Nie będę się rozpisywać o tym jak bardzo mnie ta przyjaźń zmieniła. Nie będę też pisać za co Janinę tak bardzo cenię, bo wie o tym doskonale. Powtarzam jej to na każdym kroku i wręcz do znudzenia. Chciałam zaznaczyć, że nigdy nie wiadomo kim napotkana na naszej drodze osoba się okaże. Nie można nikogo skreślać z góry, ani też podchodzić do każdego z optymizmem godnym Troskliwego Misia. Trzeba być sobą, pozostać otwartym na drugiego człowieka, słuchać, obserwować i potem działać. Czasem można się mile rozczarować.

Ta przyjaźń wiele mnie nauczyła i wiele uczy. Wzbogaciła mnie. Pokazuje, że można komuś dać szansę tak mimo wszystko. Że w każdym człowieku jest jakiś pierwiastek dobra, czasem trzeba tylko dłużej popatrzeć. Że fajnie mieć kogoś na kogo można liczyć zawsze. Bo nie zawiodła mnie jeszcze nigdy! Nie muszę regularnie się z kimś spotykać żeby nazywać go przyjacielem. Nie na tym to polega. Czasem wystarczy świadomość, że nie jest się dla kogoś obojętnym. Poza tym fajnie jest pogadać o facetach, książkach, kocich kupach i wiedzieć, że jest się normalnym, choć dla innych wydajemy się śmieszni w naszych dziwactwach. Bo czymże jest normalność?

Dzień Dziecka

Standardowy

Dzisiaj Dzień Dziecka. Każdy z nas jest dla kogoś dzieckiem. Każdy ma mamę, tatę, jednego rodzica lub też opiekuna, który jest jak rodzic. Każdy ma piękne wspomnienia, do których się uśmiecha. Bo te złe powinno się odsunąć w kąt, najlepiej o nich zapomnieć. Gówno prawda, myśli ona i ma ochotę sięgnąć po papierosa. Nie może, bo obiecała, że przestanie palić. W zamian robi sobie kubek mocnej czarnej kawy i wraca pamięcią do tych złych wspomnień.

Gimnazjum. Koniec drugiej klasy albo pierwszej. Na pewno jej okres buntu. Do szkoły chodzi, bo musi. Uczy się byle zdać do następnej klasy. Bez ekscytacji. Lubi tylko chemię i grę w koszykówkę. Po latach dojdzie do wniosku, że dzięki temu zachowała jeszcze jakiś kręgosłup moralny i nie poddała się tak do końca tej fali buntu. Ale nie o tym dziś.

Jest koniec czerwca. Jeszcze tylko odebrać świadectwo, zaliczyć awanturę od rodziców i można się cieszyć wakacjami. Krzyki i bicie będą na pewno. Bo oceny na świadectwie nie są takie, jak by chcieli. Nie takie, jakie im obiecywała. A na każdą jest ta sama wymówka „Pani powiedziała, że taka mi wychodzi, ale postawiła niższą”. I lecimy od góry do dołu. Polski. Matematyka. Biologia. Geografia. Niemiecki. Angielski. Z góry na dół tróje. Mogłaby mieć czwórki, może nawet piątki, ale jej się nie chciało.

W końcu koniec awantury. Ojciec rozkazuje jej żeby się spakowała i jadą na działkę. Ona staje okoniem. Napełni butelki wodą i na tym skończą się dobre uczynki. Chce położyć się na łóżku i zalać własnymi łzami. Nie tak łatwo. Jak ojciec powie to tak musi być. Ma jechać i już. Na nic powtarzane do znudzenia „nie jadę”, „daj mi spokój”, „nie chcę jechać”. Nie chce po dobroci, to na pewno przekona ją paskiem. On i pasek, można powiedzieć, że to duet idealny. Tylko, że ona się nie boi. Jest tak spokojna, tak pogodzona z losem, że nawet nie próbuje się zakryć przed kolejnymi razami. A one spadają na nią jeden po drugim. Ojciec wpadł w szał. Bije na oślep. Nie patrzy gdzie, nie zwraca uwagi na to jak mocno. Byle trafić. Byle dać upust swoim emocjom. Przecież to jej wina, bo ona go sprowokowała. W końcu ma dość. Uznał, że jest spokojny albo krzyki matki, żeby ją zostawił w spokoju, zrobiły swoje. Ona nie pamięta już tego. Ważne było, że w końcu przestał. Zamknęły się za nimi drzwi, a ona mogła w końcu wykrzyczeć cały ból, który tłumiła w sobie. Przyjmowała razy w ciszy, żeby tylko nie pokazać, że boli. Żeby nie dać swojemu oprawcy satysfakcji.

Pada na łóżko. Łzy lecą strumieniami. Zaczyna się uspokajać. W głowie kiełkuje plan zemsty doskonałej. Pokaże im. Da do wiwatu. Jeszcze będą żałować. Siada przed komputerem i pisze. Krótkie słowa pożegnania. Po latach nie pamięta nawet, co tam było. Potem meil do Niny. Z instrukcją, co ma zrobić jak jej już nie będzie na świecie. Wysyła i idzie do kuchni. Powoli wybiera nóż. W końcu znajduje ten idealny. Czuje chłód stali na nadgarstku. Pieści nim delikatnie skórę. Jakby chciała ją zapoznać z tym narzędziem. I wtedy dzwoni telefon. Nina. Udaje spokojną, ale próbuje ją od tego odwieść. Zagaduje. Daje się wypłakać. Potem pyta kilkakrotnie, czy na pewno jest w porządku. W końcu rozłącza się. A ona jest wdzięczna za ten telefon. Bo wie, że zabrakłoby jej odwagi żeby podciąć sobie żyły.

Na drugi dzień jadą na imieniny dziadka. Ona z siniakami, które zdążyły się pojawić na rękach. Widzi dokładnie zarys paska. Może odtworzyć, gdzie padały kolejne ciosy. Ojciec nic nie zauważa. Reaguje dopiero, gdy babcia pyta, czemu jest taka posiniaczona. Wtedy zabiera ją na balkon, ogląda ręce i pyta, czy to ślady po wczorajszym dniu. Ona tylko kiwa głową. Nie chce mieć z nim nic wspólnego. Nie chce być z nim sama na sam. Boi się go.

Takich wspomnień ma mnóstwo. Bicie było zawsze najlepszym sposobem na wszystko. Gdy brakowało argumentów, gdy powiedziała coś nie tak, gdy zrobiła źle, gdy nie zrobiła czegoś na czas. Po co rozmawiać skoro można uderzyć. Wtedy na pewno lepiej zapamięta. A ja już padają słowa to głównie obelgi. Jesteś do niczego. Jesteś skończoną kretynką. Niczego w życiu nie osiągniesz. Nigdy nic pozytywnego na swój temat nie usłyszała. Przyzwyczaiła się do tego. Sama zaczęła się uważać za osobę bezwartościową i nie mającą nic do zaoferowania. Szukała swojej wartości pakując się w coraz dziwniejsze związki, w których znajdowała tylko rozczarowanie i wstręt do samej siebie.

W końcu stanęła na nogi. Uwierzyła w siebie. Zobaczyła w sobie kogoś interesującego. Polubiła siebie. Zaakceptowała siebie. Przestała bać się ojca. Stara się zapomnieć o tych złych chwilach, bo mimo wszystko go kocha. I dzisiaj zaczęła się zastanawiać ile dzieci może coś takiego powiedzieć? Że przeżyło małe piekło, ale stanęło na nogi i ruszyło do przodu. Chyba nie chce znać odpowiedzi na to pytanie…

Mama

Standardowy

Moje wspomnienia z Mamą z okresu dzieciństwa to takie migawki. Urywki filmu. Czasem z dialogiem w tle, czasem ze szczegółami, a czasem to tylko błysk flesza i wspomnienie niczym z fotografii. Szkoda, że z tego pięknego czasu, jakim jest dzieciństwo, pamiętamy tak mało. To przecież zdecydowanie najszczęśliwszy okres w życiu każdego człowieka. A na pewno najbardziej beztroski, bez problemów, bez zmartwień. Wieczna zabawa, nieodłączny uśmiech na ustach i bezwarunkowa miłość od rodziców. Potem się dorasta i przestaje być tak fajnie.

Pierwsza migawka. Spędzałyśmy dzień we dwie. Miałam Mamę na wyłączność. „Flinstonowie” w kinie. Pizza na Zamkowej, co było nie lada świętem, bo zwykle nie jedliśmy takich rzeczy. Spacerowałyśmy, trzymałam Mamę za rękę, czasem przystawała żeby popatrzeć w witryny sklepów.

Druga migawka. Okres przed komunią. Zakup butów, który z miłego wypadu zmienił się w koszmar. Zaczęłyśmy na Piaskach, skończyłyśmy na Bugaju. Początkowo oglądałyśmy buty, mogłam wybierać, które mi się podobały. Potem przychodziło rozczarowanie. Okazywało się, że nie ma mojego rozmiaru w sklepie. Później już tylko Mama pytała, czy w moim rozmiarze są jakiekolwiek buty komunijne. Skończyłam w paskudnych trzewikach, w nie do końca moim rozmiarze i z niestukającymi obcasami.

Trzecia migawka. Przyniosłam z przedszkola ospę wietrzną. Zaraziłam wszystkich domowników prócz Taty. Chodziłam dumna z pokoju do pokoju i smarowałam znamiona taka białą maścią. Czułam się wtedy taka dorosła, odpowiedzialna, wyróżniona i potrzebna. Jako jedyna mogłam przemieszczać się z pokoju do pokoju i rozmawiać ze wszystkimi. Do dzisiaj każde z nas ma pamiątkę po tej chorobie w innym miejscu.

Czwarta migawka. Mama szykująca się na zabawę sylwestrową. Zawsze w czarnej sukience. Zawsze w niebotycznie wysokich szpilkach. Zawsze z czerwonymi ustami. Zawsze wiążąca Tacie krawat, bo długo był oporny na naukę.

Piąta migawka. Leżę w łóżku i myślę przed snem. Zaczynam się zastanawiać co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Umieramy i nie ma nas w ogóle. Ciągnę ten tok myślowy w swojej małoletniej głowie i w końcu wybucham płaczę. Wtedy do pokoju wbiega Mama, przytula mnie i pyta co się stało. A ja duszę się od tych łez i nie jestem w stanie jej powiedzieć o czym myślałam.

Chciałabym pamiętać więcej. Szczególnie teraz, gdy jestem coraz starsza i bardziej doceniam Mamę i jej rolę w moim życiu. Mimo, że nie mieszkamy razem od paru dobrych lat, nadal są rzeczy, przy których jest niezbędna. To z nią kupuję sukienki na ważne wyjścia. To ona podpowiada mi w co się ubrać. Tylko ona jest w stanie zrobić mi idealny makijaż. To z nią najlepiej robi się zakupy. To z nią mogę rozmawiać przez telefon o książkach, programach w telewizji, jedzeniu i jej postępach w angielskim.

Nie jest idealna. Często wykrzyczę jej w złości słowa, których potem żałuję. Popełniła błędy wychowując mnie. Nie potrafi rozmawiać ze mną o rzeczach ważnych. Jednak jest moją Mamą. Nie chcę innej. Nie chcę nic w niej zmieniać. Bo dzięki niej jestem w ogóle na świecie. Chciałabym kiedyś od niej usłyszeć, że jest ze mnie dumna…

Ja vs depresja, część III

Standardowy

Jakiś czas temu pisałam, że chciałabym więcej małych szczęść na co dzień. A tak naprawdę to ode mnie zależy, czy i w jakiej ilości będę je mieć. To ja wybieram prawo czy lewo, z prądem czy pod prąd, czekolada mleczna czy gorzka. I tym samym mam kolejne małe szczęścia.

Kolejna wizyta u Psychiatry wypadła w czwartek. Muszę dodać, że to naprawdę cud, że się do niego dostałam, bo nie mogłam się dodzwonić od poniedziałku. Oczywiście miałam nóż na gardle, bo leki na wykończeniu, a ja zawsze zwlekam do ostatniej chwili z wizytą. Nieważne. Udało się, dodzwoniłam się, czwartek 13:30 wizyta. Jeśli Psychiatra to i moja Psycholog. To już taka nasza tradycja, że zawsze ona jedzie ze mną. Od pierwszego razu jest obok. Zapewnia mi dobry humor, masę ciekawych tematów do rozmowy i atrakcje po drodze, które są nieprzewidywalne, a których się spodziewamy.

Tym razem udało się nam zgubić. I to tak porządnie. Bo przejechania gabinetu nie liczę. To wynika z tego, że za dużo gadamy, a ja zamiast patrzeć na drogę i skupić się na niej większą uwagę poświęcam poruszanym tematom. Tym razem na przeszkodzie stanął nam remont. Brak oznaczonego objazdu, więc jedziemy na czuja i skręcamy tylko w prawo. Efekt był taki, że o 13:00 mijałyśmy po raz kolejny tabliczkę z nazwą „Bodzanów”. Za którymś razem zaczęłyśmy sobie powtarzać, że na pewno jest tu coś interesującego i wartego zobaczenia, tylko jeszcze na to nie trafiłyśmy.

Nienawidzę się spóźniać, a efekt był taki, że byłam pół godziny po czasie. Dodatkowo tym razem miałam wejść już sama. Jak to powiedziała Psycholog „jesteśmy już w starszakach i nie potrzebuję opiekuna do towarzystwa”. Brzmiało groźnie. Jednak wiem, że wszystko to robione jest dla mojego dobra. Muszę w końcu stanąć na własnych nogach i iść sama, nie trzymając nikogo za rękę. A z drugiej strony mieć świadomość i pewność, że zawsze czeka na mnie pomocna dłoń, z której mogę korzystać bez ograniczeń. Od tego są przyjaciele.

Weszłam sama. Bez strachu, bez paniki, bez spoconych dłoni, bez kołatania serca. Mój lęk coraz częściej przegrywa ze mną. Przemknęła mi tylko przez głowę myśl, że nie wiem czy dam radę… Musiałam. Gdzieś podświadomie wiedziałam, że będzie dobrze. Bo już jest lepiej.

Zaczęłam od najważniejszego dla mnie – śpię o wiele lepiej. Raz na dwa tygodnie zdarza mi się ciężka noc. Z tym, że ciężka oznacza, że zasypiam dłużej niż zwykle lub budzę się czasem w nocy. Zniknął lęk. Coraz częściej robię, co mam robić bez analizowania i wymyślania kolejnych scenariuszy w głowie. Tak jest prościej i łatwiej. Niestety nie zniknął do końca. Na wszystko potrzeba czasu. Mam coraz mniej dni, kiedy to mam ochotę leżeć w łóżku zakopana pod kołdrą i udawać, że nie istnieję dla świata. Są dni gorsze, ale wiem, że w tej chorobie to normalne. Coś na zasadzie krok w przód i dwa w tył. Powoli dojdę do momentu, że nie będę mieć wahań nastrojów. Moje życie zacznie przypominać prostą linię.

Wierzę w to. Wierzę, że przyjdzie dzień, kiedy będę mogła o sobie powiedzieć „jestem zdrowa”. Wiem też, że długa droga przede mną. Dopiero teraz, po czterech miesiącach leczenia, mam świadomość jak źle ze mną było i ile pracy przede mną. Przestałam z moim lekarzem grać w Psychiatrę. Zobaczyłam w nim bardzo dobrego specjalistę, który chce mi pomóc, przejmuje się mną i zależy mu na moim powrocie do formy. Powiedziałam mu to wszystko. Bez analizowania, co sobie o mnie pomyśli. Chciałam się tym z nim podzielić. Chciałam żeby zobaczył ile pracy wykonałam. A uśmiech na twarzy i stwierdzenie, że nie spodziewał się u mnie takich efektów tak szybko są najlepszym podziękowaniem jakie mogłam dostać. Cudownie jest słyszeć, że się zmieniłam, że rozczarował się i to pozytywnie, że odmłodniałam na twarzy, że jestem zupełnie inną osobą. I jeszcze te parę ciepłych słów o mojej relacji z Psycholog. Uśmiech sam pojawia się na twarzy, gdy dowiaduję się, że inni postrzegają to tak samo jak ja. To utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że mój intuicja mnie nie zawodzi. Dobrze czuję ludzi.

Wyszłam z tej wizyty z uśmiechem na twarzy. Taka lekka i spełniona. Moja Psycholog powiedziała, że zrobiłam mu dobry dzień. Cieszyłam się z tego. Bo zasłużył na to. Bo on też we mnie wierzył i zobaczył we mnie chorą osobę, której musi pomóc. A ja negowałam wszystko, bo przecież to ja mam zawsze rację, a inni są głupi. Uściskałam go na koniec, co chyba wprawiło go w niemałe osłupienie. I zdecydowałam, że na kolejnej wizycie dam mu laurkę. Tak jak te dzieci, które do niego przychodzą, ale zrobiona po mojemu.

I to właśnie było to małe szczęście. Sprawić, że ktoś uśmiechnie się z mojego powodu. Dać komuś powód do tego uśmiechu. Zjeść najlepsze naleśniki pod słońcem z przyjacółką u boku. Zastanawiać się, czy warto wylizać talerz w restauracji. Przekonać się po raz kolejny, że jesteśmy identyczne w każdym calu.

To był dobry dzień. Dzień, w którym pokazałam mojej chorobie wielkiego fucka.